wtorek, 13 grudnia 2016

VII




Barbara ocknęła się gwałtownie, jakby wynurzała się spod wody i jedyną potrzebą w tej chwili było zaczerpnięcie powietrza. Wiedziała, że musi się spieszyć, że ma ważną misję do spełnienia. Usiadła. Czuła się zaskakująco dobrze. Zadrapania na dłoniach i ramionach zniknęły, nie było po nich nawet śladu, jak gdyby nigdy nie istniały.
Nie chciała się teraz nad tym zastanawiać, miała większy problem, znowu nie wiedziała, w którą stronę iść.
– Niech to diabli – wyszeptała i ruszyła w przeciwnym kierunku niż wydeptana ścieżka, którą prawdopodobnie tu przyszła. Tym razem uważała, gdzie i jak stawia stopy, nie chciała znowu poparzyć się trującymi roślinami. Podejrzewała, kto udzielił jej pomocy, byli zatem kwita i Barbara miała nadzieję, że się już nigdy nie spotkają.
Brnęła, przeciskając się, wymijając i przeskakując nad bujną florą planety. Chociaż rośliny były jej pasją i badaniu ich poświęciła swoje życie, to obecnie miała serdecznie dość lasu i porastających go krzaków. Marzyła o kąpieli, steku, zimnym piwie i łóżku. Uśmiechnęła się sama do siebie, zastanawiając się nad tym, jak w zależności od położenia zmieniają się ludzkie priorytety. Wspominając boski zapach kotleta, ku swemu zaskoczeniu niespodziewanie wyszła wprost na drogę; brutalnie wycięty, wydarty lasu pas ziemi. Droga prowadziła z kolonii do niedawno założonych pól uprawnych, ich oddalenie od obozu mieszkalnego wynikało z faktu, że ziemia w tamtym rejonie była praktycznie pozbawiona kamieni, co znacznie ułatwiło pracę maszyn rolniczych. W pobliżu kolonii ciągle trzeba było zbierać je z pola, a po kolejnej orce znowu wyłaniały się na wierzch.
Stojąc pośrodku leśnego traktu, kobieta obróciła się wokół własnej osi, a potem ruszyła przed siebie, nie wybierając nawet kierunku. Uznała, że to bez znaczenia, czy dotrze na pola, czy do kolonii, i tak czuła się już bezpieczna.

Wato wrócił na miejsce, w którym zostawił nieprzytomną kobietę i ze złością stwierdził, że jej nie ma. Gdyby nie niepokojące dźwięki odbiegające z lasu, nie musiałby zostawiać człowieka bez nadzoru.
Uruchomił komputer. Zapachowy ślad należący do Barbary odznaczał się pośród innych. Nie łatwo było zmylić tak wrażliwe czujniki i Wato już nie raz używał ich do topnienia ofiary, robił to jednak zawsze w ostateczności. Ślad zaczynał się już rozwiewać, oznaczało to, że kobieta odeszła jakiś czas temu i należało ruszyć za nią niezwłocznie.
Szedł za jej zapachowym tropem, sam nie wiedząc w jakim celu. To, czego nie potrafił nazwać, pchało go ku takiemu działaniu, czuł potrzebę odnalezienia kobiety, choć nie dostrzegał racjonalnego powodu, by tak było.
Znajdował się obecnie bardzo blisko kolonii i niepokoił go ten fakt. Gdy Barbara dotrze do osiedla, odkryje, że jej współtowarzysze nie żyją. Domyśli się, że to jego sprawka i raczej nie pozwoli więcej się do siebie zbliżyć, a nie chciał stosować drastycznych środków. 

Barbara dotarła w końcu do poletek okolonych lasem. Samojezdne maszyny stały na skraju, oczekując na zbliżające się żniwa. Kobieta wybrała jeden z pojazdów, usadowiła się wewnątrz i, pozbywszy się sprzętu rolniczego, ruszyła w kierunku kolonii. Ciężka maszyna mknęła po wybojach polnej drogi bez trudności, przystosowana do pracy w trudnych warunkach pokonywała dziury i kolejny bez niedogodności dla pasażera. Barbara nie musiała kierować ciągnikiem, wystarczyło, że na displeju wybrała cel podróży, a maszyna wykonała resztę. Amortyzatory w fotelu przejmowały większość wstrząsów i kobieta w miarę wygodnie pokonała prawie całą trasę. W pobliżu kolonii poczęła odczuwać nieokreślony niepokój. Wysłała komunikat o tym, że się zbliża, ale nie otrzymała odpowiedzi. Wjechawszy pomiędzy cylindryczne budynki, które wyglądały jak poprzewracane beczki na ropę z końca dwudziestego wieku, zatrzymała się gwałtownie. Na budynkach widniały ślady… chyba po kulach? Jakby ktoś strzelał na oślep lub celował w kopulasty dach. Barbara podbiegła do najbliższego budynku i z rozmachem otworzyła drzwi. W środku było pusto, choć zazwyczaj to właśnie tu można było spotkać najwięcej ludzi – we wspólnej jadalni i kuchni. Kobieta dostrzegła, że na stolikach znajdują się talerze z niedojedzonymi posiłkami, jakby coś lub ktoś oderwał ludzi od tej czynności i już do niej nie wrócili. Okropne przeczucie, że z mieszkańcami kolonii stało się coś złego, zawładnęło umysłem i ciałem Barbary, zmuszając ją do skulenia się przy jednym ze stolików i zaczerpnięcia głęboko powietrza. Zaczęła szlochać.
Przełykając słone łzy, wyszła na zewnątrz i udała się do następnego budynku, w którym mieściło się centrum komunikacji. Do budynku przylegała wysoka wieża nadawcza. Po drodze, na ziemi, kobieta dostrzegła brunatny, rozbryźnięty ślad; nawet nie chciała próbować wyobrazić sobie, skąd się wziął. Drzwi do budynku były zaryglowane. Barbara wstukała kod, zamek zasygnalizował, że przejście jest otwarte, ale mimo to kobieta nie mogła ich otworzyć, coś blokowało je od wewnątrz. Postanowiła spróbować zajrzeć do środka przez okno. Obeszła budynek, okna po tej stronie były zniszczone, a ona musiała stanąć na palcach, by coś zobaczyć. Sprzęt komunikacyjny wydawał się nienaruszony i tylko na środku pokoju stał stół, który zwykle znajdował się pod oknem. Gdyby Barbara mogła prześwietlać wzrokiem materię, z pewnością dostrzegłaby, że na podłodze – po drugiej stronie ściany, przy której stała – leżało ciało kobiety z odstrzeloną głową. Ale Barbara stała zbyt nisko, by odjąć wzrokiem podłogę.
Poszła dalej, jej wzrok omiatał ściany budynków, dostrzegała coraz więcej niepokojących śladów walki i w końcu znalazła kilka ciał stłoczonych w lądowniku. Może myśleli, że tu będą bezpieczni? Barbara poczuła, że zaraz zwymiotuje. Słaniając się na nogach, przeszła do kolejnego baraku, w którym mieściły się sypialnie, chciała się położyć i zasnąć. Może gdy się obudzi, koszmar się skończy.
Przy drzwiach, za belami ściętych drzew, których mieli użyć do budowy drewnianych pomostów, odkryła kolejne ciało.
– Lee? – szepnęła, siadając obok martwego mężczyzny. Jego pierś pokryta była zeschłą krwią. Rozpłakała się i, przytuliwszy twarz do zimnej dłoni trupa, wyszeptała: – To moja wina. Przepraszam, Lee. To wszystko przeze mnie.
Wyjęła pistolet ze sztywnych palców mężczyzny i bez sprawdzenia magazynku, upchnęła go za pasek spodni. Stojąc nad zwłokami przyjaciela, postanowiła nie poddawać się. Jeśli została tu sama, choć miała nadzieję, że tak nie było, zrobi wszystko, by przetrwać aż do przylotu statku z kolejnymi kolonizatorami. W głowie układała już plan działania: widziała siebie grzebiącą ciała pomordowanych, planowała porządki i… poczuła nagle, że nie jest sama. Odwróciła się w stronę niewielkiego placu, wokół którego zbudowano kolonię. Obcy stał pośrodku i wpatrywał się w nią.
– Ty skórwysynu! – krzyknęła Barbara i, wydobywszy pistolet, bez mierzenia nacisnęła spust. Rozległ się szczęk pustego zamka. Mierząc w Obcego, nacisnęła spust jeszcze kilkakrotnie, po czym przeładowała i wycelowała w swoją głowę. Pistolet wystrzelił, kula, lecąc po skosie, przeorała skórę i skruszyła czaszkę, Barbara upadła, krwawiąc.

– To mój warunek.
Sola milczała, rozważając z pewnością wszelkie za i przeciw.
– Co zrobisz jeśli się nie zgodzę? – zapytała.
Wato obracał w palcach niewielki, składany nóż, który zabrał kobiecie.
– Zostanę tutaj – odparł.
– Wtedy odłączę cię...
– I pożrą mnie dzikie zwierzęta, wiem o tym! Pomimo wszystkiego, co przeżyłem i co mi pokazałeś, nadal wierzę, że życie to tylko stan przejściowy. Na okręcie mogłabyś mnie utrzymywać w stanie paraliżu przez długi okres, tu raczej nie przetrwałbym długo. Ale wiesz co… Mam już dość.
Nie odpowiedziała, pamiętała czasy, w których po stracie załogi błąkała się bez celu po galaktyce… samotna, uwięziona,  nie potrzebna.
– Dobrze – odparła – jak chcesz. – Czerwone światełko zgasło.
Wato przyczepił ładunek wybuchowy do lądownika sondy, poprzez którą komunikował się z Solą. Nie chciał wchodzić na prom, nim nie uzyskał od niej zapewnienia, że zgadza się z jego żądaniami i że po przekroczeniu wejścia nie zostanie uśpiony.

-----------------------------------------------------


Wybaczcie, że tak krótko, ale jest to spowodowane wymogiem fabuły, która od tego momentu zmienia miejsce akcji. 
W bonusie yautjański wieniec adwentowy



wtorek, 8 listopada 2016

VI

Barbara nie zrozumiała ani jednego słowa i nie miała pojęcia, o czym toczyła się dyskusja pomiędzy Obcym a istotą z drugiej strony. Kobieta bez słowa weszła do sterowni i, patrząc prosto w niepokojąco zielone oczy Obcego, oświadczyła:
– Wiem, że mnie rozumiesz. Chcę stąd wyjść.

Wato milczał, domyślał się, czego może chcieć, ale nie mógł jej teraz wypuścić. W zasadzie kobieta nie miała już do czego wracać, większość mieszkańców kolonii nie żyła, a ci, którzy przeżyli jego atak, jeszcze długo się nie otrząsną. Z pewnością również ona doznałaby szoku, a tego nie chciał. Zignorował więc jej żądanie, układając się do snu.

