piątek, 26 sierpnia 2016

IV


Barbara obudziła się, nim nastał świt. Dręczyły ją głód i pragnienie. Wokół było ciemno, ale nie na tyle, by nie mogła dostrzec otaczającego ją świata. Coś o nienaturalnym kształcie znajdowało się przed nią, trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Barbara przetarła oczy by lepiej widzieć, przedmiot przypominał menażkę. Kobieta uniosła się na łokciu i, rozglądając się po okolicy, przysunęła się bliżej. Tak, to była menażka, na dodatek otwarta i wypełniona wodą, świadczył o tym zapach. Kobieta oblizała usta, chciało jej się pić. Sięgnęła po pojemnik i w chwili, w której jej palce dotknęły gładkiej powierzchni struktura oraz kolor powłoki zmieniły się i poczęły przypominać ludzką skórę. Barbara, przestraszywszy się, upuściła menażkę, a jej zawartość rozlała się po suchych igłach, na których została postawiona.
– Cholera! – zaklęła, żałując, że drogocenny płyn wylał się. Podniosła menażkę, pojemnik znowu przybrał cechy jej skóry. – Niesamowita technologia – szepnęła, przyglądając się z bliska. Na dnie było jeszcze trochę wody, wypiła ją nie odrywając ust, a potem otarła je wierzchem dłoni.
Domyśliła się ze Obcy ją znalazł i miała nadzieję, że skoro przyniósł jej wodę, to znaczy, że nie miał złych intencji. Prawdopodobnie zależało mu na kontakcie z nimi. Kobieta rozejrzała się w poszukiwaniu oznak jego obecności, ale niczego nie dostrzegła.
Do świtu już nie zasnęła, a gdy zrobiło się jaśniej, ruszyła na wschód nie świadoma tego, że oddała się coraz bardziej od kolonii.

Wato zabrał pustą menażkę pozostawioną przez kobietę. Sam nie odczuwał jeszcze pragnienia i nie widział potrzeby, by porzucać dobry sprzęt. Napełni ją, gdy tylko nadarzy się okazja. Jego wczorajsza akcja wypłoszyła istoty z lasu, podejrzewał, że wrócą, tym razem jednak w większej liczbie i lepiej uzbrojeni. Znali ten teren i jego mieszkańców, dlatego czuli się bezpiecznie, zwłaszcza w towarzystwie robota bojowego, z pewnością zaskoczyła ich jego obecność.
Komputer zasygnalizować potrzebę przyjęcia dawki „leku”. Wato wstrzyknął zawartość jednej ampułki. Na czas tej operacji wyłączył kamuflaż i, rozpiąwszy wysoką stójkę kołnierza, wstrzyknął jej zawartość w szyję. Odczekał chwilę, aż nieprzyjemny efekt mrowienia minie i schował aplikator do podręcznej apteczki, którą ukrył w plecaku zaczepianym na plecach. Był gotowy, by pójść dalej, odwrócił się i znieruchomiał. Spomiędzy zwisłych, giętkich gałązek przyglądała mu się kobieta, stała kilka kroków od niego.
Znowu się pogubiła – pomyślał łowca – nie potrafi iść prosto?

