Idąc pustymi korytarzami, czuł, że narasta w nim złość, że musi dać upust wytworzonej i skumulowanej energii, która nie znalazła ujścia w naturalny sposób. Przywołał wewnętrzną kolejkę, chciał udać się na bakburtę, gdzie mieściły się hangary i ładowanie statku. Czekał dłuższą chwilę, jednak kolejka nie pojawiła się. Najwyraźniej uległa uszkodzeniu podczas bombardowania kosmicznych skał.
– Haj te-cetna! – krzyknął, uderzając pięścią w drzwi, które powinny były się przed nim otworzyć.
Jednak będzie się musiał zająć naprawami, bo wyglądało na to, że ludzka kobieta sama nie wie, czego chce, a co za tym idzie, perspektywa mile spędzanego czasu oddaliła się w bliżej nieokreślony przedział. Zaklął ponownie i ruszył w drogę powrotną, myśląc o tym, że nigdy wcześniej nie spotkało go takie upokorzenie. Nie mógł zrozumieć, jak można przerwać coś, co w jego świecie i tradycji było nieprzerywalne. Sola miała rację, nie są tacy sami i nigdy nie będą. Powinien był o tym wiedzieć, powinien o tym pamiętać. Różnice, które ich dzielą, są zbyt duże, by mogli się zrozumieć i żyć obok siebie bez scysji.
Drzwi do jej kajuty jakby wiedziały, że nadchodzi, ponieważ otworzyły się, nim do nich dotarł. Barbara zdążyła już się ubrać i zaścielić posłanie. Gdy wszedł do pomieszczenia, stanęła wyprostowana i spojrzała mu prosto w oczy, jakby chciała rzucić wyzwanie. Szybko jednak zrezygnowała i spuściła wzrok.
Przypomniała sobie? Pomyślał Wato, idąc w jej kierunku. Od razu zauważył, że jest zdenerwowana, choć stara się to ukryć. Zauważył też, że nerwowo skubie skórkę wokół paznokcia na kciuku. Ocenił jej drobną postać i zdecydował, że skręcenie karku będzie najłagodniejszym sposobem uśmiercenia kobiety, jeśli zajdzie taka potrzeba.
– Przepraszam – powiedziała nagle, podchodząc i kładąc dłonie na jego brzuchu. – Przestraszyłam się, sama nie wiem czego. Myślałam, że jestem na to gotowa, że tego właśnie chcę, ale… – zawiesiła głos – nie byłam. Wybacz mi.
Wato milczał, w jego świecie do zmycia zniewagi nie wystarczyły słowa. Poprzez skafander czuł delikatny dotyk; ta bliskość uświadomiła mu, że wciąż znajdował się w stanie podniecenia.
– Potrzebuję więcej czasu – kontynuowała.
Więcej czasu? Pomyślał Yautjańczyk, wiedział, że życie tej kobiety skończy się znacznie szybciej niż jego. On czasu miał pod dostatkiem, ale ona? Bez hibernacji ciało Barbary zestarzeje się i umrze, a przecież zależało mu na tym, by chociaż na jakiś czas zyskać towarzystwo.
Wycofał się, skoro chciała być sama, będzie. Wato miał wręcz pewność, że wkrótce sama do niego przyjdzie.
Kolejne statkowe doby mijały Barbarze w samotności, widywała Wato, ale tylko przez chwilę; mijali się na korytarzach, w jadalni czy na mostku, do którego Barbara miała teraz nieograniczony dostęp. Gdy pojawiała się w miejscu, w którym przebywał, witał ją skinieniem głowy, po czym wracał do wykonywanej czynności. Nigdy jednak nie trwało to na tyle długo, by, nabrawszy odwagi, ośmieliła się do niego podejść, przeważnie kończył pracę lub posiłek, zanim to następowało. Czuła się wtedy źle, bo chociaż zdawała sobie sprawę, że on, jako przedstawiciel innego gatunku i innej kultury, może postrzegać ten stan jako normalny, to jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że unika kontaktu celowo, by wzbudzić w niej poczucie winy. Ganiła się często za takie myśli i powtarzała sobie, że nie może oceniać zachowania Obcego ludzką miarą.
Powoli zaczynała tęsknić za jego bliskością. Prosząc, by dał jej więcej czasu nie miała na myśli, by zostawił ją samą sobie, ale by pozwolił jej oswoić się z nową sytuacją i z własnymi pragnieniami, które wydawały się wręcz szalone.
