wtorek, 8 listopada 2016

VI

Barbara nie zrozumiała ani jednego słowa i nie miała pojęcia, o czym toczyła się dyskusja pomiędzy Obcym a istotą z drugiej strony. Kobieta bez słowa weszła do sterowni i, patrząc prosto w niepokojąco zielone oczy Obcego, oświadczyła:
– Wiem, że mnie rozumiesz. Chcę stąd wyjść.

Wato milczał, domyślał się, czego może chcieć, ale nie mógł jej teraz wypuścić. W zasadzie kobieta nie miała już do czego wracać, większość mieszkańców kolonii nie żyła, a ci, którzy przeżyli jego atak, jeszcze długo się nie otrząsną. Z pewnością również ona doznałaby szoku, a tego nie chciał. Zignorował więc jej żądanie, układając się do snu.

Wato nigdy nie śnił, już od dawna jego umysł zdawał się być w tej kwestii wyłączony, jakby w jego życiu nie było niczego, co należałoby poddać analizie i utrwaleniu. Tym razem jednak było inaczej, z głębokiej pamięci jego mózg wydobył wspomnienia, które – z racji samotności i braku nadziei na zmianę tego stanu – zostały wyparte, ukryte, zapomniane. Wato śnił o swojej yautjańskiej wybrance i o ich ostatnim zbliżeniu. Sen przeplatał się z bodźcami docierającymi do czuwającej półkuli mózgu i tworzył niespokojną mieszankę pożądania i agresji. Yautjańczyk śnił o jej żółtych oczach, gdy ukradkiem zerkała na niego; o idealnie prostej linii kręgosłupa, która niczym ścieżka prowadziła wzdłuż jej ciała; śnił o skórze pokrytej nakrapianym wzorem, w którym tylko on potrafił dopatrzeć się gwiezdnych konstelacji i o napinających się pod nią mięśniach, gdy czuła jego dotyk. Śnił o zapachu i smaku jej ciała i o bólu, gdy wbijała paznokcie w jego skórę; śnił o przeplatających się oddechach, chaosie, pośpiechu, o oczekiwaniu, niecierpliwości i złości.
Alarm wyrwał go z sennych majaków. Wato nie do końca rozbudzany, wciąż tkwiący w marzeniach sennych, nie od razu rozpoznał jego przyczynę. Oszołomiony hałasem i pobudzony snem poderwał się z miejsca i obalił na podłogę pochylającą się nad nim kobietę.

Barbara nie zdarzyła uskoczyć, ciężkie ciało Obcego przygniotło ją i wypchało z jej płuc powietrze, uniemożliwiając jednocześnie zaczerpnięcie nowego tchu. Kobieta wiła się, usiłując odzyskać wolność, alarm wył, a Obcy – jakby nie dostrzegając, z kim ma fizyczny kontakt – wtulił twarz w jej szyję.
Nagły wstrząs przywrócił mu świadomość miejsca, czasu i towarzystwa ludzkiej kobiety. Przez krótką chwilę przyglądał się jej przerażonej twarzy, nie rozumiejąc, dlaczego znajdują się w tak nie stosownym położeniu? Ciągle wyjący alarm w końcu zwrócił jego uwagę, a kolejny wstrząs poruszył promem. Wato doskoczył do kokpitu i uruchomił zewnętrzne kamery, omiótłszy nimi teren wokół i na skraju płaskowyżu, w sporej odległości dostrzegł jakiś ruch – zoom ukazał dwoje ludzi i uszkodzonego robota bojowego, który ledwo trzymał się na trzech nogach.

Kobieta zajrzała mu przez ramię.
– To ludzie z kolonii! – krzyknęła z radością w głosie.
Zaraz potem w ich kierunku pomknął kolejny pocisk RPG, a statek zatrząsł się od uderzenia. Wato opuścił mostek, musiał „sprawę ludzką” rozwiązać definitywnie. Nie spodziewał się, że tak szybko otrząsną się po jego ataku. Udało im się nawet uruchomić uszkodzoną przez niego maszynę. Prawdopodobnie to ona śledziła go i doszła za nim aż tutaj, a potem sprowadziła tę dwójkę.
Grodzie automatycznie oddzieliły uszkodzony sektor, Wato wyłączył system bezpieczeństwa i przeszedł na tył statku. Wewnątrz brak było oznak uszkodzeń, lecz Łowca obawiał się, że poszycie zostało mocno nadwyrężone. Kolejny wstrząs przekrzywił prom na jedną stronę. Wato bez zastanowienia sięgnął po spore działko ręczne i skierował się do wyjścia.
Barbara zastąpiła mu drogę.
– Proszę, nie – powiedziała, zerkając na trzymaną przez Obcego broń. – To tylko nieporozumienie. Proszę, pozwól mi wyjść, porozmawiam z nimi, wyjaśnię.
Odepchnął ją lekko, ale stanowczo. Pochwyciła go za ramię.
– Proszę – powtórzyła. – Oni nie wiedzą, że żyję. Myślą pewnie, że coś mi zrobiłeś, że jesteś dla nich zagrożeniem.
Wato nie zamierzał z nią dyskutować, ani słuchać jej próśb. Jednym celnym uderzeniem ogłuszył kobietę i zostawił ją nieprzytomną na podłodze, po czym wyszedł na zewnątrz.