Mierzyli się wzrokiem, żadne nie postąpiło o krok, dziwna, patowa sytuacja. W końcu kobieta uniosła dłoń. Wato nie wiedział, czy to powitanie, czy groźba. Potrząsnął głową, strofując samego siebie w myślach. Cóż ona mogła mu zrobić? Postąpił krok do przodu, kobieta cofnęła się, więc przystanął, zastanawiając się, co zrobić? Ona co chwilę zerkała w bok, jakby szukała drogi ucieczki. Przez tę chwilę Wato zdarzył jej się przyjrzeć, miała o wiele ciemniejszą skórę niż upolowany męski osobnik, długą kręconą sierść na głowie i tkankę tłuszczową w dziwnym, nielogicznym miejscu na piersi. Wato zastanawiał się, do czego to ma służyć, bo skoro było zakryte ubraniem, to z pewnością nie do ozdoby i chyba nie do wabienia samców. Dziwny gatunek, pomyślał Łowca, porównując oboje spotkanych osobników do siebie samego – tacy podobni a jednak różni.
Nie umknęło też uwadze Yautjanczyka, że kobieta przygląda się jego zranionej ręce. Nagle dotarło do niego, że wstrzyknięcie zawartości ampułki w niczym mu nie pomoże. Nanoboty Soli zostały przecież uszkodzone przez minę, gdyż nie posiadały obwodów chroniących przed przepięciami, a skoro nie funkcjonowały, to nie replikowały się i nie wykonywały tego, do czego zostały stworzone, nie było więc sensu uzupełniać ich zapasy energii.
Cholera, zamiast łazić za tą samicą, powinien był wrócić na prom. Ostrożnie zdjął żelowy opatrunek, który w formie sprayu natrysnął wcześniej na ranę. Dłoń wyglądała fatalnie, nie goiła się, rana pozostawała otwarta i jątrzyła, co oznaczało, że nie tylko nanoboty nie funkcjonowały poprawnie, ale jego własny system odpornościowy również. Musiał wrócić na statek, poczekać aż planeta ustawi się w koniunkcji z Krańcem Świata i skontaktować się z Solą. Jeśli to, co zdradziła mu sztuczna inteligencja, było prawdą, wkrótce zacznie odczuwać bardziej nie przyjemne skutki działania toksyny krążącej w jego ciele.
Otworzył klapkę komputera, dotknął kilku znaków i nad jego ramieniem wyświetliła się holomapa terenu. Kobieta przysunęła się bliżej, chyba chciała przyjrzeć się mapie. Wato obrócił się wokół własnej osi i ruszył szybkim krokiem przed siebie, nie mógł dłużej zwlekać, czas karencji minął, teraz liczyła się każda jednostka czasu. Podążał za wskazaniami komputera, nie zważając na to, co dzieje się za nim. Przyśpieszona akcja serca ułatwiała jedynie rozprzestrzenianie się po organizmie trucizny i wkrótce Yautjańczyk zwolnił. Brakowało mu tchu, a obraz okolicy począł się rozmazywać. Przystanął na chwilę, spojrzał na wskazania, z trudem ogniskując na nich wzrok, skorygował kierunek i ruszył dalej. Najtrudniejszy odcinek drogi wciąż był przed nim, prom znajdował się, bowiem na płaskowyżu, na który trzeba było się wspiąć. Rumowisko pomarańczowych kamieni osypujących się przy każdym kroku nie ułatwiało sprawy, na szczęście oprócz pionowej ściany urwiska znajdowało się tu też łagodne zbocze, po którym Wato – po przybyciu – zszedł w dolinę. Teraz musiał wrócić tą samą drogą. Wspinał się, dosłownie czując, jak z każdym krokiem uchodzi z niego energia, a zakończenia nerwowe w dłoniach palą jakby wsadził palce w ogień. Sola mówiła, że tak będzie, ale Wato nie spodziewał się, że tak trudno będzie mu to znieść, był w końcu przyzwyczajony i odporny na ból – tak mu się przynajmniej wydawało.
Spod jego stóp osunął się spory głaz i potoczył w dół, wywołując przy tym małą lawinę. Zaraz po tym z tyłu dobiegł krzyk strachu i bólu. Wato obejrzał się, spotkana w lesie istota podążała za nim. Nie spodobało się mus się to, nie w sytuacji, w której się znalazł. Podniósł niewielki kamień i cisnął nim w istotę. Na szczęście dla niej koordynacja oko ręka nie działała już tak dobrze jak zazwyczaj i kamień minął jej głowę o kilkanaście centymetrów. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego przestraszona, dopiero co spowodowana przez niego lawina zmusiła ją, by gwałtownie odskoczyć w bok, uderzając przy tym biodrem o twardą skałę, a teraz ni z tego ni z owego rzuca w nią kamieniami jak jakiś wstrętny dzieciak! To już przesada! Gdyby nie zniszczył jej robota, po tym jak go odwołała, maszyna zaprowadziłaby ją do bazy i nie musiałaby wlec się za nim pod tę górę. Nawet jeśli nie pokaże jej mapy, ze wzniesienia musi roztaczać się widok na dolinę, będzie wiedziała, w którym kierunku iść, by wrócić do domu.
Kolejny kamień przeleciał obok, a za nim posypała się wiązanka w twardym charczącym języku. Barbara wystawiła środkowy palec i odkrzyknęła:
– Ja ciebie też! – Po czym udała, że zawraca. Chwilę później wspinała się z powrotem za obcym, trzymając spory dystans i starając się nie wywoływać żadnych dźwięków.
Na szczycie dostrzegła, że obcy znowu grzebie w urządzeniu na swoim ramieniu. Dostrzegła coś jeszcze... Na płaskim, skalistym terenie ścielił się głęboki cień, ale kobieta nie dostrzegła niczego, co mogłoby go wytwarzać. Nad nimi nie było ani jednej chmury. Nagle w miejscu ciemnej plamy dosłownie z znikąd pojawił się pojazd latający. Musiał być tam przez cały czas niewidoczny dla jej oczu. Barbara nie miała zbyt dużego doświadczenia i wiedzy technologicznej, ale w jej ocenie pojazd ten był za mały do przemierzania przestrzeni między gwiezdnych. Może Obcy przybył z sąsiedniej planety, a może w ogóle pochodził stąd, a oni zostali okłamani? Obcy, słaniając się na nogach, wszedł do wnętrza pojazdu.