Wato nigdy nie śnił, już od dawna jego umysł zdawał się być w tej kwestii wyłączony, jakby w jego życiu nie było niczego, co należałoby poddać analizie i utrwaleniu. Tym razem jednak było inaczej, z głębokiej pamięci jego mózg wydobył wspomnienia, które – z racji samotności i braku nadziei na zmianę tego stanu – zostały wyparte, ukryte, zapomniane. Wato śnił o swojej yautjańskiej wybrance i o ich ostatnim zbliżeniu. Sen przeplatał się z bodźcami docierającymi do czuwającej półkuli mózgu i tworzył niespokojną mieszankę pożądania i agresji. Yautjańczyk śnił o jej żółtych oczach, gdy ukradkiem zerkała na niego; o idealnie prostej linii kręgosłupa, która niczym ścieżka prowadziła wzdłuż jej ciała; śnił o skórze pokrytej nakrapianym wzorem, w którym tylko on potrafił dopatrzeć się gwiezdnych konstelacji i o napinających się pod nią mięśniach, gdy czuła jego dotyk. Śnił o zapachu i smaku jej ciała i o bólu, gdy wbijała paznokcie w jego skórę; śnił o przeplatających się oddechach, chaosie, pośpiechu, o oczekiwaniu, niecierpliwości i złości.
Alarm wyrwał go z sennych majaków. Wato nie do końca rozbudzany, wciąż tkwiący w marzeniach sennych, nie od razu rozpoznał jego przyczynę. Oszołomiony hałasem i pobudzony snem poderwał się z miejsca i obalił na podłogę pochylającą się nad nim kobietę.

Barbara nie zdarzyła uskoczyć, ciężkie ciało Obcego przygniotło ją i wypchało z jej płuc powietrze, uniemożliwiając jednocześnie zaczerpnięcie nowego tchu. Kobieta wiła się, usiłując odzyskać wolność, alarm wył, a Obcy – jakby nie dostrzegając, z kim ma fizyczny kontakt – wtulił twarz w jej szyję.
Nagły wstrząs przywrócił mu świadomość miejsca, czasu i towarzystwa ludzkiej kobiety. Przez krótką chwilę przyglądał się jej przerażonej twarzy, nie rozumiejąc, dlaczego znajdują się w tak nie stosownym położeniu? Ciągle wyjący alarm w końcu zwrócił jego uwagę, a kolejny wstrząs poruszył promem. Wato doskoczył do kokpitu i uruchomił zewnętrzne kamery, omiótłszy nimi teren wokół i na skraju płaskowyżu, w sporej odległości dostrzegł jakiś ruch – zoom ukazał dwoje ludzi i uszkodzonego robota bojowego, który ledwo trzymał się na trzech nogach.

Kobieta zajrzała mu przez ramię.
– To ludzie z kolonii! – krzyknęła z radością w głosie.
Zaraz potem w ich kierunku pomknął kolejny pocisk RPG, a statek zatrząsł się od uderzenia. Wato opuścił mostek, musiał „sprawę ludzką” rozwiązać definitywnie. Nie spodziewał się, że tak szybko otrząsną się po jego ataku. Udało im się nawet uruchomić uszkodzoną przez niego maszynę. Prawdopodobnie to ona śledziła go i doszła za nim aż tutaj, a potem sprowadziła tę dwójkę.
Grodzie automatycznie oddzieliły uszkodzony sektor, Wato wyłączył system bezpieczeństwa i przeszedł na tył statku. Wewnątrz brak było oznak uszkodzeń, lecz Łowca obawiał się, że poszycie zostało mocno nadwyrężone. Kolejny wstrząs przekrzywił prom na jedną stronę. Wato bez zastanowienia sięgnął po spore działko ręczne i skierował się do wyjścia.
Barbara zastąpiła mu drogę.
– Proszę, nie – powiedziała, zerkając na trzymaną przez Obcego broń. – To tylko nieporozumienie. Proszę, pozwól mi wyjść, porozmawiam z nimi, wyjaśnię.
Odepchnął ją lekko, ale stanowczo. Pochwyciła go za ramię.
– Proszę – powtórzyła. – Oni nie wiedzą, że żyję. Myślą pewnie, że coś mi zrobiłeś, że jesteś dla nich zagrożeniem.
Wato nie zamierzał z nią dyskutować, ani słuchać jej próśb. Jednym celnym uderzeniem ogłuszył kobietę i zostawił ją nieprzytomną na podłodze, po czym wyszedł na zewnątrz.


Gdy się ocknęła, drzwi ładowni były otwarte, a na statku panowała cisza taka jak wtedy, gdy była tu sama. Z zewnątrz docierały dźwięki przyrody. Barbara podniosła się z zimniej podłogi, w miejscu uderzenia miała sporego guza. Dotknęła go i skrzywiła się z bólu.
– Przegiąłeś, sukinsynu – powiedziała na głos, wstając.
Opuściła statek z myślą, że to może być jej jedyna szansa na ucieczkę. Obcy udowodnił swoim zachowaniem, że nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony. Skoro rozumiał, co do niego mówiła i wiedział, że nie zgadza się na przetrzymywanie, a mimo to jej nie uwolnił, to na pewno nie przybył tu w celach pokojowych. Może szukał niewolników? A może po prostu źle zaczęli? Jednego była pewna – Obcy był bardzo zaborczy i wisiał jej przysługę.
– Co za dupek – szepnęła, rozglądając się wokół. Jej uwagę przykuło spalone miejsce w pewnej odległości od statku, nawet z tak daleka Barbara wyczuwa dochodzący stamtąd słodkawy swąd. Podchodząc bliżej, z każdym krokiem czuła narastające: strach i przeczucie, że wcale nie chce wiedzieć, co tam spłonęło? Ciekawość była jednak silniejsza od strachu.
Barbarze wydawało się, że śni, że to nie jest możliwe.
Pośrodku wypalonego kręgu tkwili: maszyna bojowa i człowiek – niczym figury w muzeum zastygłe w pozach nadanych im przez rzeźbiarza. Maszyna przycupnęła z przodu, udzielając ramieniem podparcia dla działka RPG, z którego strzelał usadowiony za nią człowiek. Wyglądali tak irracjonalnie. Musieli spłonął w ułamku sekundy, chociaż Barbara nie była pewna, czy faktycznie spłonęli. Może w ludzkim słowniku nie było wyrazu, który mógłby opisać to, co się z nimi stało. Może nie znali nawet procesu, któremu ta dwójka została poddana? Jaka siła sprawiła, że wciąż trwali w swoich pozycjach pokryci jedynie czarnym nalotem? Człowiek wyglądał jakby z jego ciała ulotniła się cała woda, był trochę zasuszony.
Obeszła wypalony krąg, obok stała jeszcze skrzynka pełna pocisków.
– A tak… – szepnęła kobieta – było ich dwoje. – Rozejrzała się, drugiego ciała nigdzie nie było. Może zdołała uciec? Ale w takim razie, gdzie był Obcy? I dlaczego zostawił otwarte wejście do statku? Musiała szybko wrócić do kolonii i ich ostrzec. Wiedziała, w którą stronę się kierować. Zaczęła schodzić w dół zbocza. 
Idąc przez las, co pewien czas natrafiała na wypalone kręgi. Rośliny, które spotkał ten los przypominały wypalonego człowieka, były równie czarne i twarde.
Barbarę zastanawiał fakt, że kręgów było sporo i że w żadnym z nich nie natrafia na ludzkie szczątki. Czyżby Obcy był aż tak złym strzelcem? Niemożliwe. Nie z taką technologią. Więc czemu?
– Boże... Jego to bawi – powiedziała, podchodząc do kolejnego kręgu. To odkrycie nie przyniosło jej ulgi. Przeciwnie, sprawiło, że zaczęła bać się jeszcze bardziej. Kto wie jakie okropności planował dla niej?
Postanowiła nie zwlekać dłużej i zaczęła biec. Musiała dotrzeć do kolonii przed nim. Może była jeszcze szansa? Może nie ma dużej przewagi? Może ich dogoni? Może nawet uda jej się uratować tego człowieka, przecież Obcy nie był bezmyślną bestią, czuł jak oni, a przez chwilę odniosła wrażenie, że jest nią zafascynowany – wtedy, gdy podała mu dłoń.


Biegnąc, rozmyślała intensywnie nad wszystkim, co ją spotkało. Nagle potknęła się o korzeń wystający z ziemi i runęła wprost na parzące rośliny, które płożyły się u podstawy drzewa, żyjąc z nim w symbiozie. Drobne igiełki wbiły się w nieosłoniętą skórę dłoni, wywołując piekący ból i reakcję alergiczną. Kobieta znała tę roślinę i wiedziała, że za chwilę poczuje się źle. Przeszła jeszcze kilkanaście kroków, nim pojawiły się zawroty głowy i mdłości. Wiedziała, że nie dotrze do kolonii o własnych siłach i ganiła się w myślach za pośpiech i nieostrożność. Nagle poczuła, że unosi się w powietrzu, a cały las obraca się wokół. Nie, to nie las się obracał, lecz ona. Działo się z nią coś dziwnego. Nie czuła już pieczenia w miejscach, w które wbiły się pokryte toksycznym sokiem igły. Nie czuła bólu stóp i ssania głosu, które jej towarzyszyły. Świat przesuwał się wokół, a jej chciało się już tylko spać. Zamknęła oczy.



– Nie śpij – powiedział Łowca w swoim języku, potrząsając bezpłatnym ciałem niesionej kobiety. Ślady na ziemi wyraźnie pokazywały miejsce, w którym upadła. Komputer odznaczył rosnącą tam roślinę kolorem pomarańczowym, co wskazywało, że jest wysoce toksyczna. Wato ominął niebezpieczne miejsce i zatrzymał się kawałek dalej, po czym ułożył Barbarę na ziemi.
– Nie śpij – powiedział znowu, lekko klepiąc ją po twarzy, ale jedynym skutkiem, jaki osiągnął, było wymamrotanie kilku niezrozumiałych słów, których nawet komputer nie potrafił odszyfrować.
Wato podjął decyzję. Ryzykował, ale nie widział innego sposobu – zabije ją lub uratuje, a w obecnym stanie kobieta i tak nie miała wyboru. Surowica poliwalentna przystosowana była do jego potrzeb i zakres jej działania w ciele Barbary nie był znany, mogła wyrządzić znaczne szkody. Wato był gotów zaakceptować porażkę.
Po aplikacji w napięciu czekał na reakcję organizmu kobiety – na zapaść lub inne objawy świadczące o zbliżającym się końcu. Nic takiego nie nastąpiło. Oddychała miarowo i spokojnie. Wato wyłączył komputer i zdjął maskę, nie miał pewności, że Sola nie przemyciła do niego kawałka swojej osobowości i że nie obserwuje go przez kamery sprzętu. Potrzebował prywatności, chwili tylko dla siebie i nie chciał zdradzać przed osobowością statku, że jego zainteresowanie istotą leżącą w tej chwili na trawie jest podyktowane czymś się więcej, niż tylko czystą ciekawością. Przekonał się już na promie, że jego ciało postrzegało tę kobietę inaczej, niż podpowiadał zdrowy rozsądek i inaczej, niż sam by sobie tego życzył. Oczy dostarczały mózgowi obrazu i tyko ten jeden bodziec uruchomił tłumioną potrzebę prokreacji.
Wato, zafascynowany i przerażony jednocześnie własnymi odczuciami, pochylił się nad kobietą, studiując uważnie jej twarz, włosy oraz szyję widoczną przez rozpięty kołnierz bluzy. Kobieta miała jasne włosy, których kolor kojarzył się Łowcy z zeschłą trawą, dotknął ich by sprawdzić, czy połamią się równie łatwo jak ona i stwierdził, że są miękkie i gładkie – prześlizgiwały się między palcami, delikatnie łaskocząc wrażliwą na dotyk skórę. Ta wrażliwość nie była cechą, z która przyszedł na świat, lecz efektem zmian zainicjonowanych przez Solę. Wato po przebudzeniu nie miał czasu oswoić się z tymi zmianami, więc każdy taki dotykowy bodziec był dla niego zaskoczeniem.
Pomimo przyjemnego dreszczu podniecenia związanego z bliskością istoty tak podobnej do niego twarz Barbary wydawała mu się brzydka, oszpecona nozdrzami umieszczonymi w wystającej poza obręb twarzy kości. Mięsiste usta już wcześniej zwróciły jego uwagę, były ruchliwe, gdy kobieta mówiła przybierały różnie kształty, zmieniały też kolor podobnie jak skóra na jej twarzy – wcześniej zaczerwienione, teraz były bladosine.
Wzrok Wato przesuwał się po interesujących go punktach na ciele Barbary; od ust poprzez szyję, uszy, a w końcu piersi – dwie, dziwne, wypełnione tkanką tłuszczową kule.
Jego dłoń zawisła nad zamkiem bluzy, korciło go, by zobaczyć więcej.