Od chwili, gdy opuścił jej kajutę, statek wypełnił się dalekimi odgłosami napraw. Barbara wiedziała, że Wato wraz z Solą planuje i nadzoruje prace wykonywane przez maszyny. Często nie było go przez wiele godzin, a gdy wracał, wyglądał na zmęczonego. Do odciętych śluzami powietrznymi części Krańca Świata Barbara nie miała wstępu, tam Centralny Komputer jej nie wpuszczał. Za kurtyny wstęp miał tylko Wato i pracujące tam serwismaszyny, ale on miał skafander próżniowy, a roboty były do tej pracy stworzone. Każdego dnia z niepokojem wyczekiwała jego powrotu, zablokowawszy drzwi swojej kajuty w pozycji otwartej, zerkała przez nie i odczuwała ulgę dopiero wtedy, gdy w ich prześwicie ujrzała jego postać.
Tego dnia, wracając do siebie, zatrzymał się i popatrzył w jej stronę, ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy do chwili, w której poprosiła go o coś, czego chyba nie zrozumiał lub zrozumiał zbyt dosadnie. Przekroczył próg jej kajuty i zatrzymał się zaraz przy wejściu, pachniał płynami hydraulicznymi, którymi umazany był jego kombinezon, ten zapach przypomniał Barbarze pewnego mężczyznę, którego znała – jak się jej teraz wydawało – dawno temu, jakby w innym życiu.
– Sola przyszykuje twoją kapsułę hibernacyjną – przemówił nagle Wato, przerywając wspomnienia napływające do głowy Barbary. – Naprawy dobiegają końca i wkrótce opuścimy ten system.
– Nie chcę się kłaść – odpowiedziała, zresztą zgodnie z prawdą. Bała się, że jeśli pozwoli się uśpić, obłudny komputer sterujący nie wybudzi jej wcale, albo zrobi to dopiero wtedy, gdy wszystko, co zna, w tym on, przestanie istnieć.
– Musisz, jeśli chcesz przeżyć podróż.
– A ty? Też poddasz się hibernacji?
– Tak. – Jak zwykle nie był zbyt wylewny.
– Kiedy? – zapytała, chociaż obawiała się odpowiedzi.
– Jutro.
– Już jutro?
– Okręt jest naprawiony i gotowy do drogi, została jeszcze tylko diagnostyka, jeśli nie wykaże poważnych błędów, ruszymy.
– Dokąd?
Nie odpowiedział, spuścił wzrok i przymknął oczy.
– W bezpieczne miejsce – odparł po chwili, po czym wyszedł.
Po jego słowach Barbara nie mogła znaleźć sobie miejsca, położyła się i próbowała zasnąć, ale uświadomiwszy sobie, że to tylko skróci czekanie, wstała i poszła się przejść. Snuła się po miodowożółtych korytarzach i salach bez celu i sensu. Wiedziała, że nie znajdzie tu niczego, czego już nie widziała. Kolejne drzwi i kolejny korytarz zawiodły ją na mostek, nawet tu wydawało się, że wraz z Wato, na spoczynek udał się cały okręt. Pomieszczenie i wszystkie pulpity sterujące kryły się w mroku i nieliczne tylko blado świecące na nich znaki wskazywały miejsca, w których pulpity się znajdowały. Kobieta postała chwilę w ciemnościach, a potem udała się w drogę powrotną, myśląc o zbliżającej się nieprzyjemnej procedurze. Podchodząc do swojej kajuty przekonana była, że nie zaśnie, nie w tej chwili i nie sama. Poszła więc do niego, otworzył i bez słowa wpuścił ją do środka.
Kilka godzin później obudziła się gwałtownie, w pamięci mając dudniący dźwięk, który wyrwał ją ze snu. Nie była pewna, czy faktycznie coś usłyszała, czy tyko śniła. Dźwięk się nie powtórzył, więc opadła z powrotem na posłanie i wsłuchiwała się w ciszę. Nic się jednak nie stało, odwróciła się zatem na drugi bok, miejsce Wato było puste, położyła dłoń na materacu by sprawdzić, czy jest jeszcze ciepły, ale stwierdziła, że ostygł zupełnie. Przesunęła się na tamto miejsce i, położywszy się płasko na brzuchu, przywołała wspomnienia z nocy. Jej ciało zareagowało na te myśli aż nazbyt intensywnie. Odwróciła się szybko na plecy, zacisnęła nogi, a ręce ułożyła na kołdrze, by oddzielić je od nagiego ciała.