Wszystko się zamazywało: podłoga, ściany, kokpit i wskazania na monitorze. Spieszył się, jak mógł, ale obawiał się, że nie zdarzy.
– Sola – wychrypiał do mikrofonu, nie zastanawiając się, czy jego przekaz dotrze do odbiorcy. – Potrzebuję nowego nanoroju, mój przestał działać, chyba uszkodziłem królową.

Odpowiedź nie przyszła od razu, tak jak jego przekaz nie od razu trafił do celu. Po chwili spędzonej na masowaniu drętwiejącej rannej ręki, Wato usłyszał głos Soli.
– Wysyłam.
To wszystko, co miała do powiedzenia, chwilę później na radarze pojawił się obraz obiektu mknącego z niewiarygodną prędkością. Yautjanczyk śledził jego lot, obiekt miał wylądować na płaskowyżu w pobliżu promu. Wato uderzył zdrową pięścią w kokpit, Sola nie ukryła sądy za kamuflażem, a kierując obiekt jak najbliżej promu, zdradziła jego pozycję. Chyba nie była zadowolona z przebiegu polowania. Poprzez bardzo czułe kamery zawsze biernie w nim uczestniczyła, bawiło ja ono równie mocno, jak kiedyś jego. Umówili się jednak, że nie będzie się wtrącała. Teraz to mogło się zmienić. Komputer zasygnalizował, że obiekt wylądował. Wato podźwignął się z fotela i upadł na podłogę. Warknął wściekłe. Jednego był pewien, nie zdechnie na podłodze jak jakiś nieudacznik z ETY. Odczepił włócznię i, podpierając się na niej, wyszedł na zewnątrz. Kapsuła wylądowała kilkadziesiąt metrów dalej. Kuśtykając, dotarł do niej, otworzył zasobnik i wydobył stalowy pojemnik – to było najprostsze. Wewnątrz znajdowała się fiolka z jego własną krwią, w której żył rój nanobów. Palce Wato były tak sztywne, że prawie nie mógł nimi poruszać, z trudem wydłubał fiolkę z pojemnika i spróbował umieścić ją w aplikatorze, ale wypadła mu i potoczyła się po ziemi.
– Nie! – ryknął, opadając na skalisty grunt i czołgając się w jej stronę. W oddali majaczyła postać przyglądającej mu się kobiety. Podciągnął się na łokciach i zdrową ręką sięgnął po fiolkę.
– Niech cię szlak, Sola – wyszeptał, czując, że z bólu traci władzę nad ciałem. Nie mógł się już poruszyć. Świat wokół niego istniał i tego był świadomy.

– Nie, nie umrzesz – przypomniał sobie słowa Soli, które wypowiedziała po tym, jak próbował się wysadzić. Gdy dotarło do niej, co robi, nanoboty sprzężone z centralnym układem nerwowym po prostu zablokowały przekazywanie impulsów i ciało Wato padło porażone na podłodze.
– Będziesz świadomy wszystkiego, co będzie się działo wokół ciebie, będziesz cierpiał, ale nie umrzesz.