Zmarszczył brwi. Nie to nie byłoby właściwe. Wycofał się. Usiadł pod drzewem i przymknął powieki, wsłuchując się w odgłosy lasu.

poniedziałek, 26 września 2016

V


Barbara przeklęła w duchu tę swoją skłonność do altruizmu, to, że nie potrafiła przejść obojętnie obok potrzebujących, sprawiało, że ludzie bez skrupułów ją wykorzystywali, a ona w milczeniu godziła się na to. Zerknęła na kopuły dachów widocznej w oddali kolonii, nie mogła uwierzyć, że odeszła aż tak daleko. W swojej naiwności wierzyła, że teraz wróci tam bezpiecznie, kierując się prosto jak z bata strzelił. Ale najpierw musi pomóc potrzebującemu.
– Głodnych nakarmić, nagich przyodziać, potrzebującym dopomóc – wyrecytowała, podchodząc ostrożnie do leżącego na ziemi Obcego. Stanąwszy tuż obok niego, poczęła bacznie mu się przyglądać w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję, a nie doczekawszy się niczego, sięgnęła po fiolkę wypełnioną zielonym, fosforyzującym płynem. Zmarszczyła brwi, przyglądając mu się pod światło. To musiało być jakieś lekarstwo, inaczej ten biedak nie starałby się za wszelką cenę je odzyskać. Odwróciła Obcego na plecy, wydając przy tym dziwny, nieartykułowany dźwięk. Jego ciało było ciężkie, ale aplikator znajdował się pod nim. Barbara przyjrzała się urządzeniu, przypominało te, które sami stosowali. Fiolka wpasowała się w nie bez oporu i już po chwili kobieta wzrokiem wyszukiwała miejsca do wkłucia. Niestety szczelny ubiór obcego nie ułatwiał sprawy. W końcu zdecydowała, że idealnym miejscem będzie kawałek odsłoniętej skóry na szyi.
– Już bardziej mu nie zaszkodzę pomyślała naciskając spust, zawartość fiołki przelała się do ciała nieprzytomnego, jak się zdawało kobiecie, Obcego. Czekała na jakiś efekt, ale nic się nie stało. Może było już za późno i Obcy nie żył? Przycisnęła palce do jego szyi w nadziei, że wyczuje puls. Przez myśl przebiegło jej, że może jednak byłoby lepiej, grzyby umarł.

Wato świadomy tego, co się dzieje, w napięciu oczekiwał na efekty pracy nowego roju. Ból jeszcze nie ustał, ale czucie już wracało, więc gdy poczuł na skórze dotyk ciepłych palców, wstąpiła w niego jakby dodatkowa siła, błyskawicznie pochwycił w nadgarstku cofającą się dłoń i pociągnął. Zbyt mocno, jak się okazało, gdyż kobieta z krzykiem przerażenia upadła wprost na niego. Poderwała się zaraz, odpychając się od jego piersi i szarpnęła uwięzioną ręką, na próżno. Wato nie poluzował uścisku. Powtarzając wkoło te same słowa, kobieta próbowała rozprostować jego palce, które jak stalowa obręcz zaciskały się na nadgarstku. To go nawet bawiło, spodziewał się, że zostanie zaatakowany, pogryziony, skopany, a tym czasem jej jedyną obroną było prawdopodobnie proszenie o łaskę.

Po kilkukrotnych nieudanych próbach Barbara zrezygnowała, usiadła spokojnie i czekała, a gdy zdawało się jej, że Obcy zasnął, spróbowała sięgnąć po jego broń. Ostrzegawcze warknięcie wyprowadziło ją z błędnego przekonania, że nie jest obserwowana. Po niezbyt długim czasie Barbara zauważyła, że zraniona ręka zaczyna się zaskakująco szybko goić. Dosłownie na jej oczach rana się zasklepiła, a potem poczęła pokrywać się nową skóra. Zafascynowana kobieta przysunęła się bliżej by lepiej widzieć. Taka zdolność regeneraci mogłaby bardzo pomóc ludziom. Bezwiednie wyciągnęła dłoń i dotknęła miejsca, które jeszcze przed chwilą było paskudna, jątrzącą raną.

Wato obserwował jej poczynania w żaden sposób nie protestując, a gdy nagle sama się opamiętała i cofnęła dłoń, on usiadł naprzeciw, nie wypuszczając z uścisku jej nadgarstka. Wolną ręką odpiął klamry i zdjął maskę, zniknęła dzieląca jego zmysły bariera, wzrok szybko przyzwyczaił się do światła, a nozdrza chłonęły zapachy – w tym zapach siedzącej na przeciwko niego istoty. Po raz pierwszy mógł się jej przyjrzeć z bliska w dziennym świetle.

Barbara nie drgnęła nawet, ale nie z obawy, lecz z ciekawości. Widziała go co prawda podczas potyczki z maszyną i potem w lesie, gdy ukrywała się, ale za pierwszym razem wszystko wydarzyło się tak szybko, a za drugim widok spod liści oferował ograniczoną widoczność. To, co wówczas i teraz przykuło jej uwagę to nienaturalnie zielone oczy, było w nich coś niepokojącego i sztucznego.

Widząc, że przygląda mu się w spokoju, Wato puścił rękę kobiety. Ta od razu przycisnęła ją do siebie, rozmasowując obolały nadgarstek. Łowca zdjął rękawicę i ponownie wyciągnął do niej rękę, na jej twarzy pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem zrozumienie. Pochwyciła wyciągniętą dłoń, zamykając ją w swoich, i energicznie nią potrzasnęła, wypowiadając przy tym jedno słowo: „Barbara”.
Wato nie pozwolił, by cofnęła dłonie, delikatnie ale jednak przytrzymał je. Nie chodziło mu o to, by się przywitać, chciał poczuć dotyk żywej i ciepłej istoty. Skupił się na trzymanych przez siebie drobnych dłoniach, na pokrywającej je jasnej, gładkiej skórze, cienkich palcach, krótkich paznokciach i na tym, co sam czuł dotykając ich. Uzmysłowił sobie, że już nie pamięta, jak to jest być z kimś blisko. Musiało temu towarzyszyć przyjemne uczucie, kojarzyło mu się ciepłem i...
Panel sondy rozbłysnął na czerwono, Sola nie była zadowolona, a może była? Odgadywanie jej uczuć nigdy nie było mocną stroną Wato. Puścił dłonie kobiety i podszedł do lądownika. W ostatniej chwili zrozumiał, że nie ma jej, za co dziękować. To przez nią był tu i teraz, sam od wieków, obiekt badań, marionetka.
– Daj mi więcej czasu – powiedział.
Milczała, po czym się wyłączyła.
Wato zetknął na kobietę, siedziała w miejscu, w którym ją zostawił. Wiedział, a raczej domyślał się, czego oczekuje Sola, ale obecnie to nie było już jego priorytetem. Oswajał już kiedyś dzikie zwierzę i wiedział, że podstawą jest zaufanie i żarcie. Domyślał się, że kobieta jest głodna, przeszedł, więc na prom i z racji żywnościowych wydobył coś, co powinno jej smakować – słodkie smakuje wszystkim. Wyszedł na zewnątrz, niosąc niewielki pojemnik, ale po kobiecie nie było nawet śladu, za to od strony skalnego osuwiska dochodził dźwięk toczących się kamieni. Poszedł tam, kobieta schodziła ostrzenie w dół, nie uszła jeszcze daleko.
– Barbara! – zawołał za nią, naśladując nie tylko słowo, ale również sposób, w jaki zostało wypowiedziane. Kobieta zatrzymała się, patrząc na niego z niedowierzaniem. Obcy trzymał w dłoniach jakieś pudełko i wyciągał je w jej kierunku. Rozum mówił jej, że powinna zignorować to i wrócić jak najszybciej do kolonii, ale serce i wrodzona ciekawość kazały sprawdzić, co Obcy chce jej podarować.

Przyjęła pudełko, patrząc w te niepokojące oczy.
– Powtórz to jeszcze raz – powiedziała, trzymając je już w dłoniach. Oby przekrzywił głowę na bok, nie wiedział, czego od niego chciała. – Powiedz… Barbara – podpowiedziała.
– Powtórz to jeszcze raz. Powiedz… Barbara. – Jej własne słowa w jej własnym głosie. Kobieta zasłoniła usta dłonią, śmiejąc się jednocześnie.
– Jak ty to robisz? To niesamowite.
Zupełnie jak dziecko, pomyślał Wato, widząc, ile radości dał jej fakt, że ją przedrzeźnia.
– A powiedz coś swoim głosem – zachęcała Barbara, zapomniawszy, że on może jej nie rozumieć.
Wato jednak milczał, a ruchem głowy wskazał pudełko, które kobieta trzymała. Gestem zachęcił, by je otworzyła. Barbara uchyliła wieko, pudełko zassało powietrze. Próżnia, pomyślała. Ze środka wydobył się zapach, który kojarzył jej się z dzieciństwem, zapach jabłek, cynamonu, karmelu – wszystko pomieszane razem. Zerknęła na Obcego, ten wskazał usta, chciał, żeby to wypiła, a ona była bardzo głodna. Uniosła naczynie do ust i lekko je umorzyła, po czym zlizała to, co się na nich osadziło. Smak był jakiś dziwny, zupełnie nie pasował do zapachu, ale był znośny, choć – jak na jej gust – trochę za słodki. Upiła mały łyk tej zawiesistej substancji, wolała zaczekać i sprawdzić, czy nie odczuje jakichś niepożądanych skutków ubocznych.
Wato w tym czasie postanowił wrócić na prom, odchodząc, zacytował zasłyszane w lesie zdanie: – Na Boga! Co się stało z Eris?
Barbara prawie się zakrztusiła, słysząc głos szefa ochrony kolonii.
– Gdzie to słyszałeś? W lesie? Widziałeś innych ludzi, takich jak ja? Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Zasypała go gradem pytań, których i tak nie rozumiał. Mógł uruchomić translator, Sola z pewnością zebrała wszystkie dostępne informacje na temat tego garnku, zawsze tak robiła, więc Wato mógłby podjąć rozmowę, ale nie miał na to ochoty, chodziło mu tylko o to, by ją zaciekawić. Wrócił na prom i używając czujników bliskiego zasięgu, przeczesał pobliski teren. Od strony kolonii zbliżała się grupa uzbrojonych zapewne istot, przypomniało mchu się, że Sola określiła ich mianem „Ludzi”, podobno sami tak siebie nazwali.