– Głupia koza – szepnęła sama do siebie. Zamknęła oczy i znowu zobaczyła w myślach umięśnione ramiona Wato i jego ciepłe plecy, do których przytulała się, nim zasnęła.
– A niech to! – krzyknęła, zakrywając twarz poduszką, która jak na złość przesiąknięta była jego zapachem. I znowu umysł Barbary wypełnił się wspomnieniami, miała wrażenie jakby jej twarz ponownie otulały miękkie, grube włosy Wato, a w ich cieniu kryły się błyszczące, sztuczne zielone tęczówki. Wciągnęła głęboko powietrze, delektując się zapachem i wspomnieniami, pomyślała, że jest tyle rzeczy, których musi go nauczyć i… uzmysłowiła sobie, że nie będzie jej to dane, że hibernacja niesie ze sobą tyle samo korzyści co zagrożeń.
Pośpiesznie wstała i, ubrawszy się, wyszła. Pobiegła – jak jej się zdawało – w stronę sterowni, miała nadzieję, że tam go właśnie znajdzie. Biegła korytarzami, kierując się znakami i kolorem ścian, ale nie mogła jej odnaleźć. Krążyła, szukając i zaglądając do każdego pomieszczenia, niewiarygodnym wydawało się jej, że najistotniejsze pomieszczenie tak po prostu zniknęło. Po jej lewej otworzyły się drzwi do kolejki.
– Chcę na mostek – powiedziała głośno Barbara.
– Domyślam się – odparła Sola, ale najwyraźniej nie zamierzała podejmować dyskusji, gdyż więcej się nie odezwała.
Kolejka zatrzymała się w miejscu, które przypominało widziane wcześniej przez Barbarę hangary. Wystrój nie przypominał części mieszkalnej, nie miał sprawiać wrażenia przytulności i bezpieczeństwa, lecz pełnić wyłącznie praktyczną funkcję. Podczas jazdy Barbara czuła że kolejka nie tylko mknie do przodu, ale zmienia również położenie wzdłuż pionowej osi statku. Kobieta domyśliła się, że centrum sterowania zostało przeniesione na tył okrętu w pobliże silników, być może po to, by łatwiej koordynować prace i diagnostykę.
Idąc, minęła śluzę oddzielającą korytarz od sterowni i weszła do sferycznego pomieszczenia, od razu zauważyła, że Wato nie było w środku.
Głupia maszyna, mogła mi powiedzieć, że tu go nie ma. Pomyślała, odwracając się już do wyjścia, ale wówczas jej uwagę przykuł obraz mapy. Przedstawiał on prawdopodobnie układ, w którym się znajdowali i zaplanowaną trasę przelotu. Kobieta podeszła bliżej, na mapie zminiaturyzowany Kraniec Świata znajdował się na peryferiach układu, który krążył wokół podwójnej gwiazdy. Barbara szybko przeliczyła ilość planet.
– Daj zbliżenie – poprosiła.
Obraz powiększył się.
– Jeszcze – poprosiła ponowie. – Jeszcze trochę. – Przyglądając się mapie, czuła w skroniach, jak wzrasta jej ciśnienie krwi i powoduje nieprzyjemny ból głowy. Zrozumiała, że ją okłamał, że nie opuścili układu, w którym jej grupa zakładała kolonię. Przesunęła wzrokiem od powiększonego skrawka mapy do planowanego celu podróży. Odległość nie była duża, tak jej się przynajmniej wydawało.
– Powiększ cel! – zażądała stanowczo.
O dziwo, Sola wykonała polecenie. Wybierali się do układu z jedną gwiazdą, ośmioma planetami, z których część posiadała księżyce; dwie wewnętrzne planety były ogromne w porównaniu do pozostałych, a jedną z nich otaczał pas pierścieni. W wokół całego układu krążył pas skał lub lodu, pośród których odwzorowano kilka większych obiektów.
– Powiększ trzecią planetę od gwiazdy.
Obraz przybliżał się i przybliżał, niewielka, niebieska kula stawała się coraz większa i większa, aż na jej powierzchni stały się widoczne kontynenty.
Barbara rozpoznała planetę.