Na tym polegało jego przekleństwo, gdzieś, kiedyś, na bezdrożach Wszechświata spotkał porzucony okręt, nigdy nie dowiedział się, kim byli jego budowniczowie, ani co się z nimi stało i wątpił, by miał się tego kiedykolwiek dowiedzieć. 

sobota, 13 sierpnia 2016

III

Wato, goniąc po lesie za uciekającą istotą, dostrzegł wreszcie pojawiający się między drzewami biały skafander. Odbił wówczas w lewo i przyspieszył. Postanowił zastąpić jej drogę, przestraszyć, może zranić i skierować w inną stronę.
Wypadł w wielkim susie w miejscu, w którym spodziewał się dopaść istotę i doskoczył do skafandra. Ten brył jednak pusty, zawieszony za kaptur niczym przynęta. Wato poczuł, że jeżą mu się włosy na głowie. W lesie feeria dźwięków wydawanych przez jego mieszkańców i szum drzew zagłuszały powolne skradanie się właściciela skafandra. Zielone, zmodyfikowane tęczówki Wato przesuwały się z prawej na lewą, gdy rozglądał się po okolicy, a niczego nie dostrzegłszy, postanowił przyjrzeć się pozostawionemu ubraniu. Spodziewał się zaawansowanej technologii, czegoś, co sam miał na sobie, nie zaś worka, którego jedyną funkcją było odizolowanie od świata zewnętrznego. W ocenie Wato tkanina była zbyt cienka, nie posiadała regulacji temperatury, a hełm nie miał wizyjnych filtrów. Więc było to tylko doraźne zabezpieczenie w razie, gdyby któraś z roślin była toksyczna. Łowca odłożył  skafander, przecież istota nie mogła odejść daleko, musiała być w pobliżu, może przyglądała mu się z ukrycia?

Spod dużych, baldachowatych, żyłkowanych liści inna para oczu przyglądała się poczynaniom Obcego. Do tej pory nie spotkali na swojej drodze nawet śladów inteligentnych istot i zaczęli już podejrzewać, że nigdy na nich nie natrafią. Wszechświat bowiem był tak stary, że istoty takie mogły już nie istnieć, a tym czasem – można by rzec, na wyciągnięcie ręki – stał przedstawiciel takiej właśnie cywilizacji. Istniały procedury opisujące, co należy zrobić w przypadku takiego spotkania, ale tak naprawdę niewielu wierzyło, że kiedykolwiek się one przydadzą. Obserwując go teraz, istota rozważała, czy postąpiła słusznie, wzywając robota bojowego. Być może tym głupim posunięciem przyczyni się do wybuchu wojny? W końcu nie zna jego intencji, zniszczył maszynę w obronie własnej. Chociaż z drugiej strony nie musiał tego robić, w końcu robot został odwołany.
Leżąc płasko na ziemi, istota podziwiała niewątpliwie wspaniałą budowę Obcego, której nie był w stanie ukryć ubiór. Pomimo sporego wzrostu poruszał się lekko i zwinnie, nie wykazując oznak zmęczenia. Istota spostrzegła, że Obcy, przykucnąwszy, przygląda się śladom pozostawionym przez nią na ziemi. Nagle podniósł wzrok i spojrzał w głęboki cień, w którym się ukrywała, miała wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały i że on ją widzi.

Wato przestał przyglądać się sporej roślinie o baldachowatych liściach, która budziła w nim dziwny, nie określony niepokój i skupił się na śladzie stopy odbitej w miękkiej ziemi. Przyłożył do niej swoją dłoń, ślad był mniejszy i płytki, istota, która go zostawiła, ważyła znacznie mniej niż on. Zaczął się zastanawiać nad moralnym aspektem polowania na taką ofiarę.
Z oddali dobiegł warkot silnika, coś zbliżało się bardzo szybko. Łowca wycofał się w gęste krzaki rosnące tuż przy baldacholistnej roślinie. Nad koronami drzew pojawił się niewielki zwiadowczy dron.