Nie ma sensu dłużej zwlekać, pomyślał, trzeba załatwić to, po co przyleciałem, a potem będę mógł delektować się urokami planety.


Przeszedł na tył statku, tam odpiął rozładowaną baterię działka naramiennego i umieścił ją w stacji ładującej, a na jej miejsce zainstalował nową. Sprawdził komputer i kamuflaż, z zapasów pobrał kilka min elektromagnetycznych, tak na wszelki wypadek. Gdy w końcu uznał, że jest gotów, jego wzrok spoczął na Barbarze stojącej w prześwicie drzwi. Wato machnął zachęcająco ręką, chociaż miał świadomość, że obwieszone bronią ściany nie wyglądały zachęcająco. Powoli udało mu się zwabić ją w głąb statku aż do niewielkiej sterowni na dziobie. Wyglądało to tak, jakby chciał jej coś pokazać, usadowił ją w jednym z dwóch wielkich foteli przy kokpicie, po czym wyszedł, ryglując za sobą drzwi. Teraz był pewien, że nie ucieknie. Oswajaniem zajmie się później. 


Barbara nie zdarzyła nawet zareagować, zaopatrzona w kokpit obcego statku nie spostrzegła, że została sama, a przynajmniej nie pod razu. Gdy zorientowała się, że Obcy wyszedł, było już za późno. Poderwała się z fotela, który nawet dla właściciela statku wydawał się zbyt duży i podbiegła do drzwi, nie otworzył się. Uderzyła w nie pięściami, ku jej zakończeniu nie towarzyszył temu żaden dźwięk, myślała, że otacza ją stal, ale teraz wiedziała, że to coś innego. Przyłożyła ucho do drzwi, ale nie przebijał się przez nie żaden dźwięk. Ponadto w pomieszczeniu panował nieprzyjemny mrok tu i ówdzie rozjaśniany jedynie bladym światłem sączącym się z urządzeń kokpitu. Barbara była zła na siebie, bo coś wewnątrz podpowiadało jej, że nie powinna iść za nim, o zaufaniu nie wspominając. Przeklinając w myślach, przeczesała całe pomieszczenie w poszukiwaniu drogi ucieczki, ale niczego nie znalazła. Wróciła więc do drzwi i starannie im się przyjrzała. Na wysokości z pewnością niedostosowanej do ludzkich rozmiarów było coś, co mogło stanowić panel kontrolny. Niewysoka kobieta do niego nie sięgała, nie było też niczego, na czym mogłaby stanąć. Zrezygnowania usiadła w fotelu. Jeśli uda jej się z tego wykaraskać, to i tak szef kolonii wyciągnie wobec niej konsekwencje, w końcu pewne frakcje bardzo liczyły na spotkanie innych inteligentnych istot. Dotarło do niej, że może Obcy w tym samym celu przemierza Wszechświat i że być może to nie przypadek, że wylądował akurat tu i ją porwał. Może gdy wróci, zechce przeprowadzić na niej jakieś eksperymenty?! O nie, nie zamierzała czekać na to bezczynnie. Nacisnęła najbliższy podświetlony na kokpicie znak, potem kolejny i kolejny, ale bez skutku.
– Niech to szlak! – krzyknęła.
Wysoko, prawie pod samym sufitem, zapłonęło światełko. Barbara miała wrażenie, że się jej przygląda, potem zgasło, ale wrażenie, że jest obserwowana, pozostało. Skuliła się na fotelu, pozostało jej już tylko oczekiwanie na powrót Obcego. Czas dłużył się, jej czasami miała wrażenie, że coś słyszy, że widzi coś w ciemnym kącie, a gdy przysuwała się bliżej, to okazywało się, że nic tam nie ma. Nagle przypomniała jej się dziwna sytuacja, która miała miejsce przed statkiem, gdy poddała mu rękę. Odniosła wówczas wrażenie, że jest nią zafascynowany, a przecież wyglądał podobnie, aż dziwne, że w bezkresie Wszechświata przyroda stosowała te same, sprawdzone rozwiązania, jak gdyby nic nie było dziełem przypadku.

Wato wrócił kilka godzin później, gdy na zewnątrz okrętu znowu panowała noc. Gra toczyła się według reguł, które on dyktował i nie dobiegła jeszcze końca, ale Wato był zmęczony, naprawdę zmęczony, nie odpoczywał od wielu godzin. Pozbył się całego ekwipunku oraz wierzchniej warstwy zbroi, pod spodem miał termokombinezon utrzymujący stałą temperaturę ciała. Przy drzwiach na mostek zawahał się przez chwilę, zaraz potem otworzył je i stanął w ich prześwicie gotów pochwycić usiłującą zbiec istotę, a gdy dostrzegł, że jego branka śpi skulona na fotelu pilota, sam postanowił odpocząć. Usiadł obok w sąsiednim fotelu i, skrzyżowawszy ręce na piersi, przymknął oczy. Zaraz jednak przyszło mu na myśl, że spanie obok niej nie jest najlepszym pomysłem, jutro mógłby się nie obudzić, przecież skanując jej postać wcześniej, odkrył niewielki, składany nóż. Podźwignął się i, stanąwszy obok śpiącej kobiety, zlustrował uważnie jej postać. Niewielką broń mogła ukryć w butach, kieszeniach luźnych spodni, za paskiem.

Będzie raban, pomyślał, chwytając za obutą stopę Barbary.

Kobieta obudziła się z krzykiem, Obcy stał nad nią, trzymając w lewej dłoni jej stopę. Barbara spróbowała się uwolnić, ale Obcy trzymał mocno, a zaraz potem sięgnął do kieszeni na jej ujdzie i wyciągnął stamtąd scyzoryk, o którym zupełnie zapomniała.
Wato zacisnął wydobyty przedmiot w dłoni, ta niewielka rzecz umiejętnie wykorzystana mogła go pozbawić życia. Usiadł z powrotem w fotelu i przymknął oczy, zapadając po chwili w płytki półsen, w którym jedna półkula jego mózgu odpoczywała, a druga analizowana bodźce zewnętrzne.
– A niech cię – wyszeptała Barbara, kuląc się z powrotem w fotelu i zastanawiając się, skąd Obcy wiedział, gdzie miała ukryty nóż, pamiątkę rodzinną. Może obmacał ją, gdy spała. Oddaliła od siebie te podejrzenia, przecież poczułaby, że ją dotyka. Westchnęła, odechciało jej się spać, a na dodatek musiała skorzystać z toalety, nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma. Obcy usadowił się w fotelu i przymknął powieki, chyba zamierzał spać. Gdyby tylko mogła się stąd wydostać... Postanowiła stawić tej sytuacji jawny opór, z zaciśniętymi pięściami i marsową miną podeszła do Obcego i, szturchnąwszy go w kolano, powiedziała głośno i wyraźnie:
– Nie wiem, czy mnie rozumiesz, pewni nie, ale widzę, że dysponujesz zaawansowaną technologią, pojmujesz, więc zatem, że przetrzymywanie mnie wbrew mojej woli, jest łamaniem praw żywych inteligentnych i wolnych istot. – Te ostatnie słowa użyła tylko po to, by zastąpić nimi określenie ludzi, Obcy nie był w końcu człowiekiem, ale musiał się wywodzić, że społeczeństwa praworządnego, tylko takie istoty byłyby wstanie stworzyć rozwiniętą technologicznie cywilizację.

Czerwone światełko pod sufitem rozblyslo ponownie, Obcy zerknął na nie z ukosa.

Więc wrażenie, że jesteśmy obserwowani, nie było mylne, pomyślała Barbara, po czym dodała:
– Muszę do toalety.
Żaden mięsień na jego twarzy nie poruszył się, nic nie wskazywało, że zrozumiał chociaż jedno słowo.
– Na Boga, zaraz się zesikam, a ty będziesz to sprzątał, dupku! – powiedziała podniesionym głosem, zaciskając przy tym nogi, by chociaż w ten sposób pokazać, o co jej chodzi.
Obcy podniósł się tak gwałtownie, że aż ją potrącił, popchnięta kobieta wsparła się na kokpicie. Obcy chwycił ją za ramię i, ciągnąc za sobą, podszedł do drzwi. Otworzył je i razem wyszli na szeroki korytarz. Wnętrze tego statku dzielone grodziami, wyposażenie w liczne uchwyty i wszelkiego rodzaju paczki przyczepione do ścian przypominało Barbarze ziemską rakietę. Pewnie w przestrzeni międzyplaneternej nie było tu grawitacji. Obcy przeprowadził ją przez pomieszczenie za sterownią aż do następnego, gdzie wskazał jej wnękę za rozsuwanym przepierzeniem i, zostawiwszy ją tam, wyszedł, zamykając za sobą drzwi grodzi.

– Więc jednak rozumiesz – powiedziała kobieta, przyglądając się urządzeniom sanitarnym. Nad każdym znajdowała się obrazkowa instrukcja obsługi, ale istoty, do których była dedykowana, nie przypominały jej porywacza.
– Więc nie tylko jesteś porywaczem, ale piratem również – szepnęła Barbara, rozpinając pasek w spodniach.

