sobota, 23 lipca 2016

I

Wato przymknął powieki, gdy poczuł ucisk grubej igły, która przebiła jego skórę; niegdyś mlecznobrązową i nakrapianą niczym skały z terenów, z których pochodził na rodzinnej planecie. Otworzył je dopiero wtedy, gdy ramię robota medycznego zwisającego spod sufitu, jak ogromna biała ośmiornica, cofnęło się. Maszyna sterowana centralnym komputerem poddała jeszcze skanowaniu całe ciało Yautjańczyka, a nie wykrywszy żadnych niepokojących zmian spowodowanych długą hibernacją, powróciła na swoje miejsce, by pozostać w uśpieniu aż do kolejnego badania. Wato mierzący niespełna dwa metry wzrostu wydawał się drobny w porównaniu do skali, w której zbudowane zostało to pomieszczenie, jego wszystkie sprzęty i statek, na którym się znajdował. Cała maszyneria Krańca Świata automatycznie dopasowywała się do wzrostu Łowcy, więc i tym razem nie miał trudności z opuszczeniem medycznej leżanki. Gdy tylko jego obute stopy dotknęły syntetycznej podłogi, łóżko wystrzeliło na wysokość ramion Predatora.
Warknięcie, coś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem wydobyło się z jego gardła i odbiło się echem od pustych, jasnych ścian. Istota, do której było skierowane, milczała. Wato opuścił więc pomieszczenie i wewnętrzną kolejką transportową udał się na dziób statku, gdzie znajdowała się sterownia. Chociaż, jak myślał Yautjański myśliwy, to nie była dobra i adekwatna nazwa. Być może dawniej można było z tego miejsca sterować okrętem, ale obecnie centrum decyzyjne znajdowało się daleko stąd, ukryte wewnątrz przepastnych pokładów Krańca Świata. 

Po krótkim i gwałtownym przyspieszeniu, które wciskało w fotel kolejki, następowało łagodne hamowanie. Wagonik zatrzymał się, a drzwi stanęły otworem wprost na sferyczny mostek. Hologram rzutował na ściany obraz galaktyki, w której się obecnie znajdowali. Wato spojrzał na wizerunek powoli obracającej się spirali. Gdzieś tam był jego świat. Ile minęło czasu, odkąd zawarł ten przedziwny pakt z istotą-maszyną-demonem? Wieki? Tysiąclecia? Czy jego planeta jeszcze istniała? Czy kiedykolwiek na nią wróci? Jaki cel wyznaczyła istota? Może stoczy swą ostatnią walkę?
Widok galaktyki rozciągnął się na całą sferę i, obrawszy jeden punkt, stałe się powiększał, by ukazać w końcu lazurową planetę. Wato poluzował zapięcie bluzy kombinezonu, jej wysoka stójka uciskała gardło. Ściśle przylegający strój uwydatniał muskularną sylwetkę Wato, a włosy spięte wysoko na głowie odsłaniały kark i ślad po wszczepieniu implantu korowego, który umożliwiał kontakt z Solą, centralnym komputerem Krańca Świata.

Pytanie zadane w myślach znowu pozostało bez odpowiedzi, musiał wypowiedzieć je na głos:
– Jaka jest populacja?
– Gatunki endemiczne siedemnaście milionów pięćset dwadzieścia trzy tysiące dziewięćset czterdzieści jeden – odpowiedział mu głos, który mógł równie dobrze należeć do dziecka, jak i kobiety.
– Pytałem o cel? – sprecyzował. Czasami maszyna nie rozumiała jego przekazów, zwłaszcza tych niewerbalnych.
– Potencjalnie jest trzydzieści gatunków. Ale nas interesuje dwudziestopiecioosobowa populacja inteligentnego, zaawansowanego technicznie gatunku. Zebrałam już niezbędne dane, podczas gdy ty spałeś.
– Mogłaś mnie wybudzić.
– Nie byłeś do tego niezbędny – odparła, ignorując lub nie rozumiejąc pretensjonalnego tonu Wato. – Gatunek jest stosunkowo młody – kontynuowała. – Dopiero zaczyna się rozprzestrzeniać po sąsiednich układach. Populacja na tej planecie to niewielka kolonia. Inteligencja i technologia będą stanowiły dodatkowe, niewielkie wyzwanie.
Wato prychnął. Niewielkie wyzwanie? A może solidne zagrożenie dla życia? Pomyślał.
– Zlecę maszynom przygotowanie twojego sprzętu  mówiła dalej.
– Nie! Dobrze wiesz, że zawsze robię to sam – zaprotestował Yautjańczyk, przyglądając się z uwagą obrazowi powoli obracającej się planety.
– Nie ufasz mi? – zapytała maszyna, modulując dźwięk tak, aby jej głos zabrzmiał jakby wypowiadało je dziecko. 
– Ani trochę – odparł chłodno Wato.
Mapa zgasła, Sola coraz częściej miewała nastroje tak bardzo upodabniające jej cybernetyczno-bioniczny mózg do umysłu żywej, świadomej swego istnienia i cielesności istoty.
Yautjańczyk pozostał sam, w ciemności kierunek ewakuacji wskazywały blado świecące listwy przy podłodze. Łowca opuścił mostek i znowu zajął miejsce w kolejce, nie spieszyło mu się, ale piesze pokonanie dystansu zajęłoby mu kilka cennych godzin, które wolał poświęcić na sprawdzenie ekwipunku i aklimatyzację na planecie.