Szukali jej. Protokół bezpieczeństwa nakazywał kontakt z bazą co pół godziny, po tym czasie zakładano, że wydarzyło się coś złego i niezbędna jest interwencja. Znali jej wcześniejsze położenie i z pewnością odkryli już uszkodzonego robota. Za jakiś czas do lasu wyruszy grupa poszukiwawcza. Istota miała ochotę wyskoczyć z ukrycia i dać znać, że jest właśnie tu, ale obawiała się Obcego, a on z tego, co zauważyła, obawiał się ich. Wycofawszy się w ukrycie, obserwował przelatującego drona, jednocześnie majstrując coś przy urządzeniu na lewym ramieniu. Po chwili jego twarz rozświetliła intensywna, czerwona poświata padająca z urządzenia, a nad ich głowy powrócił dron. Istota spróbowała spojrzeć w górę, ale widok przesłaniały jej liście, pod którymi się ukrywała. Dron odleciał, a wraz z nim zniknął Obcy. Istota poczuła, że wpada w panikę, przedtem chociaż wiedziała, gdzie on jest i co robi. Teraz mógł być wszędzie. A może dron go wystraszył i odszedł? Nie. Nie mogła ryzykować, postanowiła zaczekać pomimo tego, że pozycja była bardzo niewygodna. Obserwowanie ograniczonego pola, w którym jedynym odznaczającym się obiektem był skafander i nasłuchiwanie było na tyle nudnym zajęciem, że istota w końcu przymknęła oczy i zasnęła.
Obudziła się, gdy słońce było już nisko, a las zaczął się wypełniać długimi cieniami i pomarańczową barwą światła. Skafander zniknął. To było jak cios, bo albo zabrał go Obcy – co mogło oznaczać, że wciąż jest w pobliżu – albo zrobiła to ekipa ratunkowa, a ona przespała ich nadejście i znowu została sama. Postanowiła opuścić kryjówkę, pozostawanie w niej dłużej nie miało sensu, ekipa, jeśli tu była, to już nie wróci.
Zaczęła się zastanawiać, skąd przyszła? Drzewa i krzewy wyglądały podobnie, nie miała pojęcia, w którą stronę powinna iść. To robot miał GPS i zainstalowaną mapę topograficzną terenu, prowadził ją zawsze do celu i z powrotem. Ruszyła przed siebie, nie mogła być przecież daleko od kolonii.
Nocą las ożywał dźwiękami, których wcześniej nie słyszała, niektóre były straszne, inne wręcz przyjemne dla ucha. Wycieńczona istota postanowiła odpocząć, poruszanie się po tym terenie nie było łatwe bez robota, który dosłownie wycinał drogę w gąszczu, przedzieranie się przez krzaki stanowiło nie lada wyzwanie. Zmęczona wpełzła pod drzewo i, zwinąwszy się w kłębek na suchych, opadłych liściach przypominających igły, w ciszy czekała na sen. Nie myślała o dniu jutrzejszym, nie planowała, wierzyła, że przetrwa i szczęśliwie wróci do domu.

