Kapsuła
była całkowicie przeźroczysta i nic nie zasłaniało nagiego ciała spoczywającego
wewnątrz. Wato obserwował wskazania na monitorze i zastanawiał się, skąd Sola wiedziała,
kiedy wskaźniki są w normie. Twierdziła przecież, że spotkała tę rasę po raz
pierwszy.
Wewnątrz kapsuły panowały
warunki przyspieszające gojenie się ran, a czego ciało nie było w stanie samo
zregenerować, to było sztucznie odtwarzane i wszczepiane. Sola twierdziła, że
może zregenerować każdy narząd w ciele kobiety, poza mózgiem. Wato wiedział o tym
i rozumiał, że było to zbyt skomplikowane nawet dla Soli.
Musiał czekać i mieć nadzieję,
że kobieta odzyska przytomność.
– Mogę wyczyścić jej pamięć –
głos statkowej inteligencji wyrwał go z zadumy. – Nie będzie pamiętała, co
stało się na planecie. Mogę nawet sprawić, że w ogóle zapomni swój świat i to, kim
jest. Będzie niczym czysty, sformatowany dysk gotowy do zapisania nowych
danych. Czy mam to zrobić?
Milczał nie był do końca pewien,
czego chce.
– Na razie zostaw tak, jak
jest – odpowiedział po chwili wahania. – Daj mi znać, gdy się wybudzi.
Światło,
choć przytłumione, raziło ją w oczy, toteż otwierała i przymykała je co chwilę.
Niczego nie czuła, jak gdyby była bytem bez ciała. Miała wrażenie, że unosi się
gdzieś w przestrzeni, wolna, swobodna, nie skrępowania prawami fizyki. Było jej
dobrze, jakby dopiero została stworzona, niczym Ewa w Raju. Poddała się
całkowicie temu błogostanowi, mogłaby tak trwać po wieki… po… „Kraniec Świata”.
Ta ostatnia myśl nie należała
do niej, choć pochodziła z jej głowy, była jednak inna, odmienna, wręcz obca.
Barbara spróbowała wrócić do stanu pełniej świadomości. Powoli wracało do niej
czucie. Mogła poruszać palcami dłoni, a w końcu odzyskała władzę nad całym
ciałem. Usiadła, rozglądając się wokoło. To nie było żadne ze znanych jej
pomieszczeń w budynkach kolonii, ani na statku transportowym.
Co się stało? Nie mogła sobie
przypomnieć. Czuła, że powinna wiedzieć, że gdzieś w zakamarkach pamięci ukryte
jest wspomnienie, które rozwiąże tę zagadkę.
Nagie ciało Barbary przeszył dreszcz
zimna. Ze ściany na przeciwko wyłoniło się coś na kształt szuflady. Kobieta z
trudem opuściła kapsułę, jej mięśnie były słabe, jakby nie używała ich od
miesięcy. Kuląc się, z trudem podeszła do szuflady. Wewnątrz znajdował się
kombinezon i coś, co można było nazwać bielizną. Kobieta sięgnęła po
kombinezon, już go gdzieś widziała... Ten krój, kolory, faktura tkaniny
napiętej na smukłym, umięśnionym ciele... Obcego.
Ubranie wysunęło się z jej
zesztywniałych palców i upadło na podłogę. Barbara przycisnęła dłonie do
skroni, ale to nie pomogło, nie sprawiło, że rozmyty w pamięci obraz wyostrzył
się.
– Co się stało, na Boga? – szepnęła,
próbując sobie przypomnieć, jak się znalazła w tym miejscu. Im bardziej próbowała
się skupić, tym większe miała wrażenie, że wspomnienia ulatują z jej głowy jak
przestraszone motyle.
Podniosła z podłogi
kombinezon i ubrała go, włożywszy wprzódy „babciną bieliznę”. „Dobrze, że nie
widzi mnie w tym Lee” – pomyślała. Zaraz jednak zaczęła się zastanawiać – „kim
jest Lee?”. Dziwna była ta wybiórcza pamięc. Barbara mogła opisać statek, którym
przybyła do układu Cety, ale nie pamiętała kresu podroży; mogła opisać kolonię
na planecie i rozkład budynków, ale nie pamiętała ludzi, z którymi musiała tam mieszkać.
A Lee? Skąd nagle przypomniało jej się to imię i dlaczego pomyślała, że nie
spodobałaby mu się w tej bieliźnie? Jakie to z resztą miało znaczenie? Czy w ogóle
cokolwiek miało znaczenie?
