wtorek, 3 stycznia 2017

VIII

Kapsuła była całkowicie przeźroczysta i nic nie zasłaniało nagiego ciała spoczywającego wewnątrz. Wato obserwował wskazania na monitorze i zastanawiał się, skąd Sola wiedziała, kiedy wskaźniki są w normie. Twierdziła przecież, że spotkała tę rasę po raz pierwszy.
Wewnątrz kapsuły panowały warunki przyspieszające gojenie się ran, a czego ciało nie było w stanie samo zregenerować, to było sztucznie odtwarzane i wszczepiane. Sola twierdziła, że może zregenerować każdy narząd w ciele kobiety, poza mózgiem. Wato wiedział o tym i rozumiał, że było to zbyt skomplikowane nawet dla Soli.
Musiał czekać i mieć nadzieję, że kobieta odzyska przytomność.
– Mogę wyczyścić jej pamięć – głos statkowej inteligencji wyrwał go z zadumy. – Nie będzie pamiętała, co stało się na planecie. Mogę nawet sprawić, że w ogóle zapomni swój świat i to, kim jest. Będzie niczym czysty, sformatowany dysk gotowy do zapisania nowych danych. Czy mam to zrobić?
Milczał nie był do końca pewien, czego chce.
– Na razie zostaw tak, jak jest – odpowiedział po chwili wahania. – Daj mi znać, gdy się wybudzi.


Światło, choć przytłumione, raziło ją w oczy, toteż otwierała i przymykała je co chwilę. Niczego nie czuła, jak gdyby była bytem bez ciała. Miała wrażenie, że unosi się gdzieś w przestrzeni, wolna, swobodna, nie skrępowania prawami fizyki. Było jej dobrze, jakby dopiero została stworzona, niczym Ewa w Raju. Poddała się całkowicie temu błogostanowi, mogłaby tak trwać po wieki… po… „Kraniec Świata”.
Ta ostatnia myśl nie należała do niej, choć pochodziła z jej głowy, była jednak inna, odmienna, wręcz obca. Barbara spróbowała wrócić do stanu pełniej świadomości. Powoli wracało do niej czucie. Mogła poruszać palcami dłoni, a w końcu odzyskała władzę nad całym ciałem. Usiadła, rozglądając się wokoło. To nie było żadne ze znanych jej pomieszczeń w budynkach kolonii, ani na statku transportowym.
Co się stało? Nie mogła sobie przypomnieć. Czuła, że powinna wiedzieć, że gdzieś w zakamarkach pamięci ukryte jest wspomnienie, które rozwiąże tę zagadkę.
Nagie ciało Barbary przeszył dreszcz zimna. Ze ściany na przeciwko wyłoniło się coś na kształt szuflady. Kobieta z trudem opuściła kapsułę, jej mięśnie były słabe, jakby nie używała ich od miesięcy. Kuląc się, z trudem podeszła do szuflady. Wewnątrz znajdował się kombinezon i coś, co można było nazwać bielizną. Kobieta sięgnęła po kombinezon, już go gdzieś widziała... Ten krój, kolory, faktura tkaniny napiętej na smukłym, umięśnionym ciele... Obcego.
Ubranie wysunęło się z jej zesztywniałych palców i upadło na podłogę. Barbara przycisnęła dłonie do skroni, ale to nie pomogło, nie sprawiło, że rozmyty w pamięci obraz wyostrzył się.
– Co się stało, na Boga? – szepnęła, próbując sobie przypomnieć, jak się znalazła w tym miejscu. Im bardziej próbowała się skupić, tym większe miała wrażenie, że wspomnienia ulatują z jej głowy jak przestraszone motyle.
Podniosła z podłogi kombinezon i ubrała go, włożywszy wprzódy „babciną bieliznę”. „Dobrze, że nie widzi mnie w tym Lee” – pomyślała. Zaraz jednak zaczęła się zastanawiać – „kim jest Lee?”. Dziwna była ta wybiórcza pamięc. Barbara mogła opisać statek, którym przybyła do układu Cety, ale nie pamiętała kresu podroży; mogła opisać kolonię na planecie i rozkład budynków, ale nie pamiętała ludzi, z którymi musiała tam mieszkać. A Lee? Skąd nagle przypomniało jej się to imię i dlaczego pomyślała, że nie spodobałaby mu się w tej bieliźnie? Jakie to z resztą miało znaczenie? Czy w ogóle cokolwiek miało znaczenie?