Wato, ukrywszy się w koronie drzewa, postanowił jeszcze chwilę zaczekać. Dron zatoczył koło nad miejscem, w którym się znajdował. Łowca podejrzewał, że operator maszyny dostrzegł biały skafander, być może miał nadzieję, że znalazł zaginionego towarzysza. Po chwili maszyna odleciała w kierunku, z którego przybyła.
Kontrolki na ekranie mini komputera wskazywały gotowość, ładunek, którym Wato unieruchomił robota bojowego, na szczęście nie uszkodził obwodów jego własnego komputera. Łowca postanowił nie marnować czasu na uganianie się za nieporadną istotą i, odczekawszy chwilę, ruszył do miejsca, w którym stoczył swoją pierwszą walkę na tej planecie. Spodziewał się, że za jakiś czas pojawią się tu ciekawsze cele, i nie mylił się. 
Prowadzona przez bojowego robota trzy osobowa grupa zjawiła się jakiś czas po tym, gdy on, zapoznawszy się z terenem, usadowił się na drzewie i czekał. Istoty różniły się między sobą wzrostem, tyle był w stanie stwierdzić i, podobnie jak pierwszy napotykamy osobnik, istoty te pokładały wielkie zaufanie w prowadzącej je maszynie. Łowca nie zamierzał czekać, aż zostanie wykryty, gdy tylko istoty zajęły się oględzinami unieruchomionego wcześniej robota, Wato cisnął kolejną minę wprost na stalowy korpus robota i jak poprzednio bojowa maszyna padła porażona. Istoty poderwały się z klęczek na równe nogi i, mierząc z karabinów w krzaki, próbowały odnaleźć tego, kto je zaatakował. Łowca ukryty za kamuflażem przyglądał się ich reakcji. Z pewnością byli zdezorientowani, ale nieprzerażeni. Wato zeskoczył z konara i, otwarłszy podwójne ostrza, ruszył ku grupie. Niewidzialny dla pozbawionych specjalistycznych gogli oczu zaatakował najbliżej stojącą istotę i, przebiwszy jej pierś, pociągnął unieruchomione ciało w głąb lasu. Zaskoczeni towarzysze w pierwszej chwili nie oddali ani jednego strzału, dopiero po czasie rozległy się dźwięki odbijające się echem po lesie.
Odciągnąwszy charczącą ofiarę na bezpieczną – jak mu się zdawało – odległość, Yautjańczyk wyszarpnął ostrza z jej piersi i począł z zaciekawieniem przyglądać się wyrazowi przerażenia na jej twarzy. W ocenie Wato upolowana istota była paskudna z gęby, choć wykazywała zaskakujące podobieństwo do niego samego. Głowę istoty pokrywało futro, czoło miała niskie i gładkie, a spod łuków brwiowych spoglądały na łowcę oczy o ciemnych tęczówkach. Wato przykucnął obok ofiary, chciał lepiej jej się przyjrzeć, interesowały go zwłaszcza zęby, bo świadczyły o sposobie odżywiania się. Ostrzem noża odchylił górną wargę i w ostatniej chwili sparował cios wymierzony prosto w swoją szyję. Pochwyciwszy uzbrojoną rękę swojej ofiary, przydusił ją, a potem przybił do ziemi własnym długim nożem. Ofiara zawyła z bólu i, pochwyciwszy za rękojeść yautjańskiego noża, spróbowała wyszarpnąć go z rany. Wato podniósł upuszczoną broń istoty i ze stoickim spokojem przygwoździł jej drugą rękę. Unieruchomiwszy ofiarę, wprawnie rozdał porywające jej pierś odzienie. Uderzyło go to, jak bardzo byli podobni. Skanowanie pokazało, że nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrzne układy organów, kości i mięśnie były prawie identyczne, choć różniły się rozmiarem. Po skanowaniu Łowca doszedł do wniosku, że upolował męskiego przedstawiciela tego dziwnego gatunku. Zaczął się nawet zastanawiać, czy Sola celowo obrała ich za cel, by zagrać na jego uczuciach. Może chciała zobaczyć, czy będzie w stanie zabijać ich bez skrupułów? Tylko że on stracił motywację już jakiś czas temu, a brak udział w wyprawach tylko po to, by wyrwać się ze statku. Po co gromadzić trofea, gdy nie ma ich kto podziwiać? Gdy chwała zamieniła się w przekleństwo? Może obserwuje go teraz kamerami termowizyjnymi i jest z siebie zadowolona. Widzi, że on się waha, że nie działa tak szybko jak zawsze.
Oddech ofiary był płytki i urywany, co róż przerywał go kaszel, płuca mężczyzny wypełniała krew, topił się. Wato porzucił go, stracił ochotę do walki, ogarnęła go złość na Solę i jej psychologiczne gierki.

Wrócił do miejsca, w którym ukrywała się pierwsza napotkana istota, uruchomiony komputer ułatwił namierzenie jej w miejscu, w którym podejrzewał, że się ukryła. By jej nie zbudzić, Wato wykonał tylko skanowanie, istota różniła się od tej upolowanej budową, wzrostem, wagą i płcią. Nie była też tak uzbrojona jak tamci i nie stanowiła dla niego zagrożenia. Postanowił poczekać, aż się zbudzi, a potem podążyć za nią w niewielkiej odległości. 