– Ziemia – powiedziała wręcz bezgłośnie – lecimy na Ziemię. – nie mogła uwierzyć, pogodziła się już z faktem, że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy drugiego człowieka, a teraz okazuje się, że lecą na jej rodzinną planetę? Przecież mógł jej powiedzieć. Fakt, że została okłamana stracił znaczenie. Uradowana podeszła do drzwi, otworzyły się akurat w chwili, w której naprzeciwległe, oddalone o kilkadziesiąt metrów spore wrota zamknęły się za plecami Wato. Kobieta pobiegła w tamtym kierunku, chciała szybko powiedzieć mu, że już wszystko wie i że nie gniewa się za to, że ją okłamał, bo rozumie, że zrobił to dla jej dobra.
Pośpiesznie przekroczyła próg ogromnych wrót; po drugiej stronie spodziewała się zobaczyć tego, którego szukała, jednak zamiast zgrabnej sylwetki Wato dostrzegła tylko szereg kolejnych grodzi. Zdezorientowana podchodziła do każdej z nich, zastanawiając się, za którą zniknął Yautjańczyk. W końcu wybrała którą bądź i wkroczyła na nieznany teren. Od progu spostrzegła, że powietrze w tym pomieszczeniu ma inny zapach niż w części mieszkalnej, po prostu śmierdziało. Kobieta zasłoniła usta dłonią, w pomieszczeniu było ciemno, więc uznała, że i tu go nie znajdzie, chciała wyjść, ale drzwi nie otworzyły się.
– Wypuść mnie – powiedziała na głos. Jej prośba nie spotkała się z aprobatą. – Sola, słyszysz mnie? Chcę stąd wyjść!
Zamiast hydraulicznego syku otwieranych wrót, kobieta usłyszała szereg dziwnych szczęków, po których pomieszczenie rozświetliło się ciepłym żółtym światłem. Barbara odwróciła się, czując, że wcale nie chce widzieć tego, co się tu znajdowało. W licznych rzędach przez całą długość pomieszczenia ustawiono sześciany o równie miodowym odcieniu, co pomieszczenia mieszkalne. W każdym sześcianie, zatopione w jego półprzeźroczystej materii, znajdowało się ciało. Kobieta podchodziła od jednego sześcianu do drugiego i ze zgrozą przyglądała się ich zawartości. Różnorodność zgromadzonych okazów oraz procesy, którym poddano ich ciała, nim zostały umieszczone w tych strasznych gablotach, przeraziły Barbarę. Dziesiątki istot, małych i dużych, pozbawiono życia dla celów, o których wolała nie myśleć.
Przyciskając rękaw skafandra do twarzy poruszała się chaotycznie; od smrodu, który mógł być równie prawdziwy co urojony, zrobiło jej się niedobrze. Martwe twarze, dzioby, ryje i pyski spoglądały na nią zamglonymi śmiercią spojrzeniami, a wiszące na ścianach czaszki łypały pustymi oczodołami. Nie wytrzymała i zwymiotowała u stóp jednego z sześcianów.
Wato, nieświadomy, że Barbara za nim podąża, minąwszy galerię, wszedł do mieszczącej się za nią kazamaty. System wentylacji i serwismaszyny na szczęście działały poprawnie, eliminując fetor, który z pewnością unosił się z licznych klatek ustawionych po obu stronach długiego pomieszczenia. Wato wkroczył pewnie w ten świat. Jego kroki niosły się echem i wywoływały atak panicznego strachu wśród istot zamkniętych w klatkach. Łowca mijał je, nie zwracając szczególnej uwagi na żadną z nich, zatrzymał się dopiero przed ostatnią. W środku siedział mężczyzna, spojrzał obojętnym wzrokiem na przybyłego, jakby pogodził się z faktem, że jego los został już przypieczętowany. Człowiek bardzo się zmienił od chwili, w której został pojmany. Wato wyciągnął dłoń, a z jego palców na podłogę miękko opadł kosmyk czarnych kręconych włosów. Człowiek ożywił się na chwilę, szybko sięgnął po upuszczony pukiel, ścisnął go w pięści i wyprostował się na tyle, na ile pozwala klatka.
– Czego chcesz, mendo? – z ledwością wychrypiał, dawno nie mówił i czynność ta sprawiała mu trudność.
Obcy przekrzywił głowę w kierunku ramienia, jednak nie odpowiedział, naciągnął za to na dłonie rękawiczki.
