czwartek, 11 sierpnia 2016

II

Prom z Łowcą wylądował na trawiastym płaskowyżu rozciągającym się kilometrami wokół doliny wcinającej się w niego zakrzywionym klinem. Jej dno porośnięte było bujnym, zielonym lasem, który zaczynał się tuż poniżej stromych, skalnych zboczy i ciągnął się aż po horyzont, doskonale widoczny z tego miejsca.
Łowca, stojąc pośród traw gnących się płynnie, niczym fale, nawet pod najmniejszym podmuchem wiatru, wciągnął powietrze do płuc. Po modyfikacjach Soli i przy współudziale jej nanomaszyn w miejscu takim jak to, nie musiał korzystać z maski tlenowej. Płuca same radziły sobie z większością atmosferycznych mieszanek na planetach kwitnących życiem, a wszelkie trujące związki były dezaktywowane przez maszyny wielkości kilku atomów.
Na horyzoncie, pośród drzew ukrytych w mroku, majaczyły światła kolonii. Wato przysiadł na sporym, pomarańczowym głazie, który oderwał się od równie pomarańczowego urwiska za nim. W tym miejscu roślinność nie pokrywała zbocza, więc nic nie przeciwdziałało erozji. Kamień wciąż był ciepły, nagrzany od mocno operującego w dzień słońca. Myśliwy przyglądał się światełkom w oddali, kusiły obietnicą spotkania istot inteligentnych i żywych. Wato przesiedział tak pół nocy, delektując się widokami, dźwiękami i zapachami, które w sterylnych statkowych warunkach po prostu nie istniały. W końcu jednak postanowił wyruszyć i przekonać się, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.
Światło już, a on był – według szacunków komputera – w połowie drogi. Nie maszerował, lecz skradał się, często przystając i nasłuchując. Nie wiedział, jakie środki ostrożności powzięli osadnicy. Kroczył cicho, wprawnie wymijając przeszkody, a gdy zbyt bujna roślinność nie pozwalała poruszać się po ziemi, wytyczał wzrokiem trasę wśród konarów drzew i podążał nią.
Szybując wysoko nad ziemią, pośród leśnego podszytu przez ułamek sekundy dojrzał coś, co wzbudziło jego zainteresowanie i niepokój – białą plamę wśród soczystej zieleni. Zatrzymał się, ogniskując wzrok na wybranym znaku holoekranu maski, wyświetlany obraz powiększył się kilkukrotnie, a biała plama stała się przygarbioną sylwetką, w której Wato rozpoznał istotę dwunożną. Yautjanczyk rozejrzał się po okolicy, wydawało mu się dziwne, że istota jest tutaj sama.

Czyżby czuła się aż tak bezpiecznie?