czwartek, 11 sierpnia 2016

II

Prom z Łowcą wylądował na trawiastym płaskowyżu rozciągającym się kilometrami wokół doliny wcinającej się w niego zakrzywionym klinem. Jej dno porośnięte było bujnym, zielonym lasem, który zaczynał się tuż poniżej stromych, skalnych zboczy i ciągnął się aż po horyzont, doskonale widoczny z tego miejsca.
Łowca, stojąc pośród traw gnących się płynnie, niczym fale, nawet pod najmniejszym podmuchem wiatru, wciągnął powietrze do płuc. Po modyfikacjach Soli i przy współudziale jej nanomaszyn w miejscu takim jak to, nie musiał korzystać z maski tlenowej. Płuca same radziły sobie z większością atmosferycznych mieszanek na planetach kwitnących życiem, a wszelkie trujące związki były dezaktywowane przez maszyny wielkości kilku atomów.
Na horyzoncie, pośród drzew ukrytych w mroku, majaczyły światła kolonii. Wato przysiadł na sporym, pomarańczowym głazie, który oderwał się od równie pomarańczowego urwiska za nim. W tym miejscu roślinność nie pokrywała zbocza, więc nic nie przeciwdziałało erozji. Kamień wciąż był ciepły, nagrzany od mocno operującego w dzień słońca. Myśliwy przyglądał się światełkom w oddali, kusiły obietnicą spotkania istot inteligentnych i żywych. Wato przesiedział tak pół nocy, delektując się widokami, dźwiękami i zapachami, które w sterylnych statkowych warunkach po prostu nie istniały. W końcu jednak postanowił wyruszyć i przekonać się, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.
Światło już, a on był – według szacunków komputera – w połowie drogi. Nie maszerował, lecz skradał się, często przystając i nasłuchując. Nie wiedział, jakie środki ostrożności powzięli osadnicy. Kroczył cicho, wprawnie wymijając przeszkody, a gdy zbyt bujna roślinność nie pozwalała poruszać się po ziemi, wytyczał wzrokiem trasę wśród konarów drzew i podążał nią.
Szybując wysoko nad ziemią, pośród leśnego podszytu przez ułamek sekundy dojrzał coś, co wzbudziło jego zainteresowanie i niepokój – białą plamę wśród soczystej zieleni. Zatrzymał się, ogniskując wzrok na wybranym znaku holoekranu maski, wyświetlany obraz powiększył się kilkukrotnie, a biała plama stała się przygarbioną sylwetką, w której Wato rozpoznał istotę dwunożną. Yautjanczyk rozejrzał się po okolicy, wydawało mu się dziwne, że istota jest tutaj sama.

Czyżby czuła się aż tak bezpiecznie?

