czwartek, 22 lutego 2018

XII



Przez cały manewr podejścia i dokowania Barbara nie odezwała się do Obcego. Czuła się oszukana, przez chwilę myślała, że on ją rozumie, że chce jej pomóc.
Gdy cumy zakotwiczyły czarny okręt, napłynęły jej łzy do oczu, nie chciała wracać do miejsca, w którym panowała obłąkana maszyna. Postanowiła nie odstępować Wato na krok. Gdy szedł przodem, zastanawiając się, jak spore są uszkodzenia i czy system naprawczy będzie w stanie je zreperować? Barbara podążała za nim, wykonując dwa kroki na każdy jego krok.
Sola nadal nie odpowiadała na wezwania, ale w części statku, w której się znajdowali, nie było najmniejszych oznak, że doszło do kolizji. Inteligencja zadbała o to, by wszystkie grodzie były zamknięcie, zapewniając im tym samym bezpieczeństwo.
Wato podszedł do najbliższego ekranu, gmerał przez chwilę przy dziwacznej klawiaturze, a potem przyjrzał się obrazowi, który pojawił się na monitorze.
– Raport jest niekompletny – powiedział. Barbara wspięła się na palce by móc zerknąć na ekran. – Muszę iść do centrum sterowania – kontynuował. – Sola nie odpowiada na moje wezwania, może to być jej złośliwość lub awaria. Muszę to sprawdzić, zaprowadzę cię do twojej kajuty, zaczekasz tam.
– Wolałabym iść z tobą, myślę, że ona coś kombinuje.
Wato zmierzył ją znużonym spojrzeniem:  – Zaczekasz w kajucie – oznajmił.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, a w kajucie zapanowała cisza przerywana jedynie odległym dudnieniem nieznanego pochodzenia, Barbarę opanowało przejmujące przeczucie, że widzi Obcego ostatni raz. Wielokrotnie podchodziła do wyjścia z zamiarem poszukania go i wracała na koję, mając w pamięci jego karcące spojrzenie i słowa, że ma czekać. Próbowała zająć się czymś, lecz nie bardzo miała czym. Umyła się więc i ubrała czysty kombinezon, położyła się na koi, ale nie mogła znaleźć sobie miejsca, wstała więc i zaścieliła je prawie idealnie. Krążąc po pomieszczeniu obgryzała skórki wokół paznokci i wsłuchiwała się w odgłosy statku. Nagle, tuż za drzwiami, usłyszała metaliczne odgłosy, rzuciła się do wyjścia z nadzieją, że Wato wrócił, ale zamiast rosłego kosmity w przejściu ujrzała pająkowatą maszynę z rozbitym monitorem. Maszyna, nie czekając na pozwolenie, wkroczyła do kajuty i zwinnie obiegła całe pomieszczenie.
– Co tu robisz? – spytała Barbara, przyglądając się poczynaniom robota.
Maszyna nie odpowiedziała, za to ostentacyjnie wyciągnęła przed siebie ramiona, w których trzymała narzędzia do cięcia.
– Coś się stało? Potrzebujesz pomocy przy naprawach?
Robot postąpił kilka kroków w stronę Barbary, poszczękując metalicznie.
– Chodźmy! – Barbara szybkim krokiem podeszła do wyjścia, maszyna pozostała na miejscu, drobiąc stalowymi odnóżami.  
– Co się dzieje? Nie chcesz iść? Więc po co ci ten sprzęt? To coś z Wato? Coś mu się stało?
Robot jakby tylko czekał na wspomnienie o Obcym, przykucnął koślawo i, wybiwszy się, skoczył na Barbarę. Kobieta z krzykiem odskocznia na bok, upadając na podłogę.
Przyrząd do cięcia trzymany przez maszynę zalśnił niepokojącym błękitnym światłem, widząc to Barbara uzmysłowiła sobie, że jest celem. Kopnęła pająkowata maszynę w strzaskany monitor. Błękitne światło zatoczyło krąg i o milimetry ominęło nogę kobiety. Poderwała się z podłogi i podbiegła do koi, robot, truchtając, podążył za nią.
– O co ci chodzi! – Wrzasnęła, zarzucając pościel na maszynę.
– O ciebie – odparła maszyna, wycinając w pościeli otwory. – Jesteś tu zbędna, wprowadzasz zamęt.
Szybka ocena sytuacji uzmysłowiła Barbarze, że nie ma czym się bronić. Gdyby chociaż mogła oderwać od podłogi purchawkowate krzesło, tłukłaby nim maszynę tak długo, aż ta rozpadły się na kawałki. Niestety krzesełka i stoliki były integralną częścią statku. Wiedziała,  że polemizowanie z robotem, który nie posiadał uczuć, nie miało sensu, przeskoczyła przez koję i ukryła się w pomieszczeniu sanitarnym. Tu uświadomiła sobie, że powinna była raczej uciec na korytarz, tam miałby większe szanse.
Drzwi pomieszczenia zadrżały od uderzenia, nie były solidne, ich przeznaczeniem nie było chronienie zawartości, lecz zapewnienie poczucia odosobnienia, intymności. Kolejne uderzenie pozostawiło głęboką wypukłość, po nim na powierzchni drzwi wykwitło czerwone bąblowate przebarwienie niczym oparzelina, a w jego centrum ukazało się błękitne ostrze urządzenia do cięcia. Chwilę później ostrze zniknęło. Zastąpiły je metaliczne dźwięki uderzenia i truchtania, które narastały, a potem gwałtownie ucichły.
Barbara wyłączyła blokadę drzwi, otworzyły się tylko do połowy prześwitu, blokując się na wypukłości. Kobieta wychyliła się by zobaczyć, co się dzieje. Przy pająkowatym robocie klęczał Wato, Barbara przecisnęła się na drugą stronę i podeszła do niego. Robot był strzaskany, nie mógł już jej zagrozić. Kobieta położyła dłoń na ramieniu Obcego, spojrzał na nią i wtedy dostrzegła, że jest ranny. Wzdłuż jego skroni i oka biegła głęboka, krwawiąca rana.
– Nie wiem, co w niego wstąpiło – powiedziała, przyglądając się neonowozielonej krwi spływającej po twarzy Obcego.
– To nie on – odparł Łowca i, wstając, zatoczył się, jakby miał upaść. Barbara podtrzymała go.
– Usiądź na łóżku – poleciła, kierując ich w tamtą stronę, Obcy nie zaoponował. Barbara wydobyła ręcznik, zmoczyła go w wodzie i delikatnie przetarła ranę.
– Trzeba ją zeszyć – szepnęła. Wato chwycił ją za dłonie.
– Zostaw, zaraz się zasklepi – powiedział, również szepcząc. Kobieta wypuściła ręcznik z dłoni.
– Co się tam stało? – zapytała.
Wato nie odpowiedział, przyciągnął ją bliżej siebie i, przymknąwszy oczy, oparł czoło o jej ramię.
– Jesteś zmęczony? – dopytywała.
Warknął, nie wiedziała, czy to potwierdzenie czy zaprzeczenie.
– Muszę jeszcze coś zrobić – szepnął, odsuwając ją od siebie.