Kombinezon
okazał się bardzo wygodny, nie uwierał, nie posiadał szwów, przylegał do ciała
nie krępując ruchów i miał tylko jedną wadę, nie modelował sylwetki, a Barbara
nie maiła figury modelki. Nie stanowiło to problemu, gdy mogła ukryć
niedoskonałości pod szerokimi spodniami i koszulą, ale w tym stroju czuła się
niezbyt komfortowo.
Ubrana podeszła do drzwi, otworzyły się. Kobieta przekroczyła
linię dolnej prowadnicy, za nią teren był nieznany. Po drugiej stronie korytarza
ujrzała takie same drzwi, które otworzyły się przed nią jakby pokazując kierunek,
w którym powinna się udać. Nie mając wyboru, Barbara poszła tam. W końcu gdyby
miała umrzeć, już byłaby martwa. W pomieszczeniu znajdowała się taka sama
kapsuła, jak ta, z której przed chwilą wyszła, poza tym pomieszczenie było
puste. Kobieta zbliżyła się do urządzenia, generatory pracowały cicho
podtrzymując przy życiu znajdujące się wewnątrz ciało. Barbara tylko pobieżnie
omiotła je wzrokiem i z irracjonalnym lękiem wybiegła na zewnątrz. Już go
widziała, była tego pewna równie mocno jak tego, że powinna unikać tej istoty.
Na
korytarzu po kolei zaczęły zapalać się światła, rozjaśniając to dziwne miejsce.
Uwagę Barbary już wcześniej przykuł fakt, że pomieszczenia nie mają kształtu prostopadłościanów,
lecz są niczym pojedyncza komórka w plastrze z miodem. Ten sam kształt miał korytarz
rozciągnięty do niewiarygodnej długości. Oświetlenie w sklepieniu nie wydobywało
się z jakich konkretnych punktów świetlnych, ale przesączało się przez cały sufit.
Barbara powoli ruszyła w kierunku,
w którym prowadził korytarz, nagle światła za nią zaczęły gasnąć znacznie
szybciej, niż ona się poruszała. Zaczęła biec, choć mięśnie odwykłe od wysiłku
stawiały opór. Nie chciała… nie mogła zostać tu w zupełnych ciemnościach!
Korytarz przed nią rozjaśniał się, a za nią niknął w mroku. Po chwili kobieta
poczuła nieprzyjemne kłucie w boku, nigdy nie była wysportowana, a teraz czuła
się wyjątkowo słaba. Podejrzewała, że spędziła sporo czasu w kapsule. Biegnąc,
dostrzegła, że korytarz przed nią już się nie rozjaśnia. Przystanęła na granicy
mroku, ciężko dysząc, i z przerażeniem przyglądała się, jak z drugiej strony
ciemność zbliża się do niej niczym pełznący potwór. Zamknęła oczy, zasłania
dłońmi uszy i, przykucnąwszy, poczęła krzyczeć, sądząc, że nadeszła chwila, w
której z pewnością umrze.
Ale nic się nie stało. Na
krótką chwilę ogarnęła ją ciemność, a potem przed nią otwarty się kolejne
drzwi. Barbara już mniej pewnie przekroczyła ich próg.
– Halo, jest tu kto? –
zapytała rozglądając się po obszernej sali. Z podłogi, niczym purchawki,
wyrastały stoliki i taborety wokół nich, tak przynajmniej kojarzyły się
kobiecie. Barbara omijała je, czasami dotykając blatów palcami. Wszędzie było
czysto, wręcz sterylnie, a dominującym kolorem był miodowożółty. W końcu
Barbara dotarła do czegoś, co mogło być dystrybutorem żywności.
– Jest tu kto?! – powtórzyła,
ale odpowiedziała jej tylko cisza. Nawet echo nie istniało w tym opustoszałym
miejscu.
W
ciągu kolejnych dni rytuał budzenia i przepędzania jej przez kolejne obszary
powtarzał się wielokrotnie. Za każdym razem światła wskazywały kierunek, a
ciemność zamykała drogę powrotną. Barbara powoli poznawała miejsce, w którym
się znalazła. Z czasem w jej głowie, i wokół niej, odzywał się głos. Komunikaty
były krótkie: idź! Stój! Jedz! Potem zaczęto zadawać jej do wykonania proste
czynności, które – z baraku innych możliwości – chętnie wykonywała. Tajemniczy
głos pytał ją, jak się czuje, ale gdy odpowiadała, nie podejmował tematu, a gdy
sama próbowała nawiązać konwersację, milczał.