Gdy się ocknęła, drzwi ładowni były otwarte, a na statku panowała cisza taka jak wtedy, gdy była tu sama. Z zewnątrz docierały dźwięki przyrody. Barbara podniosła się z zimniej podłogi, w miejscu uderzenia miała sporego guza. Dotknęła go i skrzywiła się z bólu.
– Przegiąłeś, sukinsynu – powiedziała na głos, wstając.
Opuściła statek z myślą, że to może być jej jedyna szansa na ucieczkę. Obcy udowodnił swoim zachowaniem, że nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony. Skoro rozumiał, co do niego mówiła i wiedział, że nie zgadza się na przetrzymywanie, a mimo to jej nie uwolnił, to na pewno nie przybył tu w celach pokojowych. Może szukał niewolników? A może po prostu źle zaczęli? Jednego była pewna – Obcy był bardzo zaborczy i wisiał jej przysługę.
– Co za dupek – szepnęła, rozglądając się wokół. Jej uwagę przykuło spalone miejsce w pewnej odległości od statku, nawet z tak daleka Barbara wyczuwa dochodzący stamtąd słodkawy swąd. Podchodząc bliżej, z każdym krokiem czuła narastające: strach i przeczucie, że wcale nie chce wiedzieć, co tam spłonęło? Ciekawość była jednak silniejsza od strachu.
Barbarze wydawało się, że śni, że to nie jest możliwe.
Pośrodku wypalonego kręgu tkwili: maszyna bojowa i człowiek – niczym figury w muzeum zastygłe w pozach nadanych im przez rzeźbiarza. Maszyna przycupnęła z przodu, udzielając ramieniem podparcia dla działka RPG, z którego strzelał usadowiony za nią człowiek. Wyglądali tak irracjonalnie. Musieli spłonął w ułamku sekundy, chociaż Barbara nie była pewna, czy faktycznie spłonęli. Może w ludzkim słowniku nie było wyrazu, który mógłby opisać to, co się z nimi stało. Może nie znali nawet procesu, któremu ta dwójka została poddana? Jaka siła sprawiła, że wciąż trwali w swoich pozycjach pokryci jedynie czarnym nalotem? Człowiek wyglądał jakby z jego ciała ulotniła się cała woda, był trochę zasuszony.
Obeszła wypalony krąg, obok stała jeszcze skrzynka pełna pocisków.
– A tak… – szepnęła kobieta – było ich dwoje. – Rozejrzała się, drugiego ciała nigdzie nie było. Może zdołała uciec? Ale w takim razie, gdzie był Obcy? I dlaczego zostawił otwarte wejście do statku? Musiała szybko wrócić do kolonii i ich ostrzec. Wiedziała, w którą stronę się kierować. Zaczęła schodzić w dół zbocza. 
Idąc przez las, co pewien czas natrafiała na wypalone kręgi. Rośliny, które spotkał ten los przypominały wypalonego człowieka, były równie czarne i twarde.
Barbarę zastanawiał fakt, że kręgów było sporo i że w żadnym z nich nie natrafia na ludzkie szczątki. Czyżby Obcy był aż tak złym strzelcem? Niemożliwe. Nie z taką technologią. Więc czemu?
– Boże... Jego to bawi – powiedziała, podchodząc do kolejnego kręgu. To odkrycie nie przyniosło jej ulgi. Przeciwnie, sprawiło, że zaczęła bać się jeszcze bardziej. Kto wie jakie okropności planował dla niej?
Postanowiła nie zwlekać dłużej i zaczęła biec. Musiała dotrzeć do kolonii przed nim. Może była jeszcze szansa? Może nie ma dużej przewagi? Może ich dogoni? Może nawet uda jej się uratować tego człowieka, przecież Obcy nie był bezmyślną bestią, czuł jak oni, a przez chwilę odniosła wrażenie, że jest nią zafascynowany – wtedy, gdy podała mu dłoń.