Sferyczną mapę układu, w którym się znajdowali, zastępował teraz trójwymiarowy obraz Krańca Świata.  Na jaśniejącym wykresie pulsowały rany zadane przez kosmiczne skały. Zdawały się niewielkie w porównaniu do statku, ale Wato wiedział, że w normalnej skali są ogromne. Naprawa uszkodzeń zajmie sporo czasu, ale pomimo tego, że miał go w nadmiarze, niekoniecznie chciał ten czas marnować na pracę dla czegoś, co straciło już chyba resztki kontaktu z obecną rzeczywistością. Sola irracjonalnie pragnęła unicestwienia Barbary, która wykazała się ostatnio wyjątkowym rozchwianiem emocjonalnym. „Są siebie warte”, pomyślał Wato, stając pośrodku sfery. Kierując się wskazówkami i natarczywymi ponagleniami Soli, która chciała się z nim widzieć, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, zważywszy na fakt, że była wszędzie,  posłusznie miał wkroczyć w jej świat.
– To twoja wina. – Głos jak zwykle wydobywał się zewsząd. – Zniknąłeś, szukałam cię i straciłam czujność. Gdy jesteś na statku, nie wolno ci zrywać połączenia ani uruchamiać zapory. To przez tę istotę, ona cię zmieniła, sprawiła że…
– Sama do tego doprowadziłaś, wybrałaś ich za cel. Chciałaś się przekonać, jak zareaguję, a teraz dziwisz się, że chcę ją mieć przy sobie?
– Byłeś idealnym załogantem.
– Już nie jestem? Chcesz się mnie pozbyć? Chcesz pozbyć się nas obojga?
– Nie. Chcę tylko, żeby było tak, jak przedtem, zanim twoje stopy dotknęły tej przeklętej planety, a twoje oczy dostrzegły łączące was szczegóły.
– To nie jest możliwe, nie przy obecnym stanie rzeczy.