Kombinezon okazał się bardzo wygodny, nie uwierał, nie posiadał szwów, przylegał do ciała nie krępując ruchów i miał tylko jedną wadę, nie modelował sylwetki, a Barbara nie maiła figury modelki. Nie stanowiło to problemu, gdy mogła ukryć niedoskonałości pod szerokimi spodniami i koszulą, ale w tym stroju czuła się niezbyt komfortowo.
            Ubrana podeszła do drzwi, otworzyły się. Kobieta przekroczyła linię dolnej prowadnicy, za nią teren był nieznany. Po drugiej stronie korytarza ujrzała takie same drzwi, które otworzyły się przed nią jakby pokazując kierunek, w którym powinna się udać. Nie mając wyboru, Barbara poszła tam. W końcu gdyby miała umrzeć, już byłaby martwa. W pomieszczeniu znajdowała się taka sama kapsuła, jak ta, z której przed chwilą wyszła, poza tym pomieszczenie było puste. Kobieta zbliżyła się do urządzenia, generatory pracowały cicho podtrzymując przy życiu znajdujące się wewnątrz ciało. Barbara tylko pobieżnie omiotła je wzrokiem i z irracjonalnym lękiem wybiegła na zewnątrz. Już go widziała, była tego pewna równie mocno jak tego, że powinna unikać tej istoty.
Na korytarzu po kolei zaczęły zapalać się światła, rozjaśniając to dziwne miejsce. Uwagę Barbary już wcześniej przykuł fakt, że pomieszczenia nie mają kształtu prostopadłościanów, lecz są niczym pojedyncza komórka w plastrze z miodem. Ten sam kształt miał korytarz rozciągnięty do niewiarygodnej długości. Oświetlenie w sklepieniu nie wydobywało się z jakich konkretnych punktów świetlnych, ale przesączało się przez cały  sufit.
Barbara powoli ruszyła w kierunku, w którym prowadził korytarz, nagle światła za nią zaczęły gasnąć znacznie szybciej, niż ona się poruszała. Zaczęła biec, choć mięśnie odwykłe od wysiłku stawiały opór. Nie chciała… nie mogła zostać tu w zupełnych ciemnościach! Korytarz przed nią rozjaśniał się, a za nią niknął w mroku. Po chwili kobieta poczuła nieprzyjemne kłucie w boku, nigdy nie była wysportowana, a teraz czuła się wyjątkowo słaba. Podejrzewała, że spędziła sporo czasu w kapsule. Biegnąc, dostrzegła, że korytarz przed nią już się nie rozjaśnia. Przystanęła na granicy mroku, ciężko dysząc, i z przerażeniem przyglądała się, jak z drugiej strony ciemność zbliża się do niej niczym pełznący potwór. Zamknęła oczy, zasłania dłońmi uszy i, przykucnąwszy, poczęła krzyczeć, sądząc, że nadeszła chwila, w której z pewnością umrze.
Ale nic się nie stało. Na krótką chwilę ogarnęła ją ciemność, a potem przed nią otwarty się kolejne drzwi. Barbara już mniej pewnie przekroczyła ich próg.
– Halo, jest tu kto? – zapytała rozglądając się po obszernej sali. Z podłogi, niczym purchawki, wyrastały stoliki i taborety wokół nich, tak przynajmniej kojarzyły się kobiecie. Barbara omijała je, czasami dotykając blatów palcami. Wszędzie było czysto, wręcz sterylnie, a dominującym kolorem był miodowożółty. W końcu Barbara dotarła do czegoś, co mogło być dystrybutorem żywności.
– Jest tu kto?! – powtórzyła, ale odpowiedziała jej tylko cisza. Nawet echo nie istniało w tym opustoszałym miejscu.