Biegnąc, rozmyślała intensywnie nad wszystkim, co ją spotkało. Nagle potknęła się o korzeń wystający z ziemi i runęła wprost na parzące rośliny, które płożyły się u podstawy drzewa, żyjąc z nim w symbiozie. Drobne igiełki wbiły się w nieosłoniętą skórę dłoni, wywołując piekący ból i reakcję alergiczną. Kobieta znała tę roślinę i wiedziała, że za chwilę poczuje się źle. Przeszła jeszcze kilkanaście kroków, nim pojawiły się zawroty głowy i mdłości. Wiedziała, że nie dotrze do kolonii o własnych siłach i ganiła się w myślach za pośpiech i nieostrożność. Nagle poczuła, że unosi się w powietrzu, a cały las obraca się wokół. Nie, to nie las się obracał, lecz ona. Działo się z nią coś dziwnego. Nie czuła już pieczenia w miejscach, w które wbiły się pokryte toksycznym sokiem igły. Nie czuła bólu stóp i ssania głosu, które jej towarzyszyły. Świat przesuwał się wokół, a jej chciało się już tylko spać. Zamknęła oczy.



– Nie śpij – powiedział Łowca w swoim języku, potrząsając bezpłatnym ciałem niesionej kobiety. Ślady na ziemi wyraźnie pokazywały miejsce, w którym upadła. Komputer odznaczył rosnącą tam roślinę kolorem pomarańczowym, co wskazywało, że jest wysoce toksyczna. Wato ominął niebezpieczne miejsce i zatrzymał się kawałek dalej, po czym ułożył Barbarę na ziemi.
– Nie śpij – powiedział znowu, lekko klepiąc ją po twarzy, ale jedynym skutkiem, jaki osiągnął, było wymamrotanie kilku niezrozumiałych słów, których nawet komputer nie potrafił odszyfrować.
Wato podjął decyzję. Ryzykował, ale nie widział innego sposobu – zabije ją lub uratuje, a w obecnym stanie kobieta i tak nie miała wyboru. Surowica poliwalentna przystosowana była do jego potrzeb i zakres jej działania w ciele Barbary nie był znany, mogła wyrządzić znaczne szkody. Wato był gotów zaakceptować porażkę.
Po aplikacji w napięciu czekał na reakcję organizmu kobiety – na zapaść lub inne objawy świadczące o zbliżającym się końcu. Nic takiego nie nastąpiło. Oddychała miarowo i spokojnie. Wato wyłączył komputer i zdjął maskę, nie miał pewności, że Sola nie przemyciła do niego kawałka swojej osobowości i że nie obserwuje go przez kamery sprzętu. Potrzebował prywatności, chwili tylko dla siebie i nie chciał zdradzać przed osobowością statku, że jego zainteresowanie istotą leżącą w tej chwili na trawie jest podyktowane czymś się więcej, niż tylko czystą ciekawością. Przekonał się już na promie, że jego ciało postrzegało tę kobietę inaczej, niż podpowiadał zdrowy rozsądek i inaczej, niż sam by sobie tego życzył. Oczy dostarczały mózgowi obrazu i tyko ten jeden bodziec uruchomił tłumioną potrzebę prokreacji.
Wato, zafascynowany i przerażony jednocześnie własnymi odczuciami, pochylił się nad kobietą, studiując uważnie jej twarz, włosy oraz szyję widoczną przez rozpięty kołnierz bluzy. Kobieta miała jasne włosy, których kolor kojarzył się Łowcy z zeschłą trawą, dotknął ich by sprawdzić, czy połamią się równie łatwo jak ona i stwierdził, że są miękkie i gładkie – prześlizgiwały się między palcami, delikatnie łaskocząc wrażliwą na dotyk skórę. Ta wrażliwość nie była cechą, z która przyszedł na świat, lecz efektem zmian zainicjonowanych przez Solę. Wato po przebudzeniu nie miał czasu oswoić się z tymi zmianami, więc każdy taki dotykowy bodziec był dla niego zaskoczeniem.
Pomimo przyjemnego dreszczu podniecenia związanego z bliskością istoty tak podobnej do niego twarz Barbary wydawała mu się brzydka, oszpecona nozdrzami umieszczonymi w wystającej poza obręb twarzy kości. Mięsiste usta już wcześniej zwróciły jego uwagę, były ruchliwe, gdy kobieta mówiła przybierały różnie kształty, zmieniały też kolor podobnie jak skóra na jej twarzy – wcześniej zaczerwienione, teraz były bladosine.
Wzrok Wato przesuwał się po interesujących go punktach na ciele Barbary; od ust poprzez szyję, uszy, a w końcu piersi – dwie, dziwne, wypełnione tkanką tłuszczową kule.
Jego dłoń zawisła nad zamkiem bluzy, korciło go, by zobaczyć więcej.

Zmarszczył brwi. Nie to nie byłoby właściwe. Wycofał się. Usiadł pod drzewem i przymknął powieki, wsłuchując się w odgłosy lasu.