– Co, boisz się, że pobrudzisz sobie rączki, łajzo?! – krzyknął wychudzony mężczyzna, szarpiąc za siatkę – Dalej, na co czekasz? Jestem tu i jestem gotów na śmierć, a ty, brzydalu?! Jesteś gotów?!
Wato otworzył klatkę, rozwinął pejcz i jednym celnym i wprawnym machnięciem sprawił, ze giętka końcówka owinęła się wokół lewej kostki człowieka. Mocne szarpnięcie przewróciło mężczyznę na plecy. Brutalnie ciągnięty po podłodze człowiek usiłował pochwycić się jakiejkolwiek wklęsłości, ale osłabione niedożywieniem palce nie zdołały utrzymać go ani chwili. Paskudny kosmita zawlókł go w pobliże sekcyjnego stołu, na którym kroił swoje ofiary często jeszcze za życia. Mężczyzna wiedział, że i jego czas nadejdzie, a po tym, co Obcy zaserwował tym nielicznym ludziom, którzy przeżyli atak w kolonii i tak jak on, trafili na ten statek, postanowił zrobić wszystko, by zabić tę istotę lub zginąć, próbując.
Siedząc w klatce, udało mu się odgiąć kawałek drutu, z którego zbudowana była siatka pokrywająca klatkę i godzinami, zginając go to w jedną to w drugą stronę, doprowadził w końcu do osłabienia połączeń i pęknięcia. Jeden koniec zagiął tak, że utworzył małą pętelkę, akurat taką by wsunąć w nią środkowy palec prawej dłoni. Pozyskany w ten sposób przedmiot, odpowiednio użyty, mógł stać się śmiercionośną bronią.
Ściskał teraz mocno w dłoni ten przedmiot razem z kosmykiem włosów, który upuścił oprawca. Człowiek rozpoznał pukiel, należał do kobiety, z którą pracował od wielu lat i którą cenił. Nie było jej wśród tych, którzy przeżyli, zaginęła w lesie, a jednak w jakiś sposób się tu znalazła? Co z nią zrobił? I dlaczego dopiero teraz pokazał mu jej włosy? Mężczyzna nie znał odpowiedzi i nie zamierzał ich szukać, gdy tylko poczuł, że już nie jest ciągnięty i że Obcy usiłuje wyplątać jego kostkę z pejcza, poderwał się i wbił drut w twarz oprawcy, trafiając w policzek pomiędzy dolnym, a górnym kłem. Natychmiast wyciągnął drut i dźgając raz za razem bez opamiętania, celowania czy nawet patrzenia atakował zaciekle w nadziei, że uda mu się uszkodzić tętnicę i potwór się wykrwawi. Śliski od krwi drut przekrzywił się jednak i szybko przestał być skuteczny nie wbijał się lecz ześlizgiwał po materiale skafandra, który nosił na sobie obcy. W końcu opadłszy z siły mężczyzna poddał się, obcy nadal kucał obok niego i osłaniał twarz krwawiącym przedramieniem. Człowiek spostrzegł, że jego działania były raczej marne w skutkach i z całą pewnością nie zaszkodziły obcemu na tyle, by uczynić go niegroźnym, a gdy osłaniające twarz ramię opadło, człowiek spostrzegł świdrujące spojrzenie zielonych oczu, z których biła już tylko wściekłość
***
Uciekała, jedynie to jej pozostawiało, byle dalej, byle szybciej. Wiedziała, że za nią podąża, słyszała jego kroki, rytmiczne i szybkie jak bicie jej serca. Już wszystko było jasne, strach, który czuła w jego obecności i podniecenie, które się z niego zrodziło. Nie była tu dobrowolnie, nie została uratowana – porwano ją.
Skręciła w lewo i zatrzymała się, tylko na chwilę, tylko po to by złapać oddech i spróbować dostać się do kolejki. Drzwi nie otworzyły się, Sola nie była po jej stronie, to oczywiste, Wato był jej ulubieńcem, robił to, co chciała, to, co im obojgu sprawiało przyjemność – znęcał się i mordował. Jego dokonania wypełniały miodowożółte sześciany.
Pobiegła dalej, chociaż wiedziała, że stąd nie ma ucieczki, chociaż... może jest?
Kierowała się teraz blado świecącymi listwami przy podłodze, Wato powiedział jej kiedyś, że wskazują kierunek ewakuacji. Ostatnia szansa, by wyrwać się z tej pułapki.