Zbroja spoczywała na stojaku, tak jak ją zostawił; ale to nie był ten sam pancerz, który chronił go podczas pierwszych wypraw, to nawet nie była czysta i szlachetna stal, lecz mieszanka wysoko wytrzymałych, syntetycznych polimerów. Wato dotknął dłonią napierśnika, cienka warstwa zewnętrzna przybrała natychmiast kolor skóry na jego dłoni. Nic już nie było takie same. W skupieniu sprawdził pozostały osprzęt, a gdy miał pewność, że wszystko jest w porządku, wezwał Solę. Inteligencja odpowiedziała natychmiast, opuszczając z sufitu długie ramiona gotowe pomóc Yautjańczykowi w przywdzianiu zbroi. Wato uniósł dłoń, pokazując, że nie chce pomocy.
„Wczytałam informacje, które mogą ci się przydać.” Rozbrzmiało w jego umyśle.
Wato zdjął kurtkę.
– Wykasuj je, chcę zrobić to sam. Tak jak kiedyś – odparł na głos, zdejmując buty, spodnie i bieliznę. Spojrzał krytycznie na swoje odbicie, Sola znowu poddała go modyfikacji podczas snu. Ciągle coś zmieniała. Ciało Wato pokrywały już łuska, pióra, sierść, a nawet pancerz. Teraz zaś jego skóra była gładka i blada, straciła gatunkowe cechy charakterystyczne. Yautjańczyk już dawno przestał oponować, wiedział, że to nie ma sensu. Być może istniał protokół, który podporządkowałby komputer centralny jego woli, ale Wato go nie znał i nie miał dostępu do poziomów, z których można było go przeprowadzić. Milcząc, przywdział pancerz zaprojektowany i wykonany przez Solę. Zawsze, gdy go zakładał, zdumiewał go fakt, jaki był lekki i wygodny.
– Obliczyłam szacunkowy czas trwania misji – przerwała ciszę Sola. – To od dwudziestu trzech do czterdziestu sześciu godzin czasu statkowego. Wzięłam pod uwagę silny opór ze strony  obranych celów.
– Cele sam wybiorę, pod warunkiem, że uznam ich za godnych przeciwników. Twój osąd w tej sprawie nie jest dostatecznie wnikliwy. Czujniki, które wysyłasz, nic ci nie powiedzą o charakterze ofiary, jej charyzmie, samozaparciu i woli przetrwania. Dlatego pozwól, że to ja będę decydował o tym, ile będzie trwało polowanie, i czy w ogóle się odbędzie.
Ciche kliknięcie i następujący po nim zgrzyt świadczyły o tym, że wypowiedziane przez Wato słowa są poddawane analizie.
– Dobrze, po czterdziestu sześciu godzinach zrzucę ci zapasy, bo na taki czas wyposażyłam apteczkę… Pamiętaj.

Jakże mógłby zapomnieć o tym fakcie, o bólu, któremu nie można samemu zaradzić. Uruchomił naramienny komputer, przynajmniej interfejs wyglądał jak dawniej. Łowca uśmiechnął się w duchu, wiele wspomnień zatarło się już w jego pamięci, ale to, gdy po raz pierwszy przywdział własną zbroję, uruchomił komputer i poddał skanowania całą rodzinę, wciąż pozostawało żywe.

Bez pożegnania z maszyną wyszedł z pomieszczenia, wiedział, że Sola będzie mu towarzyszyła aż do opuszczenia promu na planecie. Potem kontakt będzie się odbywał tylko co jakiś czas, gdy planeta, obracając się, ustawi punkt jego pobytu bezpośrednio pod daleką orbitą, na której znajdował się Kraniec Świata.