Barbara przeklęła w duchu tę swoją skłonność
do altruizmu, to, że nie potrafiła przejść obojętnie obok potrzebujących,
sprawiało, że ludzie bez skrupułów ją wykorzystywali, a ona w milczeniu godziła
się na to. Zerknęła na kopuły dachów widocznej w oddali kolonii, nie mogła
uwierzyć, że odeszła aż tak daleko. W swojej naiwności wierzyła, że teraz wróci
tam bezpiecznie, kierując się prosto jak z bata strzelił. Ale najpierw musi
pomóc potrzebującemu.
–
Głodnych nakarmić, nagich przyodziać, potrzebującym dopomóc – wyrecytowała,
podchodząc ostrożnie do leżącego na ziemi Obcego. Stanąwszy tuż obok niego, poczęła
bacznie mu się przyglądać w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję, a nie
doczekawszy się niczego, sięgnęła po fiolkę wypełnioną zielonym, fosforyzującym
płynem. Zmarszczyła brwi, przyglądając mu się pod światło. To musiało być
jakieś lekarstwo, inaczej ten biedak nie starałby się za wszelką cenę je
odzyskać. Odwróciła Obcego na plecy, wydając przy tym dziwny, nieartykułowany dźwięk.
Jego ciało było ciężkie, ale aplikator znajdował się pod nim. Barbara przyjrzała
się urządzeniu, przypominało te, które sami stosowali. Fiolka wpasowała się w
nie bez oporu i już po chwili kobieta wzrokiem wyszukiwała miejsca do wkłucia. Niestety
szczelny ubiór obcego nie ułatwiał sprawy. W końcu zdecydowała, że idealnym
miejscem będzie kawałek odsłoniętej skóry na szyi.
–
Już bardziej mu nie zaszkodzę pomyślała naciskając spust, zawartość fiołki
przelała się do ciała nieprzytomnego, jak się zdawało kobiecie, Obcego. Czekała
na jakiś efekt, ale nic się nie stało. Może było już za późno i Obcy nie żył?
Przycisnęła palce do jego szyi w nadziei, że wyczuje puls. Przez myśl
przebiegło jej, że może jednak byłoby lepiej, grzyby umarł.
Wato świadomy tego, co się dzieje, w napięciu
oczekiwał na efekty pracy nowego roju. Ból jeszcze nie ustał, ale czucie już wracało,
więc gdy poczuł na skórze dotyk ciepłych palców, wstąpiła w niego jakby
dodatkowa siła, błyskawicznie pochwycił w nadgarstku cofającą się dłoń i
pociągnął. Zbyt mocno, jak się okazało, gdyż kobieta z krzykiem przerażenia
upadła wprost na niego. Poderwała się zaraz, odpychając się od jego piersi i
szarpnęła uwięzioną ręką, na próżno. Wato nie poluzował uścisku. Powtarzając
wkoło te same słowa, kobieta próbowała rozprostować jego palce, które jak
stalowa obręcz zaciskały się na nadgarstku. To go nawet bawiło, spodziewał się,
że zostanie zaatakowany, pogryziony, skopany, a tym czasem jej jedyną obroną
było prawdopodobnie proszenie o łaskę.
Po kilkukrotnych nieudanych próbach Barbara
zrezygnowała, usiadła spokojnie i czekała, a gdy zdawało się jej, że Obcy
zasnął, spróbowała sięgnąć po jego broń. Ostrzegawcze warknięcie wyprowadziło
ją z błędnego przekonania, że nie jest obserwowana. Po niezbyt długim czasie
Barbara zauważyła, że zraniona ręka zaczyna się zaskakująco szybko goić.
Dosłownie na jej oczach rana się zasklepiła, a potem poczęła pokrywać się nową
skóra. Zafascynowana kobieta przysunęła się bliżej by lepiej widzieć. Taka
zdolność regeneraci mogłaby bardzo pomóc ludziom. Bezwiednie wyciągnęła dłoń i
dotknęła miejsca, które jeszcze przed chwilą było paskudna, jątrzącą raną.
Wato obserwował jej poczynania w żaden sposób
nie protestując, a gdy nagle sama się opamiętała i cofnęła dłoń, on usiadł naprzeciw,
nie wypuszczając z uścisku jej nadgarstka. Wolną ręką odpiął klamry i zdjął
maskę, zniknęła dzieląca jego zmysły bariera, wzrok szybko przyzwyczaił się do
światła, a nozdrza chłonęły zapachy – w tym zapach siedzącej na przeciwko niego
istoty. Po raz pierwszy mógł się jej przyjrzeć z bliska w dziennym świetle.