Kobieta
nie wiedziała, ile czasu minęło od jej pierwszego przebudzenia, ale
podejrzewała, że mogło to być kilka tygodni. Nie miała niczego, czym mogłaby
odmierzać czas, więc kładka się, gdy była zmęczona i wstawała, gdy wypoczęła. Z
czasem zaczęła czuć się źle, nie wiedziała, czy działa tak na nią zamknięta
przestrzeń, czy izolacja. Miejsce, w którym ją zamknięto, poznała na tyle
dobrze, że nawet ciemność nie przeszkadzała jej w przemierzaniu korytarzy.
Przezwyciężyła też irracjonalny, jej zdaniem, strach przed Obcym zamkniętym w
kapsule. Początkowo tylko z daleka przyglądała się uśpionemu. Z czasem zaczęła
do niego przemawiać: zadawać pytania i snuć przypuszczenia co do miejsca, w
którym się znajdowali i ich przeznaczeniu. Czasami zdawało się jej, że Obcy
poruszał oczami, przyglądała się wówczas z uwagą jego twarzy, próbując dostrzec
cokolwiek, ale tylko jego pierś unosząca się i opowiadająca w rytm oddechu
świadczyła o tym, że Wato żyje.
– Wato – wymówiła jego imię,
zastanawiając się, skąd je zna. Podejrzewała, że to tajemniczy głos przyczynił
się do tego, ale nie mogła sobie przypomnieć sytuacji, w której usłyszała je po
raz pierwszy. – Wato, mój jedyny, niemy towarzyszu, chyba tu oszaleję.
Próbowałam wczoraj… tak mi się wydaje, że to było wczoraj. Zresztą nie ważne.
Umówmy się, że to było wczoraj. No więc, próbowałam iść ciemnym korytarzem jak
najdalej, ale w pewnym momencie poczułam odrobiny ucisk w uszach. Ciśnienie w
korytarzu bardzo gwałtownie się zmieniło, ktoś chyba nie chce, żebym tam
chodziła. Ale ja nie wytrzymam tu dłużej. Tak się nie da żyć. Rozumiesz mnie,
prawda? – Poprawiła
cienką tkaninę, którą już jakiś czas temu
nakryła kapsułę, zakrywając w ten sposób nagie ciało Obcego zbudowane aż nazbyt ludzko,
by nie wzbudzać w niej żadnych pragnień. Czuła się niezręcznie, siedząc obok niego i usiłując zachować spokój,
podczas gdy burza hormonów nie pozwalała skupić się i zmuszała, by
chociaż zerknąć.
Podniosła się z podłogi, na której
siedziała, i – otrzepawszy nogawki kombinezonu z nieistniejącego kurzu – wyszła
z pomieszczenia. Nigdy nie
pozostawała tam zbyt długo, bo chociaż brakowało jej towarzystwa, to nie
potrafiła do końca wyzbyć się leku, który przed nim czuła. I chociaż rozsądek podpowiadał,
że być może już nigdy nie
ujrzy drugiego człowieka, to wiara, że nie spędzi tu reszty życia,
przemawiając do uśpionego ciała,
była wciąż silna.
Barbara przywykła już do panującej na statku
ciszy przerywanej tylko
odległym dudnieniem lub szumem statkowej maszynerii. Głos odzywał się do niej
sporadycznie, nigdy jednak nie podejmując szerszej dyskusji. Barbara miała wrażenie, że istota,
która się z nią komunikowała,
nie była zadowolona z jej obecności. Jednak jakiś czas temu coś
uległo zmianie i kobiecie udało się nawiązać coś na kształt
dialogu, wówczas dowiedziała się, że rozkazujący głos należał do
sztucznej lub prawie sztucznej inteligencji. Imię Sola tak naprawdę było skrótowcem od pełnej nazwy inteligentnego systemu, ale nie dało się
go ponoć przełożyć na ludzki język. Barbara próbowała potem nawiązać konwersację z maszyną, ale jej
odpowiedzi były zdawkowe. Kobieta odniosła wówczas wrażenie, że nie
znalazła się tu z woli
inteligencji, ale za sprawą Obcego.
Przerwała swoje rozmyślania, odkładając jednocześnie coś na
kształt klucza nastawnego do skrzynki narzędziowej. Przed nią, na podłodze,
przycupnął sześcionogi robot
z monitorem zamiast głowy. Na ekranie widoczny był schemat układu, przy którym
pracowała.
–
Teraz dokręć drugą – poleciła
maszyna, wprost idealnie naśladując akcent Barbary.