W ciągu kolejnych dni rytuał budzenia i przepędzania jej przez kolejne obszary powtarzał się wielokrotnie. Za każdym razem światła wskazywały kierunek, a ciemność zamykała drogę powrotną. Barbara powoli poznawała miejsce, w którym się znalazła. Z czasem w jej głowie, i wokół niej, odzywał się głos. Komunikaty były krótkie: idź! Stój! Jedz! Potem zaczęto zadawać jej do wykonania proste czynności, które – z baraku innych możliwości – chętnie wykonywała. Tajemniczy głos pytał ją, jak się czuje, ale gdy odpowiadała, nie podejmował tematu, a gdy sama próbowała nawiązać konwersację, milczał.
Kobieta nie wiedziała, ile czasu minęło od jej pierwszego przebudzenia, ale podejrzewała, że mogło to być kilka tygodni. Nie miała niczego, czym mogłaby odmierzać czas, więc kładka się, gdy była zmęczona i wstawała, gdy wypoczęła. Z czasem zaczęła czuć się źle, nie wiedziała, czy działa tak na nią zamknięta przestrzeń, czy izolacja. Miejsce, w którym ją zamknięto, poznała na tyle dobrze, że nawet ciemność nie przeszkadzała jej w przemierzaniu korytarzy. Przezwyciężyła też irracjonalny, jej zdaniem, strach przed Obcym zamkniętym w kapsule. Początkowo tylko z daleka przyglądała się uśpionemu. Z czasem zaczęła do niego przemawiać: zadawać pytania i snuć przypuszczenia co do miejsca, w którym się znajdowali i ich przeznaczeniu. Czasami zdawało się jej, że Obcy poruszał oczami, przyglądała się wówczas z uwagą jego twarzy, próbując dostrzec cokolwiek, ale tylko jego pierś unosząca się i opowiadająca w rytm oddechu świadczyła o tym, że Wato żyje.
– Wato – wymówiła jego imię, zastanawiając się, skąd je zna. Podejrzewała, że to tajemniczy głos przyczynił się do tego, ale nie mogła sobie przypomnieć sytuacji, w której usłyszała je po raz pierwszy. – Wato, mój jedyny, niemy towarzyszu, chyba tu oszaleję. Próbowałam wczoraj… tak mi się wydaje, że to było wczoraj. Zresztą nie ważne. Umówmy się, że to było wczoraj. No więc, próbowałam iść ciemnym korytarzem jak najdalej, ale w pewnym momencie poczułam odrobiny ucisk w uszach. Ciśnienie w korytarzu bardzo gwałtownie się zmieniło, ktoś chyba nie chce, żebym tam chodziła. Ale ja nie wytrzymam tu dłużej. Tak się nie da żyć. Rozumiesz mnie, prawda? – Poprawiła cienką tkaninę, którą już jakiś czas temu nakryła kapsułę, zakrywając w ten sposób nagie ciało Obcego zbudowane aż nazbyt ludzko, by nie wzbudzać w niej żadnych pragnień. Czuła się niezręcznie, siedząc obok niego i usiłując zachować spokój, podczas gdy burza hormonów nie pozwalała skupić się i zmuszała, by chociaż zerknąć.
            Podniosła się z podłogi, na której siedziała, i – otrzepawszy nogawki kombinezonu z nieistniejącego kurzu – wyszła z pomieszczenia. Nigdy nie pozostawała tam zbyt długo, bo chociaż brakowało jej towarzystwa, to nie potrafiła do końca wyzbyć się leku, który przed nim czuła. I chociaż rozsądek podpowiadał, że być może już nigdy nie ujrzy drugiego człowieka, to wiara, że nie spędzi tu reszty życia, przemawiając do uśpionego ciała, była wciąż silna.