Barbara nie drgnęła nawet, ale nie z obawy,
lecz z ciekawości. Widziała go co prawda podczas potyczki z maszyną i potem w
lesie, gdy ukrywała się, ale za pierwszym razem wszystko wydarzyło się tak
szybko, a za drugim widok spod liści oferował ograniczoną widoczność. To, co
wówczas i teraz przykuło jej uwagę to nienaturalnie zielone oczy, było w nich
coś niepokojącego i sztucznego.
Widząc, że przygląda mu się w spokoju, Wato puścił
rękę kobiety. Ta od razu przycisnęła ją do siebie, rozmasowując obolały
nadgarstek. Łowca zdjął rękawicę i ponownie wyciągnął do niej rękę, na jej
twarzy pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem zrozumienie. Pochwyciła wyciągniętą
dłoń, zamykając ją w swoich, i energicznie nią potrzasnęła, wypowiadając przy
tym jedno słowo: „Barbara”.
Wato
nie pozwolił, by cofnęła dłonie, delikatnie ale jednak przytrzymał je. Nie chodziło
mu o to, by się przywitać, chciał poczuć dotyk żywej i ciepłej istoty. Skupił
się na trzymanych przez siebie drobnych dłoniach, na pokrywającej je jasnej,
gładkiej skórze, cienkich palcach, krótkich paznokciach i na tym, co sam czuł
dotykając ich. Uzmysłowił sobie, że już nie pamięta, jak to jest być z kimś
blisko. Musiało temu towarzyszyć przyjemne uczucie, kojarzyło mu się ciepłem
i...
Panel sondy rozbłysnął na czerwono, Sola nie
była zadowolona, a może była? Odgadywanie jej uczuć nigdy nie było mocną stroną
Wato. Puścił dłonie kobiety i podszedł do lądownika. W ostatniej chwili zrozumiał,
że nie ma jej, za co dziękować. To przez nią był tu i teraz, sam od wieków,
obiekt badań, marionetka.
–
Daj mi więcej czasu – powiedział.
Milczała,
po czym się wyłączyła.
Wato zetknął na kobietę, siedziała w miejscu,
w którym ją zostawił. Wiedział, a raczej domyślał się, czego oczekuje Sola, ale
obecnie to nie było już jego priorytetem. Oswajał już kiedyś dzikie zwierzę i wiedział,
że podstawą jest zaufanie i żarcie. Domyślał się, że kobieta jest głodna, przeszedł,
więc na prom i z racji żywnościowych wydobył coś, co powinno jej smakować –
słodkie smakuje wszystkim. Wyszedł na zewnątrz, niosąc niewielki pojemnik, ale
po kobiecie nie było nawet śladu, za to od strony skalnego osuwiska dochodził
dźwięk toczących się kamieni. Poszedł tam, kobieta schodziła ostrzenie w dół,
nie uszła jeszcze daleko.
–
Barbara! – zawołał za nią, naśladując nie tylko słowo, ale również sposób, w
jaki zostało wypowiedziane. Kobieta zatrzymała się, patrząc na niego z
niedowierzaniem. Obcy trzymał w dłoniach jakieś pudełko i wyciągał je w jej
kierunku. Rozum mówił jej, że powinna zignorować to i wrócić jak najszybciej do
kolonii, ale serce i wrodzona ciekawość kazały sprawdzić, co Obcy chce jej
podarować.
Przyjęła pudełko, patrząc w te niepokojące
oczy.
–
Powtórz to jeszcze raz – powiedziała, trzymając je już w dłoniach. Oby przekrzywił
głowę na bok, nie wiedział, czego od niego chciała. – Powiedz… Barbara – podpowiedziała.
–
Powtórz to jeszcze raz. Powiedz… Barbara. – Jej własne słowa w jej własnym głosie.
Kobieta zasłoniła usta dłonią, śmiejąc się jednocześnie.
–
Jak ty to robisz? To niesamowite.
Zupełnie jak dziecko, pomyślał Wato, widząc,
ile radości dał jej fakt, że ją przedrzeźnia.
–
A powiedz coś swoim głosem – zachęcała Barbara, zapomniawszy, że on może jej
nie rozumieć.
Wato
jednak milczał, a ruchem głowy wskazał pudełko, które kobieta trzymała. Gestem
zachęcił, by je otworzyła. Barbara uchyliła wieko, pudełko zassało powietrze.