Wato obserwował ją na monitorze, co prawda po zasunięciu przepierzenia środek wnęki nie był widoczny, ale kobieta nie zamknęła się.
– Serce bije ci szybciej – rozległo się w jego głowie poprzez implant korowy. – To już drugi taki incydent odnotowany przez system medyczny, jesteś chory, powinieneś wrócić na Kraniec Świata i poddać się skanowaniu.
– Nic mi nie jest – odparł w myślach Wato, wyłączając monitor i sadowiąc się wygodniej w fotelu.
– Dane medyczne odbiegają od normy, w zaistniałej sytuacji odczyty powinny być stabilne.
– Powiedziałem, że nic mi nie jest, muszę tylko odpocząć. Jeśli pozwolisz, chciałbym się teraz przespać.
– Dobrze, ale mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego ona tu jest?
Wato wiedział, że to pytanie w końcu padnie. Sola nie byłaby sobą, gdyby go nie zadała.
– Przyszła tu za mną – odparł wymijająco. – Pomogła mi.
– To wiem, widziałam, ale dlaczego wciąż tu jest. Czemu ją więzisz. Miałeś na nich polować, a nie zaprzyjaźniać się z nimi. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywałeś i co miało oznaczać to fizyczne spoufalanie się?
– A nie przyszło ci na myśl – odparł spokojnie – w tym twoim cybernetycznobionicznym mózgu, że żywe istoty czasami potrzebują czegoś więcej niż tylko inteligentnej rozmowy? Nie stworzono nas byśmy żyli w stałej izolacji, potrzebujemy kontaktu z innymi żywymi istotami.
Barbara tym razem nie miała problemu z otwarciem drzwi i dzięki temu stała się świadkiem dziwnej rozmowy Wato. Obcy stał, wspierając się na konsoli i przemawiał w dziwnym języku wprost do czerwonego światełka pod sufitem.
– To dlatego trzymałeś tego zwierzaka, który nie odstępował cię na krok? Ją też zabierzesz do łóżka, chociaż to niehigieniczne? – Dziwnie nienaturalny, ale z pewnością kobiecy głos odpowiedział mu nie wiadomo skąd. Obcy usiadł i odparł:
– To co innego, nie możesz porównywać jej do Haldo, on był zwierzęciem, wiernym, ale jednak zwierzęciem. Sama dobrze wiesz, że wszędzie za mną chodził i zdechł na moich rękach.
– Wiem. – Jej głos był obojętny. - Byłeś potem jakiś inny.
– Widzisz, tym się różnimy, ja potrzebuję fizycznego towarzystwa, tobie wystarczy konwersacja.
– Wątpię, by pozwoliła ci zbliżyć się do siebie. – Odparł kobiecy głos, po czym czerwone światełko zgasło. 

piątek, 26 sierpnia 2016

IV


Barbara obudziła się, nim nastał świt. Dręczyły ją głód i pragnienie. Wokół było ciemno, ale nie na tyle, by nie mogła dostrzec otaczającego ją świata. Coś o nienaturalnym kształcie znajdowało się przed nią, trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Barbara przetarła oczy by lepiej widzieć, przedmiot przypominał menażkę. Kobieta uniosła się na łokciu i, rozglądając się po okolicy, przysunęła się bliżej. Tak, to była menażka, na dodatek otwarta i wypełniona wodą, świadczył o tym zapach. Kobieta oblizała usta, chciało jej się pić. Sięgnęła po pojemnik i w chwili, w której jej palce dotknęły gładkiej powierzchni struktura oraz kolor powłoki zmieniły się i poczęły przypominać ludzką skórę. Barbara, przestraszywszy się, upuściła menażkę, a jej zawartość rozlała się po suchych igłach, na których została postawiona.
– Cholera! – zaklęła, żałując, że drogocenny płyn wylał się. Podniosła menażkę, pojemnik znowu przybrał cechy jej skóry. – Niesamowita technologia – szepnęła, przyglądając się z bliska. Na dnie było jeszcze trochę wody, wypiła ją nie odrywając ust, a potem otarła je wierzchem dłoni.
Domyśliła się ze Obcy ją znalazł i miała nadzieję, że skoro przyniósł jej wodę, to znaczy, że nie miał złych intencji. Prawdopodobnie zależało mu na kontakcie z nimi. Kobieta rozejrzała się w poszukiwaniu oznak jego obecności, ale niczego nie dostrzegła.
Do świtu już nie zasnęła, a gdy zrobiło się jaśniej, ruszyła na wschód nie świadoma tego, że oddała się coraz bardziej od kolonii.

Wato zabrał pustą menażkę pozostawioną przez kobietę. Sam nie odczuwał jeszcze pragnienia i nie widział potrzeby, by porzucać dobry sprzęt. Napełni ją, gdy tylko nadarzy się okazja. Jego wczorajsza akcja wypłoszyła istoty z lasu, podejrzewał, że wrócą, tym razem jednak w większej liczbie i lepiej uzbrojeni. Znali ten teren i jego mieszkańców, dlatego czuli się bezpiecznie, zwłaszcza w towarzystwie robota bojowego, z pewnością zaskoczyła ich jego obecność.
Komputer zasygnalizować potrzebę przyjęcia dawki „leku”. Wato wstrzyknął zawartość jednej ampułki. Na czas tej operacji wyłączył kamuflaż i, rozpiąwszy wysoką stójkę kołnierza, wstrzyknął jej zawartość w szyję. Odczekał chwilę, aż nieprzyjemny efekt mrowienia minie i schował aplikator do podręcznej apteczki, którą ukrył w plecaku zaczepianym na plecach. Był gotowy, by pójść dalej, odwrócił się i znieruchomiał. Spomiędzy zwisłych, giętkich gałązek przyglądała mu się kobieta, stała kilka kroków od niego.
Znowu się pogubiła – pomyślał łowca – nie potrafi iść prosto?

Mierzyli się wzrokiem, żadne nie postąpiło o krok, dziwna, patowa sytuacja. W końcu kobieta uniosła dłoń. Wato nie wiedział, czy to powitanie, czy groźba. Potrząsnął głową, strofując samego siebie w myślach. Cóż ona mogła mu zrobić? Postąpił krok do przodu, kobieta cofnęła się, więc przystanął, zastanawiając się, co zrobić? Ona co chwilę zerkała w bok, jakby szukała drogi ucieczki. Przez tę chwilę Wato zdarzył jej się przyjrzeć, miała o wiele ciemniejszą skórę niż upolowany męski osobnik, długą kręconą sierść na głowie i tkankę tłuszczową w dziwnym, nielogicznym miejscu na piersi. Wato zastanawiał się, do czego to ma służyć, bo skoro było zakryte ubraniem, to z pewnością nie do ozdoby i chyba nie do wabienia samców. Dziwny gatunek, pomyślał Łowca, porównując oboje spotkanych osobników do siebie samego – tacy podobni a jednak różni.
Nie umknęło też uwadze Yautjanczyka, że kobieta przygląda się jego zranionej ręce. Nagle dotarło do niego, że wstrzyknięcie zawartości ampułki w niczym mu nie pomoże. Nanoboty Soli zostały przecież uszkodzone przez minę, gdyż nie posiadały obwodów chroniących przed przepięciami, a skoro nie funkcjonowały, to nie replikowały się i nie wykonywały tego, do czego zostały stworzone, nie było więc sensu uzupełniać ich zapasy energii.
Cholera, zamiast łazić za tą samicą, powinien był wrócić na prom. Ostrożnie zdjął żelowy opatrunek, który w formie sprayu natrysnął wcześniej na ranę. Dłoń wyglądała fatalnie, nie goiła się, rana pozostawała otwarta i jątrzyła, co oznaczało, że nie tylko nanoboty nie funkcjonowały poprawnie, ale jego własny system odpornościowy również. Musiał wrócić na statek, poczekać aż planeta ustawi się w koniunkcji z Krańcem Świata i skontaktować się z Solą. Jeśli to, co zdradziła mu sztuczna inteligencja, było prawdą, wkrótce zacznie odczuwać bardziej nie przyjemne skutki działania toksyny krążącej w jego ciele.
Otworzył klapkę komputera, dotknął kilku znaków i nad jego ramieniem wyświetliła się holomapa terenu. Kobieta przysunęła się bliżej, chyba chciała przyjrzeć się mapie. Wato obrócił się wokół własnej osi i ruszył szybkim krokiem przed siebie, nie mógł dłużej zwlekać, czas karencji minął, teraz liczyła się każda jednostka czasu. Podążał za wskazaniami komputera, nie zważając na to, co dzieje się za nim. Przyśpieszona akcja serca ułatwiała jedynie rozprzestrzenianie się po organizmie trucizny i wkrótce Yautjańczyk zwolnił. Brakowało mu tchu, a obraz okolicy począł się rozmazywać. Przystanął na chwilę, spojrzał na wskazania, z trudem ogniskując na nich wzrok, skorygował kierunek i ruszył dalej. Najtrudniejszy odcinek drogi wciąż był przed nim, prom znajdował się, bowiem na płaskowyżu, na który trzeba było się wspiąć. Rumowisko pomarańczowych kamieni osypujących się przy każdym kroku nie ułatwiało sprawy, na szczęście oprócz pionowej ściany urwiska znajdowało się tu też łagodne zbocze, po którym Wato – po przybyciu – zszedł w dolinę. Teraz musiał wrócić tą samą drogą. Wspinał się, dosłownie czując, jak z każdym krokiem uchodzi z niego energia, a zakończenia nerwowe w dłoniach palą jakby wsadził palce w ogień. Sola mówiła, że tak będzie, ale Wato nie spodziewał się, że tak trudno będzie mu to znieść, był w końcu przyzwyczajony i odporny na ból – tak mu się przynajmniej wydawało.
Spod jego stóp osunął się spory głaz i potoczył w dół, wywołując przy tym małą lawinę. Zaraz po tym z tyłu dobiegł krzyk strachu i bólu. Wato obejrzał się, spotkana w lesie istota podążała za nim. Nie spodobało się mus się to, nie w sytuacji, w której się znalazł. Podniósł niewielki kamień i cisnął nim w istotę. Na szczęście dla niej koordynacja oko ręka nie działała już tak dobrze jak zazwyczaj i kamień minął jej głowę o kilkanaście centymetrów. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego przestraszona, dopiero co spowodowana przez niego lawina zmusiła ją, by gwałtownie odskoczyć w bok, uderzając przy tym biodrem o twardą skałę, a teraz ni z tego ni z owego rzuca w nią kamieniami jak jakiś wstrętny dzieciak! To już przesada! Gdyby nie zniszczył jej robota, po tym jak go odwołała, maszyna zaprowadziłaby ją do bazy i nie musiałaby wlec się za nim pod tę górę. Nawet jeśli nie pokaże jej mapy, ze wzniesienia musi roztaczać się widok na dolinę, będzie wiedziała, w którym kierunku iść, by wrócić do domu.
Kolejny kamień przeleciał obok, a za nim posypała się wiązanka w twardym charczącym języku. Barbara wystawiła środkowy palec i odkrzyknęła:
– Ja ciebie też! – Po czym udała, że zawraca. Chwilę później wspinała się z powrotem za obcym, trzymając spory dystans i starając się nie wywoływać żadnych dźwięków.
Na szczycie dostrzegła, że obcy znowu grzebie w urządzeniu na swoim ramieniu. Dostrzegła coś jeszcze... Na płaskim, skalistym terenie ścielił się głęboki cień, ale kobieta nie dostrzegła niczego, co mogłoby go wytwarzać. Nad nimi nie było ani jednej chmury. Nagle w miejscu ciemnej plamy dosłownie z znikąd pojawił się pojazd latający. Musiał być tam przez cały czas niewidoczny dla jej oczu. Barbara nie miała zbyt dużego doświadczenia i wiedzy technologicznej, ale w jej ocenie pojazd ten był za mały do przemierzania przestrzeni między gwiezdnych. Może Obcy przybył z sąsiedniej planety, a może w ogóle pochodził stąd, a oni zostali okłamani? Obcy, słaniając się na nogach, wszedł do wnętrza pojazdu.