Barbara przywykła już do panującej na statku ciszy przerywanej tylko odległym dudnieniem lub szumem statkowej maszynerii. Głos odzywał się do niej sporadycznie, nigdy jednak nie podejmując szerszej dyskusji. Barbara miała wrażenie, że istota, która się z nią komunikowała, nie była zadowolona z jej obecności. Jednak jakiś czas temu coś uległo zmianie i kobiecie udało się nawiązać coś na kształt dialogu, wówczas dowiedziała się, że rozkazujący głos należał do sztucznej lub prawie sztucznej inteligencji. Imię Sola tak naprawdę było skrótowcem od pełnej nazwy inteligentnego systemu, ale nie dało się go ponoć przełożyć na ludzki język. Barbara próbowała potem nawiązać konwersację z maszyną, ale jej odpowiedzi były zdawkowe. Kobieta odniosła wówczas wrażenie, że nie znalazła się tu z woli inteligencji, ale za sprawą Obcego.
Przerwała swoje rozmyślania, odkładając jednocześnie coś na kształt klucza nastawnego do skrzynki narzędziowej. Przed nią, na podłodze, przycupnął sześcionogi robot z monitorem zamiast głowy. Na ekranie widoczny był schemat układu, przy którym pracowała.
– Teraz dokręć drugą – poleciła maszyna, wprost idealnie naśladując akcent Barbary.
Kobieta sięgnęła po ten sam klucz i, wykonując polecenie, dokręciła śrubę, która na schemacie po tej czynności zmieniła kolor z pomarańczowego na żółty.
– Teraz zamknij powłokę – poleciła maszyna.
Barbara docisnęła panel, który dosłownie wtopił się w bursztynową materię ściany.
– Masz dla mnie jeszcze jakieś zadania? – zapytała kobieta, chowając wszystkie narzędzia i mocując skrzynkę na korpusie robota. Maszyna milczała, zdawało się, że zapadła w letarg. Barbara czekała na odpowiedź, ale przedłużająca się cisza sprawiła, że postanowiła przejść się w rejony statku, których nie znała. Ku jej zdziwieniu nie została zatrzymana, drzwi otwierały się przed nią, gdy się do nich zbliżała i zamykały się, gdy je przekroczyła. Automatyczne systemy działały poprawnie i niezależnie od woli centralnego komputera, który najwyraźniej znudził się pilnowaniem jej.    Idąc od pomieszczenia do pomieszczenia, Barbara odkryła, że statek jest przerażająco pusty, cichy i ciemny. Załoga, jeśli kiedykolwiek jakąś miał, nie pozostawiła po sobie żadnych śladów. W pomieszczeniach znajdowały się tylko purchawko podobne stoliki i taborety, a przy ścianach z sufitu zwieszały się podobne do poczwarek motyla kokony – być może poprzednia załoga statku sypiała w takiej dziwnej pozycji?

Nagle w przejściu pojawił się ten sam sześcionogi robot, który pomagał jej w pracach konserwatorskich.
– Za mną! – zawołał i pobiegł przed siebie, nie sprawdzając nawet, czy kobieta ruszyła się z miejsca. – Szybko – wolał, dziwacznie przebierając nogami.
Barbara podążyła za nim, zastanawiając się,ż takiego mogło się stać, że wymagało to takiego pośpiechu? Mimo to biegła za robotem, z trudem utrzymując tempo. Niewysoki robot wkrótce zatrzymał się przed pięciokątnymi drzwiami i, drobiąc w miejscu chudymi nogami, powiedział:
– Naciśnij.
Barbara omiotła spojrzeniem ścianę wokół drzwi.
– Ale co? – zapytała, nie widząc niczego, co przypominałoby tradycyjne ludzkie systemy.
Robot zakołysał się i odparł:
– Tam… na górze.
Barbara jeszcze raz przyjrzała się ścianie, wysoko, znacznie wyżej niż potrafiłby dosięgnąć, dostrzegła coś, co w pierwszej chwili uznała za ozdobę.
– To? – Wskazała palcem.
Maszyna potwierdziła kolejnym ponagleniem. Kobieta stanęła na palcach, ale nie sięgnęła. Spróbowała wybić się, ale też jej się nie powiodło.
– A nie możesz sama ich otworzyć? – spytała, sądząc, że rozmawia z Solą.
– Jestem tylko podosobą zarządzającą tą maszyną konserwacyjną, nie mam uprawnień ani dostępu – odparł pająkowaty robot. – Solą jest zajęta, ale potrzebuje twojej pomocy.
Barbara spróbowała jeszcze raz.
– To bez sensu – odparła, spoglądając na przywoływacz. – Chyba, że mnie podsadzisz. Stój i nie ruszaj się – instruowała maszynę, stawiając stopę na jej korpusie. – A teraz wyprostuj odnóża... Jeszcze trochę. Już prawie...
Uderzyła obłą wypustkę, chwilę później drzwi otworzyły się, a ona zajęła miejsce w wagoniku, obok niej przycupnął robot.
– Dlaczego pozostałe drzwi otwierają się same, a te nie? – zapytała, gdy kolejka ruszyła z prędkością wciskającą w fotel.
– Ze względów bezpieczeństwa – odrzekła maszyna.
Barbara nie kontynuowała tematu świadoma, że nie popisała się inteligencją, zadając tak błahe pytanie. Chwilę później kolejka zatrzymała się. Robot wyskoczył i pobiegł przodem, kobieta podążyła za nim. Już po otwarciu drzwi zorientowała się, że są obecnie w części zamieszkanej, jeśli można to tak nazwać, i zamierzają do komory hibernacyjnej Obcego.