Znowu dopadła ją zadyszka i kłucie w boku, nie miała kondycji, jaką powinna posiadać astronautka i kolonizatorka. Ten kujący ból spowalniał ją, a nie mogła sobie pozwolić, by Wato ją dogonił. W swej niewiedzy i naiwności wierzyła, że umknęła mu dlatego, że tym go zaskoczyła, przez myśl nie przeszło jej, że obcy pozwolił jej na ucieczkę i nadal pozwalał na ten bezsensowny bieg. Przyciskając prawą dłoń do boku, a lewą wspierając się o ścianę, uparcie parła na przód.
Jej determinacja nawet imponowała Wato, chociaż wiedział, że do niczego nie doprowadzi. W końcu dogonił ją, tuż przed śluzą prowadzącą na zewnątrz. Niegdyś po drugiej stronie znajdowała jedna z licznych kapsuł ratunkowych, obecnie tylko próżnia kosmosu. Barbara musiała się już zorientować, że to koniec jej ucieczki, wsparłszy rozpalone czoło o chłodną powierzchnię przeźroczystej grodzi, czekała na jego przybycie. Gdy usłyszała, że się zbliża, spojrzała na niego, w jej oczach dostrzegł łzy i wiedział już, że wszystko musi zakończyć się tu i teraz. Nie chciał jej skrzywdzić, pomimo tego że wcześniej rozważał taką opcję. Wyciągnął rękę w jej kierunku, to był błąd, dłoń odziana w rękawicę splamioną ludzką krwią nie mogła załagodzić sprawy. Barbara zaprzeczyła ruchem głowy, łzy spłynęły po jej śniadych policzkach i wsiąkły w skafander.
Nim Wato zdążył do niej dobiec, otworzyła śluzę i zamknęła się wewnątrz, blokując wejście. Yautjańczyk doskoczył do grodzi i uderzył w nią z całej siły, zadrżała, lecz nie pękła – nie było takiej możliwości, stworzono ją z myślą o znacznie większych przeciążeniach.
Spojrzał na nią błagalnie, wierzył, że zrozumie. Ale świdrujące spojrzenie zielonych tęczówek nie mogło cofnąć czasu i wymazać z pamięci kobiety tego, co się stało. Bezradnie przyglądał się, jak pomału wycofuje się pod przeciwległą gródź, a jej drżące palce odblokowują zewnętrzny właz. Jeśli go otworzy, zginie. Ponownie uderzył pięścią w przeźroczystą taflę grodzi, Barbara zerknęła na niego przez ramię i nacisnęła moduł otwierający, pomieszczenie wypełniło się mętnym gazem, który przesłonił widok.
Jej ciało było lekkie i ciepłe, przytulił twarz do jej twarzy i głęboko wciągnął powietrze, pachniała strachem i podnieceniem. Odsunął się i ostatni raz omiótł spojrzeniem nagie ciało kobiety spoczywające w komorze hibernacyjnej.
– Wyczyść jej pamięć – rozkazał, wiedział, że Sol wykona polecenie, sformatowany komputer centralny nie wykazywał już oznak paranoi, która udzieliła mu się od szalonej królowej roju, jej mózg zastąpiony został ludzkim umysłem – taka byłą umowa, śmierć za życie.
– Czy życzysz sobie czegoś jeszcze? – usłużnie zapytał Centralny Komputer, jego głos, tak odmienny do głosu Soli, przyjemnie rozbrzmiewał w pustych salach Krańca Świata.
– Obudź mnie, gdy będziemy na miejscu, to wszystko.
Koniec
Dziękuję tym, którzy dotrwali ze mną do końca - nie łatwa była to droga. Koncepcja opowiadania wielokrotnie się zmieniała i przez pewien czas dręczyła mnie myśl, by zagościł tu happy end, ostatecznie jednak skończyło się tak, jak zaplanowałam to pierwotnie. Tych, których nie porwałam tą "fascynacją" już wkrótce zaproszę ponownie do Dekalogu. Przyznam, że długo nie miałam pomysłu na siódmą część, napisałam opis walki i uroczystości ku czci poległych i... utknęłam. Na szczęście - już się nie mogę doczekać - moje umysłowe kubki smakowe zostały pobudzone przez zapowiedź najnowszej odsłony o gwiezdnym myśliwym... a zatem, oby do września.
Koniec to dopiero początek.