Wszystko się zamazywało: podłoga, ściany, kokpit i wskazania na monitorze. Spieszył się, jak mógł, ale obawiał się, że nie zdarzy.
– Sola – wychrypiał do mikrofonu, nie zastanawiając się, czy jego przekaz dotrze do odbiorcy. – Potrzebuję nowego nanoroju, mój przestał działać, chyba uszkodziłem królową.

Odpowiedź nie przyszła od razu, tak jak jego przekaz nie od razu trafił do celu. Po chwili spędzonej na masowaniu drętwiejącej rannej ręki, Wato usłyszał głos Soli.
– Wysyłam.
To wszystko, co miała do powiedzenia, chwilę później na radarze pojawił się obraz obiektu mknącego z niewiarygodną prędkością. Yautjanczyk śledził jego lot, obiekt miał wylądować na płaskowyżu w pobliżu promu. Wato uderzył zdrową pięścią w kokpit, Sola nie ukryła sądy za kamuflażem, a kierując obiekt jak najbliżej promu, zdradziła jego pozycję. Chyba nie była zadowolona z przebiegu polowania. Poprzez bardzo czułe kamery zawsze biernie w nim uczestniczyła, bawiło ja ono równie mocno, jak kiedyś jego. Umówili się jednak, że nie będzie się wtrącała. Teraz to mogło się zmienić. Komputer zasygnalizował, że obiekt wylądował. Wato podźwignął się z fotela i upadł na podłogę. Warknął wściekłe. Jednego był pewien, nie zdechnie na podłodze jak jakiś nieudacznik z ETY. Odczepił włócznię i, podpierając się na niej, wyszedł na zewnątrz. Kapsuła wylądowała kilkadziesiąt metrów dalej. Kuśtykając, dotarł do niej, otworzył zasobnik i wydobył stalowy pojemnik – to było najprostsze. Wewnątrz znajdowała się fiolka z jego własną krwią, w której żył rój nanobów. Palce Wato były tak sztywne, że prawie nie mógł nimi poruszać, z trudem wydłubał fiolkę z pojemnika i spróbował umieścić ją w aplikatorze, ale wypadła mu i potoczyła się po ziemi.
– Nie! – ryknął, opadając na skalisty grunt i czołgając się w jej stronę. W oddali majaczyła postać przyglądającej mu się kobiety. Podciągnął się na łokciach i zdrową ręką sięgnął po fiolkę.
– Niech cię szlak, Sola – wyszeptał, czując, że z bólu traci władzę nad ciałem. Nie mógł się już poruszyć. Świat wokół niego istniał i tego był świadomy.

– Nie, nie umrzesz – przypomniał sobie słowa Soli, które wypowiedziała po tym, jak próbował się wysadzić. Gdy dotarło do niej, co robi, nanoboty sprzężone z centralnym układem nerwowym po prostu zablokowały przekazywanie impulsów i ciało Wato padło porażone na podłodze.
– Będziesz świadomy wszystkiego, co będzie się działo wokół ciebie, będziesz cierpiał, ale nie umrzesz.

Na tym polegało jego przekleństwo, gdzieś, kiedyś, na bezdrożach Wszechświata spotkał porzucony okręt, nigdy nie dowiedział się, kim byli jego budowniczowie, ani co się z nimi stało i wątpił, by miał się tego kiedykolwiek dowiedzieć. 

sobota, 13 sierpnia 2016

III

Wato, goniąc po lesie za uciekającą istotą, dostrzegł wreszcie pojawiający się między drzewami biały skafander. Odbił wówczas w lewo i przyspieszył. Postanowił zastąpić jej drogę, przestraszyć, może zranić i skierować w inną stronę.
Wypadł w wielkim susie w miejscu, w którym spodziewał się dopaść istotę i doskoczył do skafandra. Ten brył jednak pusty, zawieszony za kaptur niczym przynęta. Wato poczuł, że jeżą mu się włosy na głowie. W lesie feeria dźwięków wydawanych przez jego mieszkańców i szum drzew zagłuszały powolne skradanie się właściciela skafandra. Zielone, zmodyfikowane tęczówki Wato przesuwały się z prawej na lewą, gdy rozglądał się po okolicy, a niczego nie dostrzegłszy, postanowił przyjrzeć się pozostawionemu ubraniu. Spodziewał się zaawansowanej technologii, czegoś, co sam miał na sobie, nie zaś worka, którego jedyną funkcją było odizolowanie od świata zewnętrznego. W ocenie Wato tkanina była zbyt cienka, nie posiadała regulacji temperatury, a hełm nie miał wizyjnych filtrów. Więc było to tylko doraźne zabezpieczenie w razie, gdyby któraś z roślin była toksyczna. Łowca odłożył  skafander, przecież istota nie mogła odejść daleko, musiała być w pobliżu, może przyglądała mu się z ukrycia?

Spod dużych, baldachowatych, żyłkowanych liści inna para oczu przyglądała się poczynaniom Obcego. Do tej pory nie spotkali na swojej drodze nawet śladów inteligentnych istot i zaczęli już podejrzewać, że nigdy na nich nie natrafią. Wszechświat bowiem był tak stary, że istoty takie mogły już nie istnieć, a tym czasem – można by rzec, na wyciągnięcie ręki – stał przedstawiciel takiej właśnie cywilizacji. Istniały procedury opisujące, co należy zrobić w przypadku takiego spotkania, ale tak naprawdę niewielu wierzyło, że kiedykolwiek się one przydadzą. Obserwując go teraz, istota rozważała, czy postąpiła słusznie, wzywając robota bojowego. Być może tym głupim posunięciem przyczyni się do wybuchu wojny? W końcu nie zna jego intencji, zniszczył maszynę w obronie własnej. Chociaż z drugiej strony nie musiał tego robić, w końcu robot został odwołany.
Leżąc płasko na ziemi, istota podziwiała niewątpliwie wspaniałą budowę Obcego, której nie był w stanie ukryć ubiór. Pomimo sporego wzrostu poruszał się lekko i zwinnie, nie wykazując oznak zmęczenia. Istota spostrzegła, że Obcy, przykucnąwszy, przygląda się śladom pozostawionym przez nią na ziemi. Nagle podniósł wzrok i spojrzał w głęboki cień, w którym się ukrywała, miała wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały i że on ją widzi.

Wato przestał przyglądać się sporej roślinie o baldachowatych liściach, która budziła w nim dziwny, nie określony niepokój i skupił się na śladzie stopy odbitej w miękkiej ziemi. Przyłożył do niej swoją dłoń, ślad był mniejszy i płytki, istota, która go zostawiła, ważyła znacznie mniej niż on. Zaczął się zastanawiać nad moralnym aspektem polowania na taką ofiarę.
Z oddali dobiegł warkot silnika, coś zbliżało się bardzo szybko. Łowca wycofał się w gęste krzaki rosnące tuż przy baldacholistnej roślinie. Nad koronami drzew pojawił się niewielki zwiadowczy dron.


Szukali jej. Protokół bezpieczeństwa nakazywał kontakt z bazą co pół godziny, po tym czasie zakładano, że wydarzyło się coś złego i niezbędna jest interwencja. Znali jej wcześniejsze położenie i z pewnością odkryli już uszkodzonego robota. Za jakiś czas do lasu wyruszy grupa poszukiwawcza. Istota miała ochotę wyskoczyć z ukrycia i dać znać, że jest właśnie tu, ale obawiała się Obcego, a on z tego, co zauważyła, obawiał się ich. Wycofawszy się w ukrycie, obserwował przelatującego drona, jednocześnie majstrując coś przy urządzeniu na lewym ramieniu. Po chwili jego twarz rozświetliła intensywna, czerwona poświata padająca z urządzenia, a nad ich głowy powrócił dron. Istota spróbowała spojrzeć w górę, ale widok przesłaniały jej liście, pod którymi się ukrywała. Dron odleciał, a wraz z nim zniknął Obcy. Istota poczuła, że wpada w panikę, przedtem chociaż wiedziała, gdzie on jest i co robi. Teraz mógł być wszędzie. A może dron go wystraszył i odszedł? Nie. Nie mogła ryzykować, postanowiła zaczekać pomimo tego, że pozycja była bardzo niewygodna. Obserwowanie ograniczonego pola, w którym jedynym odznaczającym się obiektem był skafander i nasłuchiwanie było na tyle nudnym zajęciem, że istota w końcu przymknęła oczy i zasnęła.
Obudziła się, gdy słońce było już nisko, a las zaczął się wypełniać długimi cieniami i pomarańczową barwą światła. Skafander zniknął. To było jak cios, bo albo zabrał go Obcy – co mogło oznaczać, że wciąż jest w pobliżu – albo zrobiła to ekipa ratunkowa, a ona przespała ich nadejście i znowu została sama. Postanowiła opuścić kryjówkę, pozostawanie w niej dłużej nie miało sensu, ekipa, jeśli tu była, to już nie wróci.
Zaczęła się zastanawiać, skąd przyszła? Drzewa i krzewy wyglądały podobnie, nie miała pojęcia, w którą stronę powinna iść. To robot miał GPS i zainstalowaną mapę topograficzną terenu, prowadził ją zawsze do celu i z powrotem. Ruszyła przed siebie, nie mogła być przecież daleko od kolonii.
Nocą las ożywał dźwiękami, których wcześniej nie słyszała, niektóre były straszne, inne wręcz przyjemne dla ucha. Wycieńczona istota postanowiła odpocząć, poruszanie się po tym terenie nie było łatwe bez robota, który dosłownie wycinał drogę w gąszczu, przedzieranie się przez krzaki stanowiło nie lada wyzwanie. Zmęczona wpełzła pod drzewo i, zwinąwszy się w kłębek na suchych, opadłych liściach przypominających igły, w ciszy czekała na sen. Nie myślała o dniu jutrzejszym, nie planowała, wierzyła, że przetrwa i szczęśliwie wróci do domu.