Minęła dłuższa chwila, podczas której Wato obserwował, a istota nieprzerwanie wykopywała niewielkie rośliny i umieszczała je w pojemnikach. Nic się nie wydarzyło, więc Łowca opuścił swoją kryjówkę pośród korony rozłożystego drzewa i zaczął podchodzić napotkaną istotę od tyłu. Wyłączył kamuflaż, chciał się przekonać, jak zareaguje? Skanowanie nie przyniosło efektu, biały kombinezon odbijał fale, ukrywając swoją zawartość. Wato ryzykował, nie wiedząc, czy istota jest uzbrojona. Podszedł bardzo blisko, istota sięgała właśnie po jeden z pojemników na nowo wykopaną roślinę, gdy w gładkim, wypolerowanym wieczku dostrzegła czającego się za nią olbrzyma. Odwróciła się gwałtownie, krzycząc coś w nieznanym Wato języku. Jej głos, tak podobny do głosy Soli, zbił Yautjańczyka z tropu. Nagle z zarośli wyskoczyła czteronożna maszyna. Wato zrozumiał, że musi działać błyskawicznie – z nad jego ramienia wychynęło działko plazmowe i prawie natychmiast wystrzeliło. Bojowa maszyna przeturlała się na bok, unikając trafienia, sama jednak nie zaatakowała. Wato wystrzelił ponownie i znów maszyna wykonała błyskawiczny unik, tym razem jednak przykucnęła na tylnych nogach, jakby szykowała się do skoku. Łowca zrozumiał, że to obecność jego niedoszłej ofiary na linii ognia powstrzymuje maszynę przed użyciem broni tak ostentacyjnie umieszczonej na jej plecach. Uruchomił kamuflaż w chwili, w której robot wybił się i poszybował w jego stronę. Zdołał odskoczyć. Maszyna, straciwszy go z pola widzenia, poczęła krążyć jak dzikie zwierzę w klatce. Łowca musiał zaufać futurystycznej technologii Soli. Nie cofnął się nawet o milimetr, gdy robot przeczesując teren, przeszedł obok niego.
W tym czasie istota w białym kombinezonie w pośpiechu zbierała swoje rośliny i pakowała je do skrzyni. Nieoczekiwanie stała się wyjątkowym wyzwaniem. Wato w duchu przeklinał swoją arogancję, gdyby zapoznał się z wywiadowczymi danymi Soli, nie znalazłby się w tak trudnym położeniu.
Serwosilniki napędzające maszynę wydawały nieprzyjemne zgrzyty za każdym razem, gdy zmieniała kierunek niespokojnego marszu. Wato przeczuwał, że w końcu go znajdzie. Zapadła cisza, robot przystanął gdzieś za jego placami, poza zasięgiem wzroku. Łowca odwrócił głowę, by lepiej widzieć. Zrobił to w chwili, w której coś, co można było nazwać łbem robota, z przodu maszyny przesunięto się na tył, tym samym z tylnych nóg tworząc przednie. Wato zrozumiał, że jedynym ograniczeniem tej maszyny byłaby skromna wyobraźnia jej konstruktora, lecz temu najwyraźniej jej nie brakowało. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Sięgnął do schowka umieszczonego na lewym ujdzie, zacisnął palce na umieszczonym tam przedmiocie i poczuł, że traci grunt pod nogami, a pionowo rosnące do tej pory drzewa zdają się kłaść niczym zapałki. Wylądował na brzuchu, zbroja Soli trochę zamortyzowała uderzenie, ale ból był na tyle silny, że aż go zemdliło. Nie mógł nad tym zapanować, zdjął mąkę, dezaktywując kamuflaż, i zwymiotował na trawę.
– Cholera – zaklął na głos.
Na reakcję robota nie musiał długo czekać, maszyna w mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim, unosiła zakończone czterema szponiastymi palcami odnóże, jakby chciała wyrwać mu serce. Wato rzucił się przed siebie i, wykonawszy fikołka, znowu stanął na nogach, w prawej dłoni dzierżąc gotowe do strzału działko. Wypalił, błękitny pocisk stopił lufę karabinu na plecach maszyny, czyniąc go bezużytecznym. Trafienie tylko na chwilę opóźniło robota. Zaraz po tym Wato leżał na plecach dosłownie przygwożdżony przez palczastą dłoń maszyny. Dwa stalowe szpony przeszyły dłoń i ramię w połowie odległości między łokciem a nadgarstkiem. W tym momencie rozległ się głos istoty w białym skafandrze. Bojowa maszyna odstąpiła i, przycupnąwszy na tylnych nogach niczym pies, odwróciła łeb do wołającej ją istoty.
„Drugiej okazji nie będzie” – pomyślał Wato i, poderwawszy się z miejsca, cisnął trzymanym przedmiotem w robota. Niewielka mina przylgnęła do pancerza, a potem wypuściła z siebie skumulowany ładunek elektrostatyczny. Jeszcze przez kilka sekund na powierzchni maszyny przeskakiwały wyładowania, a potem zapanowała cisza przerywana jedynie przyspieszonym oddechem Wato. Jeśli każdy z dwudziestu pięciu mieszkańców kolonii posiadał taką maszynę, to będzie to najtrudniejsze polowanie w jakim Wato brał udział.
Zerknął ostatni raz na robota – z przepalonymi obwodami i usmażonym procesorem raczej się nie aktywuje. Rozejrzał się, po istocie pozostały tylko porzucone pojemniki z roślinami. Łowca podniósł maskę, po czym podszedł do porzuconej skrzyni. W wysokiej, bujnej roślinności wyraźnie zaznaczyła się trasa ucieczki. Wato podążył tym tropem, nie musiał się nawet wysilać i po pewnym czasie doszedł do wniosku, że ofiara celowo zostawia tak widoczny ślad.

Ta istota w jawny sposób go obrażała.

Warkną ze wściekłości. Nie mógł puścić takiej zniewagi płazem. Uniósł skaleczoną dłoń, by lepiej jej się przyjrzeć, wyglądała źle i nie goiła się. Nic dziwnego, nanoboty Soli również zostały poddane destrukcyjnej sile elektromagnetycznej miny. Będzie musiał opatrzyć ranę w tradycyjny sposób. Ale najpierw musi spowolnić ucieczkę ofiary. Spryskał ranę opatrunkiem w spreju i pobiegł śladem istoty.