– Domyślałam się, że taka będzie twoja odpowiedź. Zejdź do mnie.

Plan okrętu zniknął, a w jego miejscu, na podłodze, zarysował się centryczny otwór z widoczną drabinką prowadzącą w dół. Wato zacisnął pięści, przed prawdziwą, cielesną postacią Soli nie dane mu było do tej pory stać. Wiedział, że jest ona połączeniem cybernetyki i bioinżynierii, ale nie wiedział, czego może się spodziewać. Powoli zszedł po drabince. Na dole było ciemno, a powietrze miało zapach pleśni i wilgoci, cichy nigdy nie ustający szum pomp przywodzi na myśl oddech jakiejś gargantuicznej istoty. Wato odwrócił się, a jego wzrok spoczął na znajdującej się tu maszynerii i dużym pojemniku wypełnionym tą samą substancją co komory kriogeniczne. W pojemniku, podłączona do różnych rurek i przewodów znajdowała się głowa istoty o niewiarygodnie przerośniętym mózgu. Organ ten wystawał daleko poza obręb  równo przyciętej czaszki tuż ponad wydatnymi łukami brwiowymi i łączył się w nieprzerwany sposób z milionami procesorów znajdujących się za nim. Twarz istoty wydawała się spokojna jakby zastygła w czasie, ogromne złożone oczy ukrycie pod przeźroczystymi powiekami zdawały się patrzeć jednocześnie na przybyłego i na wszystko, co go otacza.  
– Jesteś – zabrzmiało w głowie łowcy. W tym pomieszczeniu Sola nie potrzebowała implantów, by móc wejść do umysłu Wato.
Łowca zachwiał się na nogach, czuł wyraźnie wszystkie emocje tej istoty, która dobrowolnie poddała się dekapitacji by służyć kolonii zamieszkującej statek.
– Rozumiem cię. Kiedyś też miałam ciało, i choć było to tak dawno, a mój gatunek nie był rozdzielnopłciowy, to rozumiem twoją potrzebę bliskości z inną istotną. Uważasz, że jestem straszna? Szalona? Ale ja, tak jak ty, nie chcę być tu sama. Odwracasz się ode mnie, ale zrozum, że mnie potrzebujesz. Osobno jesteśmy tylko statkiem i wojownikiem bez pana; pustą skorupą i żołnierzem bez armii. Potrzebujemy się na wzajem.
– Chcesz przekonać mnie czy siebie?
Coś było nie tak, znał ją zbyt dobrze i wiedział, że nie dyskutowałaby z nim, gdyby miała kontrolę nad sytuacją.

Milczała, szum w pomieszczeniu nasilił się, jakby wzmożone procesy myślowe soli wymagały dodatkowego chłodzenia.
– Rozumiem, że chcesz negocjować warunki? – zapytała po chwili. – Mam więc dla ciebie propozycję. 