Wato, ukrywszy się w koronie drzewa, postanowił jeszcze chwilę zaczekać. Dron zatoczył koło nad miejscem, w którym się znajdował. Łowca podejrzewał, że operator maszyny dostrzegł biały skafander, być może miał nadzieję, że znalazł zaginionego towarzysza. Po chwili maszyna odleciała w kierunku, z którego przybyła.
Kontrolki na ekranie mini komputera wskazywały gotowość, ładunek, którym Wato unieruchomił robota bojowego, na szczęście nie uszkodził obwodów jego własnego komputera. Łowca postanowił nie marnować czasu na uganianie się za nieporadną istotą i, odczekawszy chwilę, ruszył do miejsca, w którym stoczył swoją pierwszą walkę na tej planecie. Spodziewał się, że za jakiś czas pojawią się tu ciekawsze cele, i nie mylił się. 
Prowadzona przez bojowego robota trzy osobowa grupa zjawiła się jakiś czas po tym, gdy on, zapoznawszy się z terenem, usadowił się na drzewie i czekał. Istoty różniły się między sobą wzrostem, tyle był w stanie stwierdzić i, podobnie jak pierwszy napotykamy osobnik, istoty te pokładały wielkie zaufanie w prowadzącej je maszynie. Łowca nie zamierzał czekać, aż zostanie wykryty, gdy tylko istoty zajęły się oględzinami unieruchomionego wcześniej robota, Wato cisnął kolejną minę wprost na stalowy korpus robota i jak poprzednio bojowa maszyna padła porażona. Istoty poderwały się z klęczek na równe nogi i, mierząc z karabinów w krzaki, próbowały odnaleźć tego, kto je zaatakował. Łowca ukryty za kamuflażem przyglądał się ich reakcji. Z pewnością byli zdezorientowani, ale nieprzerażeni. Wato zeskoczył z konara i, otwarłszy podwójne ostrza, ruszył ku grupie. Niewidzialny dla pozbawionych specjalistycznych gogli oczu zaatakował najbliżej stojącą istotę i, przebiwszy jej pierś, pociągnął unieruchomione ciało w głąb lasu. Zaskoczeni towarzysze w pierwszej chwili nie oddali ani jednego strzału, dopiero po czasie rozległy się dźwięki odbijające się echem po lesie.
Odciągnąwszy charczącą ofiarę na bezpieczną – jak mu się zdawało – odległość, Yautjańczyk wyszarpnął ostrza z jej piersi i począł z zaciekawieniem przyglądać się wyrazowi przerażenia na jej twarzy. W ocenie Wato upolowana istota była paskudna z gęby, choć wykazywała zaskakujące podobieństwo do niego samego. Głowę istoty pokrywało futro, czoło miała niskie i gładkie, a spod łuków brwiowych spoglądały na łowcę oczy o ciemnych tęczówkach. Wato przykucnął obok ofiary, chciał lepiej jej się przyjrzeć, interesowały go zwłaszcza zęby, bo świadczyły o sposobie odżywiania się. Ostrzem noża odchylił górną wargę i w ostatniej chwili sparował cios wymierzony prosto w swoją szyję. Pochwyciwszy uzbrojoną rękę swojej ofiary, przydusił ją, a potem przybił do ziemi własnym długim nożem. Ofiara zawyła z bólu i, pochwyciwszy za rękojeść yautjańskiego noża, spróbowała wyszarpnąć go z rany. Wato podniósł upuszczoną broń istoty i ze stoickim spokojem przygwoździł jej drugą rękę. Unieruchomiwszy ofiarę, wprawnie rozdał porywające jej pierś odzienie. Uderzyło go to, jak bardzo byli podobni. Skanowanie pokazało, że nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrzne układy organów, kości i mięśnie były prawie identyczne, choć różniły się rozmiarem. Po skanowaniu Łowca doszedł do wniosku, że upolował męskiego przedstawiciela tego dziwnego gatunku. Zaczął się nawet zastanawiać, czy Sola celowo obrała ich za cel, by zagrać na jego uczuciach. Może chciała zobaczyć, czy będzie w stanie zabijać ich bez skrupułów? Tylko że on stracił motywację już jakiś czas temu, a brak udział w wyprawach tylko po to, by wyrwać się ze statku. Po co gromadzić trofea, gdy nie ma ich kto podziwiać? Gdy chwała zamieniła się w przekleństwo? Może obserwuje go teraz kamerami termowizyjnymi i jest z siebie zadowolona. Widzi, że on się waha, że nie działa tak szybko jak zawsze.
Oddech ofiary był płytki i urywany, co róż przerywał go kaszel, płuca mężczyzny wypełniała krew, topił się. Wato porzucił go, stracił ochotę do walki, ogarnęła go złość na Solę i jej psychologiczne gierki.

Wrócił do miejsca, w którym ukrywała się pierwsza napotkana istota, uruchomiony komputer ułatwił namierzenie jej w miejscu, w którym podejrzewał, że się ukryła. By jej nie zbudzić, Wato wykonał tylko skanowanie, istota różniła się od tej upolowanej budową, wzrostem, wagą i płcią. Nie była też tak uzbrojona jak tamci i nie stanowiła dla niego zagrożenia. Postanowił poczekać, aż się zbudzi, a potem podążyć za nią w niewielkiej odległości. 

czwartek, 11 sierpnia 2016

II

Prom z Łowcą wylądował na trawiastym płaskowyżu rozciągającym się kilometrami wokół doliny wcinającej się w niego zakrzywionym klinem. Jej dno porośnięte było bujnym, zielonym lasem, który zaczynał się tuż poniżej stromych, skalnych zboczy i ciągnął się aż po horyzont, doskonale widoczny z tego miejsca.
Łowca, stojąc pośród traw gnących się płynnie, niczym fale, nawet pod najmniejszym podmuchem wiatru, wciągnął powietrze do płuc. Po modyfikacjach Soli i przy współudziale jej nanomaszyn w miejscu takim jak to, nie musiał korzystać z maski tlenowej. Płuca same radziły sobie z większością atmosferycznych mieszanek na planetach kwitnących życiem, a wszelkie trujące związki były dezaktywowane przez maszyny wielkości kilku atomów.
Na horyzoncie, pośród drzew ukrytych w mroku, majaczyły światła kolonii. Wato przysiadł na sporym, pomarańczowym głazie, który oderwał się od równie pomarańczowego urwiska za nim. W tym miejscu roślinność nie pokrywała zbocza, więc nic nie przeciwdziałało erozji. Kamień wciąż był ciepły, nagrzany od mocno operującego w dzień słońca. Myśliwy przyglądał się światełkom w oddali, kusiły obietnicą spotkania istot inteligentnych i żywych. Wato przesiedział tak pół nocy, delektując się widokami, dźwiękami i zapachami, które w sterylnych statkowych warunkach po prostu nie istniały. W końcu jednak postanowił wyruszyć i przekonać się, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.
Światło już, a on był – według szacunków komputera – w połowie drogi. Nie maszerował, lecz skradał się, często przystając i nasłuchując. Nie wiedział, jakie środki ostrożności powzięli osadnicy. Kroczył cicho, wprawnie wymijając przeszkody, a gdy zbyt bujna roślinność nie pozwalała poruszać się po ziemi, wytyczał wzrokiem trasę wśród konarów drzew i podążał nią.
Szybując wysoko nad ziemią, pośród leśnego podszytu przez ułamek sekundy dojrzał coś, co wzbudziło jego zainteresowanie i niepokój – białą plamę wśród soczystej zieleni. Zatrzymał się, ogniskując wzrok na wybranym znaku holoekranu maski, wyświetlany obraz powiększył się kilkukrotnie, a biała plama stała się przygarbioną sylwetką, w której Wato rozpoznał istotę dwunożną. Yautjanczyk rozejrzał się po okolicy, wydawało mu się dziwne, że istota jest tutaj sama.

Czyżby czuła się aż tak bezpiecznie?

Minęła dłuższa chwila, podczas której Wato obserwował, a istota nieprzerwanie wykopywała niewielkie rośliny i umieszczała je w pojemnikach. Nic się nie wydarzyło, więc Łowca opuścił swoją kryjówkę pośród korony rozłożystego drzewa i zaczął podchodzić napotkaną istotę od tyłu. Wyłączył kamuflaż, chciał się przekonać, jak zareaguje? Skanowanie nie przyniosło efektu, biały kombinezon odbijał fale, ukrywając swoją zawartość. Wato ryzykował, nie wiedząc, czy istota jest uzbrojona. Podszedł bardzo blisko, istota sięgała właśnie po jeden z pojemników na nowo wykopaną roślinę, gdy w gładkim, wypolerowanym wieczku dostrzegła czającego się za nią olbrzyma. Odwróciła się gwałtownie, krzycząc coś w nieznanym Wato języku. Jej głos, tak podobny do głosy Soli, zbił Yautjańczyka z tropu. Nagle z zarośli wyskoczyła czteronożna maszyna. Wato zrozumiał, że musi działać błyskawicznie – z nad jego ramienia wychynęło działko plazmowe i prawie natychmiast wystrzeliło. Bojowa maszyna przeturlała się na bok, unikając trafienia, sama jednak nie zaatakowała. Wato wystrzelił ponownie i znów maszyna wykonała błyskawiczny unik, tym razem jednak przykucnęła na tylnych nogach, jakby szykowała się do skoku. Łowca zrozumiał, że to obecność jego niedoszłej ofiary na linii ognia powstrzymuje maszynę przed użyciem broni tak ostentacyjnie umieszczonej na jej plecach. Uruchomił kamuflaż w chwili, w której robot wybił się i poszybował w jego stronę. Zdołał odskoczyć. Maszyna, straciwszy go z pola widzenia, poczęła krążyć jak dzikie zwierzę w klatce. Łowca musiał zaufać futurystycznej technologii Soli. Nie cofnął się nawet o milimetr, gdy robot przeczesując teren, przeszedł obok niego.
W tym czasie istota w białym kombinezonie w pośpiechu zbierała swoje rośliny i pakowała je do skrzyni. Nieoczekiwanie stała się wyjątkowym wyzwaniem. Wato w duchu przeklinał swoją arogancję, gdyby zapoznał się z wywiadowczymi danymi Soli, nie znalazłby się w tak trudnym położeniu.
Serwosilniki napędzające maszynę wydawały nieprzyjemne zgrzyty za każdym razem, gdy zmieniała kierunek niespokojnego marszu. Wato przeczuwał, że w końcu go znajdzie. Zapadła cisza, robot przystanął gdzieś za jego placami, poza zasięgiem wzroku. Łowca odwrócił głowę, by lepiej widzieć. Zrobił to w chwili, w której coś, co można było nazwać łbem robota, z przodu maszyny przesunięto się na tył, tym samym z tylnych nóg tworząc przednie. Wato zrozumiał, że jedynym ograniczeniem tej maszyny byłaby skromna wyobraźnia jej konstruktora, lecz temu najwyraźniej jej nie brakowało. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Sięgnął do schowka umieszczonego na lewym ujdzie, zacisnął palce na umieszczonym tam przedmiocie i poczuł, że traci grunt pod nogami, a pionowo rosnące do tej pory drzewa zdają się kłaść niczym zapałki. Wylądował na brzuchu, zbroja Soli trochę zamortyzowała uderzenie, ale ból był na tyle silny, że aż go zemdliło. Nie mógł nad tym zapanować, zdjął mąkę, dezaktywując kamuflaż, i zwymiotował na trawę.
– Cholera – zaklął na głos.
Na reakcję robota nie musiał długo czekać, maszyna w mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim, unosiła zakończone czterema szponiastymi palcami odnóże, jakby chciała wyrwać mu serce. Wato rzucił się przed siebie i, wykonawszy fikołka, znowu stanął na nogach, w prawej dłoni dzierżąc gotowe do strzału działko. Wypalił, błękitny pocisk stopił lufę karabinu na plecach maszyny, czyniąc go bezużytecznym. Trafienie tylko na chwilę opóźniło robota. Zaraz po tym Wato leżał na plecach dosłownie przygwożdżony przez palczastą dłoń maszyny. Dwa stalowe szpony przeszyły dłoń i ramię w połowie odległości między łokciem a nadgarstkiem. W tym momencie rozległ się głos istoty w białym skafandrze. Bojowa maszyna odstąpiła i, przycupnąwszy na tylnych nogach niczym pies, odwróciła łeb do wołającej ją istoty.
„Drugiej okazji nie będzie” – pomyślał Wato i, poderwawszy się z miejsca, cisnął trzymanym przedmiotem w robota. Niewielka mina przylgnęła do pancerza, a potem wypuściła z siebie skumulowany ładunek elektrostatyczny. Jeszcze przez kilka sekund na powierzchni maszyny przeskakiwały wyładowania, a potem zapanowała cisza przerywana jedynie przyspieszonym oddechem Wato. Jeśli każdy z dwudziestu pięciu mieszkańców kolonii posiadał taką maszynę, to będzie to najtrudniejsze polowanie w jakim Wato brał udział.
Zerknął ostatni raz na robota – z przepalonymi obwodami i usmażonym procesorem raczej się nie aktywuje. Rozejrzał się, po istocie pozostały tylko porzucone pojemniki z roślinami. Łowca podniósł maskę, po czym podszedł do porzuconej skrzyni. W wysokiej, bujnej roślinności wyraźnie zaznaczyła się trasa ucieczki. Wato podążył tym tropem, nie musiał się nawet wysilać i po pewnym czasie doszedł do wniosku, że ofiara celowo zostawia tak widoczny ślad.