Kobieta
sięgnęła po ten sam
klucz i, wykonując polecenie, dokręciła śrubę, która na
schemacie po tej czynności zmieniła kolor z pomarańczowego na żółty.
–
Teraz zamknij powłokę – poleciła maszyna.
Barbara
docisnęła panel,
który dosłownie wtopił się w bursztynową materię ściany.
–
Masz dla mnie jeszcze jakieś zadania? – zapytała kobieta, chowając wszystkie
narzędzia i mocując skrzynkę na korpusie
robota. Maszyna milczała, zdawało się, że zapadła w letarg. Barbara czekała na
odpowiedź, ale przedłużająca się cisza sprawiła, że postanowiła przejść się w rejony
statku, których nie znała. Ku jej
zdziwieniu nie została zatrzymana, drzwi otwierały się przed nią, gdy się do nich zbliżała i zamykały
się, gdy je przekroczyła. Automatyczne systemy działały poprawnie i niezależnie od woli
centralnego komputera, który najwyraźniej znudził
się pilnowaniem
jej. Idąc od
pomieszczenia do pomieszczenia, Barbara odkryła, że statek jest przerażająco pusty,
cichy i ciemny. Załoga, jeśli kiedykolwiek jakąś miał, nie pozostawiła po sobie żadnych śladów. W pomieszczeniach znajdowały się tylko purchawko
podobne stoliki i taborety, a przy ścianach z sufitu zwieszały się podobne do
poczwarek motyla kokony – być może poprzednia załoga statku sypiała w
takiej dziwnej pozycji?
Nagle
w przejściu pojawił się ten sam sześcionogi robot,
który pomagał jej w pracach konserwatorskich.
–
Za mną! – zawołał i
pobiegł przed siebie, nie sprawdzając nawet, czy kobieta ruszyła się z miejsca. –
Szybko – wolał, dziwacznie przebierając nogami.
Barbara
podążyła za nim,
zastanawiając się, cóż takiego mogło
się stać, że wymagało
to takiego pośpiechu? Mimo
to biegła za robotem, z trudem utrzymując tempo. Niewysoki robot wkrótce
zatrzymał się przed pięciokątnymi drzwiami
i, drobiąc w miejscu
chudymi nogami, powiedział:
–
Naciśnij.
Barbara
omiotła spojrzeniem ścianę wokół drzwi.
–
Ale co? – zapytała, nie widząc niczego, co przypominałoby tradycyjne ludzkie systemy.
Robot
zakołysał się i odparł:
–
Tam… na górze.
Barbara
jeszcze raz przyjrzała się ścianie, wysoko, znacznie wyżej niż potrafiłby dosięgnąć, dostrzegła
coś, co w pierwszej
chwili uznała za ozdobę.
–
To? – Wskazała palcem.
Maszyna
potwierdziła kolejnym ponagleniem. Kobieta stanęła na palcach, ale nie sięgnęła. Spróbowała
wybić się, ale też jej się nie powiodło.
–
A nie możesz sama ich otworzyć? – spytała, sądząc, że rozmawia
z Solą.
–
Jestem tylko podosobą zarządzającą tą maszyną konserwacyjną, nie mam uprawnień ani dostępu – odparł
pająkowaty robot.
– Solą jest zajęta, ale potrzebuje
twojej pomocy.
Barbara
spróbowała jeszcze raz.
–
To bez sensu – odparła, spoglądając na przywoływacz. – Chyba, że mnie podsadzisz. Stój i nie
ruszaj się – instruowała
maszynę, stawiając stopę na jej
korpusie. – A teraz wyprostuj odnóża... Jeszcze trochę. Już prawie...
Uderzyła
obłą wypustkę, chwilę
później drzwi otworzyły się, a ona zajęła miejsce w wagoniku, obok niej przycupnął robot.
–
Dlaczego pozostałe drzwi otwierają się same, a te nie? – zapytała, gdy
kolejka ruszyła z prędkością wciskającą w fotel.
–
Ze względów bezpieczeństwa – odrzekła
maszyna.
Barbara
nie kontynuowała tematu świadoma, że nie popisała się inteligencją, zadając tak błahe pytanie. Chwilę
później kolejka
zatrzymała się. Robot
wyskoczył i pobiegł przodem, kobieta podążyła za nim. Już po otwarciu
drzwi zorientowała się, że są obecnie w części zamieszkanej, jeśli można to tak nazwać, i zamierzają do komory
hibernacyjnej Obcego.