Barbara spała, owinąwszy się kocem aż po same uszy. Jej oddech był miarowy i spokojny. Wato przyglądał się twarzy kobiety, znał już dobrze anatomię jej gatunku, istot inteligentnych, ale w jego przekonaniu słabych. Jak wszystkie żywe istoty, wskazywali paniczny strach przed śmiercią i stałe dążenie do prokreacji. Zamknął oczy próbując wsłuchać się we własne ciało. Nie wyczuwał już smyczy, na której trzymała go Sola, łańcuch pękł i mógł zostać tu dobrowolnie lub odejść. Skłamał, mówiąc Barbarze, że jego okręt nie jest gotów do podróży, zawsze był gotowy, tak jak jego właściciel.
Usiadł na łóżku obok kobiety, obudziła się, podrywając głowę z posłania; najwyraźniej wydarzenia ostatnich godzin sprawiły, że nie czuła się tu bezpiecznie.
Wato położył się obok niej, wspierając się na łokciu.
– Sola nie będzie cię już dręczyć – powiedział. Barbara dotknęła rany na jego skroni, uszkodzona tkanka zdążyła się już zasklepić, zadziwiało ją, jak szybko się zregenerowała. Kobieta podniosła się i pocałowała go w to miejsce, zaskoczony tym dziwnym gestem Wato odsunął się i usiadł wyprostowany.
– Co chciałaś zrobić? – zapytał, pocierając skroń i spoglądając na nią, jakby spodziewał się ataku. – Smakujesz mnie?
– Co? Nie. To taki gest, wyrażamy nim swoje uczucia, gdy kogoś lubimy – odparła Barbara, śmiejąc się w duchu z samej siebie. Jak mogła pomyśleć, że będzie wiedział, co znaczy pocałunek.
– To było dziwne i niepokojące – odparł, wciąż nieufnie na nią spoglądając. – Istnieją gatunki drapieżne, które - nim upolują swoją ofiarę - kosztują ją najpierw, podgryzając lekko.
Kobieta roześmiawszy się, zapytała: – Sądziłeś, że chciałam cię zjeść?
Po czym uklękła na przeciw Wato i położyła mu dłonie na ramionach.
– Nie byłoby to całkiem niezgodne z prawdą – rzekła. Następnie pochwyciwszy za materiał kombinezonu Wato, przechyliła się do tyłu, ciągnąć Obcego ze sobą. Wato opadł na leżącą na plecach kobietę. Barbara wiedziała, że jest ciężki, w końcu była od niego dużo niższa, nie spodziewała się jednak, że nie będzie mogła zaczerpnąć tchu. Uśmiechała, się patrząc w błyszczące zielone oczy Wato.
– Wszystko mi jedno – powiedziała.
Nie zrozumiał, co miała na myśli. Jej twarz nie była już tak śniada, jak w chwili, gdy spotkał ją na planecie, a kędzierzawe włosy nie sterczały w każdą stronę, lecz wiły się wokół twarzy i na poduszce, nadając ruskom kobiety miękkości. Łowca owinął jeden z kosmetyków wokół palca wskazującego prawej dłoni, a potem ścisnął garść włosów i z rozbawieniem w oczach przyglądał się, jak po rozprostowaniu palców ciemne sprężynki wysypują się z niej niczym uwolnione węże.
Barbara chciała czegoś więcej. Jej palce wprawniej niż ostatnio uporały się z bluzą skafandra. Wato nie opanował, pozwolił się rozebrać i z zamkniętymi oczami poddał się zabiegom Barbary.  Jej skóra była gładka i ciepła, chociaż nie tak ciepła jak jego. Kobieta przywarła do ciała Łowcy, jej dłonie błądziły po nim niecierpliwe. Wato przycisnął ją mocno do siebie, oplatając tę drobną istotę ramionami. Starał się nie zastanawiać nad tym, co się dzieje, pozwolił, by poniosło go uczucie, które już dawno w sobie stłumił. Barbara oddychała szybciej niż zwykle i stan, w którym się znajdowała, udzielił się i jemu. Kobieta przekręciła się na drugi bok, odwracając się do niego plecami. Oczywisty akt uległości nie pozostawiał złudzeń co do jej zamiarów; był zachętą, której nie potrzebował. Nie otwierając oczu, ostrożnie wśliznął się w wijące się przed nim ciało. W tej, jak i w innych sytuacjach, to on miał przewagę i wykorzystywał ją bez skrupułów. Kobieta syknęła i powiedziała coś, czego nie zrozumiał. Translator zintegrowany był ze skafandrem, który teraz leżał gdzieś na podłodze.
Barbara zacisnęła pięści i znowu to powiedziała, ale Wato jej nie słuchał. Zamknąwszy w żelaznym uścisku nadgarstki kobiety, unieruchamiał jej dłonie i odwrócił ją tak, że leżała z twarzą wciśniętą w posłanie. Poruszyła się pod nim niespokojnie, ale nie miała tyle siły, by zrzucić go z siebie. Mówiła coś płaczliwym głosem i dopiero kiedy dotarło do niego, że szlocha, zwolnił uścisk i pozwolił jej odejść. Uciekła w kąt pomieszczenia, zasłaniając się cienkim płótnem. Wato nie rozumiał, co jej się stało? W milczeniu lustrował ją zaciekawionym spojrzeniem, a gdy chciał do niej podejść, wyciągnęła ręce w geście obrony i, zawodząc, powtarzała w koło te same słowa. Uznał wówczas, że nie dojdą do porozumienia. Ubrawszy się, wyszedł z pomieszczenia.