Próżnia, pomyślała. Ze środka wydobył się zapach, który kojarzył jej się z
dzieciństwem, zapach jabłek, cynamonu, karmelu – wszystko pomieszane razem. Zerknęła
na Obcego, ten wskazał usta, chciał, żeby to wypiła, a ona była bardzo głodna. Uniosła
naczynie do ust i lekko je umorzyła, po czym zlizała to, co się na nich
osadziło. Smak był jakiś dziwny, zupełnie nie pasował do zapachu, ale był znośny,
choć – jak na jej gust – trochę za słodki. Upiła mały łyk tej zawiesistej
substancji, wolała zaczekać i sprawdzić, czy nie odczuje jakichś niepożądanych
skutków ubocznych.
Wato w tym czasie postanowił wrócić na prom, odchodząc,
zacytował zasłyszane w lesie zdanie: – Na Boga! Co się stało z Eris?
Barbara prawie się zakrztusiła, słysząc głos
szefa ochrony kolonii.
–
Gdzie to słyszałeś? W lesie? Widziałeś innych ludzi, takich jak ja? Rozumiesz,
co do ciebie mówię? – Zasypała go gradem pytań, których i tak nie rozumiał.
Mógł uruchomić translator, Sola z pewnością zebrała wszystkie dostępne
informacje na temat tego garnku, zawsze tak robiła, więc Wato mógłby podjąć rozmowę,
ale nie miał na to ochoty, chodziło mu tylko o to, by ją zaciekawić. Wrócił na
prom i używając czujników bliskiego zasięgu, przeczesał pobliski teren. Od
strony kolonii zbliżała się grupa uzbrojonych zapewne istot, przypomniało mchu się,
że Sola określiła ich mianem „Ludzi”, podobno sami tak siebie nazwali.
Nie ma sensu dłużej zwlekać, pomyślał, trzeba
załatwić to, po co przyleciałem, a potem będę mógł delektować się urokami
planety.
Przeszedł na tył statku, tam odpiął rozładowaną
baterię działka naramiennego i umieścił ją w stacji ładującej, a na jej miejsce
zainstalował nową. Sprawdził komputer i kamuflaż, z zapasów pobrał kilka min
elektromagnetycznych, tak na wszelki wypadek. Gdy w końcu uznał, że jest gotów,
jego wzrok spoczął na Barbarze stojącej w prześwicie drzwi. Wato machnął
zachęcająco ręką, chociaż miał świadomość, że obwieszone bronią ściany nie
wyglądały zachęcająco. Powoli udało mu się zwabić ją w głąb statku aż do
niewielkiej sterowni na dziobie. Wyglądało to tak, jakby chciał jej coś pokazać,
usadowił ją w jednym z dwóch wielkich foteli przy kokpicie, po czym wyszedł,
ryglując za sobą drzwi. Teraz był pewien, że nie ucieknie. Oswajaniem zajmie
się później.
Barbara nie zdarzyła nawet zareagować,
zaopatrzona w kokpit obcego statku nie spostrzegła, że została sama, a
przynajmniej nie pod razu. Gdy zorientowała się, że Obcy wyszedł, było już za
późno. Poderwała się z fotela, który nawet dla właściciela statku wydawał się
zbyt duży i podbiegła do drzwi, nie otworzył się. Uderzyła w nie pięściami, ku
jej zakończeniu nie towarzyszył temu żaden dźwięk, myślała, że otacza ją stal,
ale teraz wiedziała, że to coś innego. Przyłożyła ucho do drzwi, ale nie
przebijał się przez nie żaden dźwięk. Ponadto w pomieszczeniu panował
nieprzyjemny mrok tu i ówdzie rozjaśniany jedynie bladym światłem sączącym się
z urządzeń kokpitu. Barbara była zła na siebie, bo coś wewnątrz podpowiadało
jej, że nie powinna iść za nim, o zaufaniu nie wspominając. Przeklinając w
myślach, przeczesała całe pomieszczenie w poszukiwaniu drogi ucieczki, ale
niczego nie znalazła. Wróciła więc do drzwi i starannie im się przyjrzała. Na
wysokości z pewnością niedostosowanej do ludzkich rozmiarów było coś, co mogło
stanowić panel kontrolny. Niewysoka kobieta do niego nie sięgała, nie było też niczego,
na czym mogłaby stanąć. Zrezygnowania usiadła w fotelu. Jeśli uda jej się z
tego wykaraskać, to i tak szef kolonii wyciągnie wobec niej konsekwencje, w
końcu pewne frakcje bardzo liczyły na spotkanie innych inteligentnych istot. Dotarło
do niej, że może Obcy w tym samym celu przemierza Wszechświat i że być może to
nie przypadek, że wylądował akurat tu i ją porwał. Może gdy wróci, zechce
przeprowadzić na niej jakieś eksperymenty?! O nie, nie zamierzała czekać na to
bezczynnie. Nacisnęła najbliższy podświetlony na kokpicie znak, potem kolejny i
kolejny, ale bez skutku.