Minęła dłuższa chwila, podczas której Wato obserwował, a istota nieprzerwanie wykopywała niewielkie rośliny i umieszczała je w pojemnikach. Nic się nie wydarzyło, więc Łowca opuścił swoją kryjówkę pośród korony rozłożystego drzewa i zaczął podchodzić napotkaną istotę od tyłu. Wyłączył kamuflaż, chciał się przekonać, jak zareaguje? Skanowanie nie przyniosło efektu, biały kombinezon odbijał fale, ukrywając swoją zawartość. Wato ryzykował, nie wiedząc, czy istota jest uzbrojona. Podszedł bardzo blisko, istota sięgała właśnie po jeden z pojemników na nowo wykopaną roślinę, gdy w gładkim, wypolerowanym wieczku dostrzegła czającego się za nią olbrzyma. Odwróciła się gwałtownie, krzycząc coś w nieznanym Wato języku. Jej głos, tak podobny do głosy Soli, zbił Yautjańczyka z tropu. Nagle z zarośli wyskoczyła czteronożna maszyna. Wato zrozumiał, że musi działać błyskawicznie – z nad jego ramienia wychynęło działko plazmowe i prawie natychmiast wystrzeliło. Bojowa maszyna przeturlała się na bok, unikając trafienia, sama jednak nie zaatakowała. Wato wystrzelił ponownie i znów maszyna wykonała błyskawiczny unik, tym razem jednak przykucnęła na tylnych nogach, jakby szykowała się do skoku. Łowca zrozumiał, że to obecność jego niedoszłej ofiary na linii ognia powstrzymuje maszynę przed użyciem broni tak ostentacyjnie umieszczonej na jej plecach. Uruchomił kamuflaż w chwili, w której robot wybił się i poszybował w jego stronę. Zdołał odskoczyć. Maszyna, straciwszy go z pola widzenia, poczęła krążyć jak dzikie zwierzę w klatce. Łowca musiał zaufać futurystycznej technologii Soli. Nie cofnął się nawet o milimetr, gdy robot przeczesując teren, przeszedł obok niego.
W tym czasie istota w białym kombinezonie w pośpiechu zbierała swoje rośliny i pakowała je do skrzyni. Nieoczekiwanie stała się wyjątkowym wyzwaniem. Wato w duchu przeklinał swoją arogancję, gdyby zapoznał się z wywiadowczymi danymi Soli, nie znalazłby się w tak trudnym położeniu.
Serwosilniki napędzające maszynę wydawały nieprzyjemne zgrzyty za każdym razem, gdy zmieniała kierunek niespokojnego marszu. Wato przeczuwał, że w końcu go znajdzie. Zapadła cisza, robot przystanął gdzieś za jego placami, poza zasięgiem wzroku. Łowca odwrócił głowę, by lepiej widzieć. Zrobił to w chwili, w której coś, co można było nazwać łbem robota, z przodu maszyny przesunięto się na tył, tym samym z tylnych nóg tworząc przednie. Wato zrozumiał, że jedynym ograniczeniem tej maszyny byłaby skromna wyobraźnia jej konstruktora, lecz temu najwyraźniej jej nie brakowało. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Sięgnął do schowka umieszczonego na lewym ujdzie, zacisnął palce na umieszczonym tam przedmiocie i poczuł, że traci grunt pod nogami, a pionowo rosnące do tej pory drzewa zdają się kłaść niczym zapałki. Wylądował na brzuchu, zbroja Soli trochę zamortyzowała uderzenie, ale ból był na tyle silny, że aż go zemdliło. Nie mógł nad tym zapanować, zdjął mąkę, dezaktywując kamuflaż, i zwymiotował na trawę.
– Cholera – zaklął na głos.
Na reakcję robota nie musiał długo czekać, maszyna w mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim, unosiła zakończone czterema szponiastymi palcami odnóże, jakby chciała wyrwać mu serce. Wato rzucił się przed siebie i, wykonawszy fikołka, znowu stanął na nogach, w prawej dłoni dzierżąc gotowe do strzału działko. Wypalił, błękitny pocisk stopił lufę karabinu na plecach maszyny, czyniąc go bezużytecznym. Trafienie tylko na chwilę opóźniło robota. Zaraz po tym Wato leżał na plecach dosłownie przygwożdżony przez palczastą dłoń maszyny. Dwa stalowe szpony przeszyły dłoń i ramię w połowie odległości między łokciem a nadgarstkiem. W tym momencie rozległ się głos istoty w białym skafandrze. Bojowa maszyna odstąpiła i, przycupnąwszy na tylnych nogach niczym pies, odwróciła łeb do wołającej ją istoty.
„Drugiej okazji nie będzie” – pomyślał Wato i, poderwawszy się z miejsca, cisnął trzymanym przedmiotem w robota. Niewielka mina przylgnęła do pancerza, a potem wypuściła z siebie skumulowany ładunek elektrostatyczny. Jeszcze przez kilka sekund na powierzchni maszyny przeskakiwały wyładowania, a potem zapanowała cisza przerywana jedynie przyspieszonym oddechem Wato. Jeśli każdy z dwudziestu pięciu mieszkańców kolonii posiadał taką maszynę, to będzie to najtrudniejsze polowanie w jakim Wato brał udział.
Zerknął ostatni raz na robota – z przepalonymi obwodami i usmażonym procesorem raczej się nie aktywuje. Rozejrzał się, po istocie pozostały tylko porzucone pojemniki z roślinami. Łowca podniósł maskę, po czym podszedł do porzuconej skrzyni. W wysokiej, bujnej roślinności wyraźnie zaznaczyła się trasa ucieczki. Wato podążył tym tropem, nie musiał się nawet wysilać i po pewnym czasie doszedł do wniosku, że ofiara celowo zostawia tak widoczny ślad.

Ta istota w jawny sposób go obrażała.

Warkną ze wściekłości. Nie mógł puścić takiej zniewagi płazem. Uniósł skaleczoną dłoń, by lepiej jej się przyjrzeć, wyglądała źle i nie goiła się. Nic dziwnego, nanoboty Soli również zostały poddane destrukcyjnej sile elektromagnetycznej miny. Będzie musiał opatrzyć ranę w tradycyjny sposób. Ale najpierw musi spowolnić ucieczkę ofiary. Spryskał ranę opatrunkiem w spreju i pobiegł śladem istoty.