Ta istota w jawny sposób go obrażała.

Warkną ze wściekłości. Nie mógł puścić takiej zniewagi płazem. Uniósł skaleczoną dłoń, by lepiej jej się przyjrzeć, wyglądała źle i nie goiła się. Nic dziwnego, nanoboty Soli również zostały poddane destrukcyjnej sile elektromagnetycznej miny. Będzie musiał opatrzyć ranę w tradycyjny sposób. Ale najpierw musi spowolnić ucieczkę ofiary. Spryskał ranę opatrunkiem w spreju i pobiegł śladem istoty.

sobota, 23 lipca 2016

I

Wato przymknął powieki, gdy poczuł ucisk grubej igły, która przebiła jego skórę; niegdyś mlecznobrązową i nakrapianą niczym skały z terenów, z których pochodził na rodzinnej planecie. Otworzył je dopiero wtedy, gdy ramię robota medycznego zwisającego spod sufitu, jak ogromna biała ośmiornica, cofnęło się. Maszyna sterowana centralnym komputerem poddała jeszcze skanowaniu całe ciało Yautjańczyka, a nie wykrywszy żadnych niepokojących zmian spowodowanych długą hibernacją, powróciła na swoje miejsce, by pozostać w uśpieniu aż do kolejnego badania. Wato mierzący niespełna dwa metry wzrostu wydawał się drobny w porównaniu do skali, w której zbudowane zostało to pomieszczenie, jego wszystkie sprzęty i statek, na którym się znajdował. Cała maszyneria Krańca Świata automatycznie dopasowywała się do wzrostu Łowcy, więc i tym razem nie miał trudności z opuszczeniem medycznej leżanki. Gdy tylko jego obute stopy dotknęły syntetycznej podłogi, łóżko wystrzeliło na wysokość ramion Predatora.
Warknięcie, coś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem wydobyło się z jego gardła i odbiło się echem od pustych, jasnych ścian. Istota, do której było skierowane, milczała. Wato opuścił więc pomieszczenie i wewnętrzną kolejką transportową udał się na dziób statku, gdzie znajdowała się sterownia. Chociaż, jak myślał Yautjański myśliwy, to nie była dobra i adekwatna nazwa. Być może dawniej można było z tego miejsca sterować okrętem, ale obecnie centrum decyzyjne znajdowało się daleko stąd, ukryte wewnątrz przepastnych pokładów Krańca Świata. 

Po krótkim i gwałtownym przyspieszeniu, które wciskało w fotel kolejki, następowało łagodne hamowanie. Wagonik zatrzymał się, a drzwi stanęły otworem wprost na sferyczny mostek. Hologram rzutował na ściany obraz galaktyki, w której się obecnie znajdowali. Wato spojrzał na wizerunek powoli obracającej się spirali. Gdzieś tam był jego świat. Ile minęło czasu, odkąd zawarł ten przedziwny pakt z istotą-maszyną-demonem? Wieki? Tysiąclecia? Czy jego planeta jeszcze istniała? Czy kiedykolwiek na nią wróci? Jaki cel wyznaczyła istota? Może stoczy swą ostatnią walkę?
Widok galaktyki rozciągnął się na całą sferę i, obrawszy jeden punkt, stałe się powiększał, by ukazać w końcu lazurową planetę. Wato poluzował zapięcie bluzy kombinezonu, jej wysoka stójka uciskała gardło. Ściśle przylegający strój uwydatniał muskularną sylwetkę Wato, a włosy spięte wysoko na głowie odsłaniały kark i ślad po wszczepieniu implantu korowego, który umożliwiał kontakt z Solą, centralnym komputerem Krańca Świata.

Pytanie zadane w myślach znowu pozostało bez odpowiedzi, musiał wypowiedzieć je na głos:
– Jaka jest populacja?
– Gatunki endemiczne siedemnaście milionów pięćset dwadzieścia trzy tysiące dziewięćset czterdzieści jeden – odpowiedział mu głos, który mógł równie dobrze należeć do dziecka, jak i kobiety.
– Pytałem o cel? – sprecyzował. Czasami maszyna nie rozumiała jego przekazów, zwłaszcza tych niewerbalnych.
– Potencjalnie jest trzydzieści gatunków. Ale nas interesuje dwudziestopiecioosobowa populacja inteligentnego, zaawansowanego technicznie gatunku. Zebrałam już niezbędne dane, podczas gdy ty spałeś.
– Mogłaś mnie wybudzić.
– Nie byłeś do tego niezbędny – odparła, ignorując lub nie rozumiejąc pretensjonalnego tonu Wato. – Gatunek jest stosunkowo młody – kontynuowała. – Dopiero zaczyna się rozprzestrzeniać po sąsiednich układach. Populacja na tej planecie to niewielka kolonia. Inteligencja i technologia będą stanowiły dodatkowe, niewielkie wyzwanie.
Wato prychnął. Niewielkie wyzwanie? A może solidne zagrożenie dla życia? Pomyślał.
– Zlecę maszynom przygotowanie twojego sprzętu  mówiła dalej.
– Nie! Dobrze wiesz, że zawsze robię to sam – zaprotestował Yautjańczyk, przyglądając się z uwagą obrazowi powoli obracającej się planety.
– Nie ufasz mi? – zapytała maszyna, modulując dźwięk tak, aby jej głos zabrzmiał jakby wypowiadało je dziecko. 
– Ani trochę – odparł chłodno Wato.
Mapa zgasła, Sola coraz częściej miewała nastroje tak bardzo upodabniające jej cybernetyczno-bioniczny mózg do umysłu żywej, świadomej swego istnienia i cielesności istoty.
Yautjańczyk pozostał sam, w ciemności kierunek ewakuacji wskazywały blado świecące listwy przy podłodze. Łowca opuścił mostek i znowu zajął miejsce w kolejce, nie spieszyło mu się, ale piesze pokonanie dystansu zajęłoby mu kilka cennych godzin, które wolał poświęcić na sprawdzenie ekwipunku i aklimatyzację na planecie.

Zbroja spoczywała na stojaku, tak jak ją zostawił; ale to nie był ten sam pancerz, który chronił go podczas pierwszych wypraw, to nawet nie była czysta i szlachetna stal, lecz mieszanka wysoko wytrzymałych, syntetycznych polimerów. Wato dotknął dłonią napierśnika, cienka warstwa zewnętrzna przybrała natychmiast kolor skóry na jego dłoni. Nic już nie było takie same. W skupieniu sprawdził pozostały osprzęt, a gdy miał pewność, że wszystko jest w porządku, wezwał Solę. Inteligencja odpowiedziała natychmiast, opuszczając z sufitu długie ramiona gotowe pomóc Yautjańczykowi w przywdzianiu zbroi. Wato uniósł dłoń, pokazując, że nie chce pomocy.
„Wczytałam informacje, które mogą ci się przydać.” Rozbrzmiało w jego umyśle.
Wato zdjął kurtkę.
– Wykasuj je, chcę zrobić to sam. Tak jak kiedyś – odparł na głos, zdejmując buty, spodnie i bieliznę. Spojrzał krytycznie na swoje odbicie, Sola znowu poddała go modyfikacji podczas snu. Ciągle coś zmieniała. Ciało Wato pokrywały już łuska, pióra, sierść, a nawet pancerz. Teraz zaś jego skóra była gładka i blada, straciła gatunkowe cechy charakterystyczne. Yautjańczyk już dawno przestał oponować, wiedział, że to nie ma sensu. Być może istniał protokół, który podporządkowałby komputer centralny jego woli, ale Wato go nie znał i nie miał dostępu do poziomów, z których można było go przeprowadzić. Milcząc, przywdział pancerz zaprojektowany i wykonany przez Solę. Zawsze, gdy go zakładał, zdumiewał go fakt, jaki był lekki i wygodny.
– Obliczyłam szacunkowy czas trwania misji – przerwała ciszę Sola. – To od dwudziestu trzech do czterdziestu sześciu godzin czasu statkowego. Wzięłam pod uwagę silny opór ze strony  obranych celów.
– Cele sam wybiorę, pod warunkiem, że uznam ich za godnych przeciwników. Twój osąd w tej sprawie nie jest dostatecznie wnikliwy. Czujniki, które wysyłasz, nic ci nie powiedzą o charakterze ofiary, jej charyzmie, samozaparciu i woli przetrwania. Dlatego pozwól, że to ja będę decydował o tym, ile będzie trwało polowanie, i czy w ogóle się odbędzie.
Ciche kliknięcie i następujący po nim zgrzyt świadczyły o tym, że wypowiedziane przez Wato słowa są poddawane analizie.
– Dobrze, po czterdziestu sześciu godzinach zrzucę ci zapasy, bo na taki czas wyposażyłam apteczkę… Pamiętaj.

Jakże mógłby zapomnieć o tym fakcie, o bólu, któremu nie można samemu zaradzić. Uruchomił naramienny komputer, przynajmniej interfejs wyglądał jak dawniej. Łowca uśmiechnął się w duchu, wiele wspomnień zatarło się już w jego pamięci, ale to, gdy po raz pierwszy przywdział własną zbroję, uruchomił komputer i poddał skanowania całą rodzinę, wciąż pozostawało żywe.

Bez pożegnania z maszyną wyszedł z pomieszczenia, wiedział, że Sola będzie mu towarzyszyła aż do opuszczenia promu na planecie. Potem kontakt będzie się odbywał tylko co jakiś czas, gdy planeta, obracając się, ustawi punkt jego pobytu bezpośrednio pod daleką orbitą, na której znajdował się Kraniec Świata.