–
Niech to szlak! – krzyknęła.
Wysoko,
prawie pod samym sufitem, zapłonęło światełko. Barbara miała wrażenie, że się
jej przygląda, potem zgasło, ale wrażenie, że jest obserwowana, pozostało.
Skuliła się na fotelu, pozostało jej już tylko oczekiwanie na powrót Obcego.
Czas dłużył się, jej czasami miała wrażenie, że coś słyszy, że widzi coś w
ciemnym kącie, a gdy przysuwała się bliżej, to okazywało się, że nic tam nie
ma. Nagle przypomniała jej się dziwna sytuacja, która miała miejsce przed statkiem,
gdy poddała mu rękę. Odniosła wówczas wrażenie, że jest nią zafascynowany, a
przecież wyglądał podobnie, aż dziwne, że w bezkresie Wszechświata przyroda
stosowała te same, sprawdzone rozwiązania, jak gdyby nic nie było dziełem
przypadku.
Wato wrócił kilka godzin później, gdy na
zewnątrz okrętu znowu panowała noc. Gra toczyła się według reguł, które on
dyktował i nie dobiegła jeszcze końca, ale Wato był zmęczony, naprawdę zmęczony,
nie odpoczywał od wielu godzin. Pozbył się całego ekwipunku oraz wierzchniej
warstwy zbroi, pod spodem miał termokombinezon utrzymujący stałą temperaturę
ciała. Przy drzwiach na mostek zawahał się przez chwilę, zaraz potem otworzył
je i stanął w ich prześwicie gotów pochwycić usiłującą zbiec istotę, a gdy dostrzegł,
że jego branka śpi skulona na fotelu pilota, sam postanowił odpocząć. Usiadł
obok w sąsiednim fotelu i, skrzyżowawszy ręce na piersi, przymknął oczy. Zaraz
jednak przyszło mu na myśl, że spanie obok niej nie jest najlepszym pomysłem,
jutro mógłby się nie obudzić, przecież skanując jej postać wcześniej, odkrył
niewielki, składany nóż. Podźwignął się i, stanąwszy obok śpiącej kobiety,
zlustrował uważnie jej postać. Niewielką broń mogła ukryć w butach, kieszeniach
luźnych spodni, za paskiem.
Będzie raban, pomyślał, chwytając za obutą
stopę Barbary.
Kobieta obudziła się z krzykiem, Obcy stał nad
nią, trzymając w lewej dłoni jej stopę. Barbara spróbowała się uwolnić, ale Obcy
trzymał mocno, a zaraz potem sięgnął do kieszeni na jej ujdzie i wyciągnął stamtąd
scyzoryk, o którym zupełnie zapomniała.
Wato zacisnął wydobyty przedmiot w dłoni, ta
niewielka rzecz umiejętnie wykorzystana mogła go pozbawić życia. Usiadł z
powrotem w fotelu i przymknął oczy, zapadając po chwili w płytki półsen, w
którym jedna półkula jego mózgu odpoczywała, a druga analizowana bodźce
zewnętrzne.
–
A niech cię – wyszeptała Barbara, kuląc się z powrotem w fotelu i zastanawiając
się, skąd Obcy wiedział, gdzie miała ukryty nóż, pamiątkę rodzinną. Może
obmacał ją, gdy spała. Oddaliła od siebie te podejrzenia, przecież poczułaby,
że ją dotyka. Westchnęła, odechciało jej się spać, a na dodatek musiała
skorzystać z toalety, nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma. Obcy usadowił
się w fotelu i przymknął powieki, chyba zamierzał spać. Gdyby tylko mogła się
stąd wydostać... Postanowiła stawić tej sytuacji jawny opór, z zaciśniętymi
pięściami i marsową miną podeszła do Obcego i, szturchnąwszy go w kolano,
powiedziała głośno i wyraźnie:
–
Nie wiem, czy mnie rozumiesz, pewni nie, ale widzę, że dysponujesz zaawansowaną
technologią, pojmujesz, więc zatem, że przetrzymywanie mnie wbrew mojej woli,
jest łamaniem praw żywych inteligentnych i wolnych istot. – Te ostatnie słowa
użyła tylko po to, by zastąpić nimi określenie ludzi, Obcy nie był w końcu człowiekiem,
ale musiał się wywodzić, że społeczeństwa praworządnego, tylko takie istoty
byłyby wstanie stworzyć rozwiniętą technologicznie cywilizację.
Czerwone światełko pod sufitem rozblyslo
ponownie, Obcy zerknął na nie z ukosa.
Więc
wrażenie, że jesteśmy obserwowani, nie było mylne, pomyślała Barbara, po czym
dodała:
–
Muszę do toalety.
Żaden mięsień na jego twarzy nie poruszył się,
nic nie wskazywało, że zrozumiał chociaż jedno słowo.
–
Na Boga, zaraz się zesikam, a ty będziesz to sprzątał, dupku! – powiedziała podniesionym
głosem, zaciskając przy tym nogi, by chociaż w ten sposób pokazać, o co jej
chodzi.
Obcy podniósł się tak gwałtownie, że aż ją
potrącił, popchnięta kobieta wsparła się na kokpicie. Obcy chwycił ją za ramię
i, ciągnąc za sobą, podszedł do drzwi. Otworzył je i razem wyszli na szeroki
korytarz. Wnętrze tego statku dzielone grodziami, wyposażenie w liczne uchwyty
i wszelkiego rodzaju paczki przyczepione do ścian przypominało Barbarze ziemską
rakietę. Pewnie w przestrzeni międzyplaneternej nie było tu grawitacji. Obcy
przeprowadził ją przez pomieszczenie za sterownią aż do następnego, gdzie
wskazał jej wnękę za rozsuwanym przepierzeniem i, zostawiwszy ją tam, wyszedł,
zamykając za sobą drzwi grodzi.
– Więc jednak rozumiesz – powiedziała kobieta,
przyglądając się urządzeniom sanitarnym. Nad każdym znajdowała się obrazkowa
instrukcja obsługi, ale istoty, do których była dedykowana, nie przypominały
jej porywacza.
–
Więc nie tylko jesteś porywaczem, ale piratem również – szepnęła Barbara,
rozpinając pasek w spodniach.
Wato obserwował ją na monitorze, co prawda po
zasunięciu przepierzenia środek wnęki nie był widoczny, ale kobieta nie
zamknęła się.
–
Serce bije ci szybciej – rozległo się w jego głowie poprzez implant korowy. –
To już drugi taki incydent odnotowany przez system medyczny, jesteś chory,
powinieneś wrócić na Kraniec Świata i poddać się skanowaniu.
–
Nic mi nie jest – odparł w myślach Wato, wyłączając monitor i sadowiąc się
wygodniej w fotelu.
–
Dane medyczne odbiegają od normy, w zaistniałej sytuacji odczyty powinny być
stabilne.
–
Powiedziałem, że nic mi nie jest, muszę tylko odpocząć. Jeśli pozwolisz,
chciałbym się teraz przespać.
–
Dobrze, ale mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego ona tu jest?
Wato
wiedział, że to pytanie w końcu padnie. Sola nie byłaby sobą, gdyby go nie
zadała.
–
Przyszła tu za mną – odparł wymijająco. – Pomogła mi.
–
To wiem, widziałam, ale dlaczego wciąż tu jest. Czemu ją więzisz. Miałeś na
nich polować, a nie zaprzyjaźniać się z nimi. Nigdy wcześniej tak się nie
zachowywałeś i co miało oznaczać to fizyczne spoufalanie się?
–
A nie przyszło ci na myśl – odparł spokojnie – w tym twoim
cybernetycznobionicznym mózgu, że żywe istoty czasami potrzebują czegoś więcej
niż tylko inteligentnej rozmowy? Nie stworzono nas byśmy żyli w stałej izolacji,
potrzebujemy kontaktu z innymi żywymi istotami.
Barbara tym razem nie miała problemu z otwarciem
drzwi i dzięki temu stała się świadkiem dziwnej rozmowy Wato. Obcy stał, wspierając
się na konsoli i przemawiał w dziwnym języku wprost do czerwonego światełka pod
sufitem.
– To dlatego trzymałeś tego zwierzaka, który
nie odstępował cię na krok? Ją też zabierzesz do łóżka, chociaż to
niehigieniczne? – Dziwnie nienaturalny, ale z pewnością kobiecy głos
odpowiedział mu nie wiadomo skąd. Obcy usiadł i odparł:
–
To co innego, nie możesz porównywać jej do Haldo, on był zwierzęciem, wiernym,
ale jednak zwierzęciem. Sama dobrze wiesz, że wszędzie za mną chodził i zdechł
na moich rękach.
–
Wiem. – Jej głos był obojętny. - Byłeś potem jakiś inny.
–
Widzisz, tym się różnimy, ja potrzebuję fizycznego towarzystwa, tobie wystarczy
konwersacja.
–
Wątpię, by pozwoliła ci zbliżyć się do siebie. – Odparł kobiecy głos, po czym
czerwone światełko zgasło.