Wato przymknął powieki, gdy poczuł ucisk grubej igły, która przebiła jego skórę; niegdyś mlecznobrązową i nakrapianą niczym skały z terenów, z których pochodził na rodzinnej planecie. Otworzył je
dopiero wtedy, gdy ramię robota medycznego zwisającego spod sufitu, jak ogromna
biała ośmiornica, cofnęło się. Maszyna sterowana centralnym komputerem poddała
jeszcze skanowaniu całe ciało Yautjańczyka, a nie wykrywszy żadnych niepokojących zmian
spowodowanych długą hibernacją, powróciła na swoje miejsce, by pozostać w uśpieniu
aż do kolejnego badania. Wato mierzący niespełna dwa metry wzrostu
wydawał się drobny w porównaniu do skali, w której zbudowane zostało to
pomieszczenie, jego wszystkie sprzęty i statek, na którym się znajdował. Cała maszyneria Krańca Świata automatycznie dopasowywała się
do wzrostu Łowcy, więc i tym razem nie miał trudności z opuszczeniem medycznej leżanki. Gdy tylko jego obute
stopy dotknęły syntetycznej podłogi, łóżko wystrzeliło na wysokość ramion
Predatora.
Warknięcie, coś pomiędzy stwierdzeniem a
pytaniem wydobyło się z jego gardła i odbiło się echem od pustych, jasnych
ścian. Istota, do której było skierowane, milczała. Wato opuścił więc
pomieszczenie i wewnętrzną kolejką transportową udał się na dziób statku, gdzie
znajdowała się sterownia. Chociaż, jak myślał Yautjański myśliwy, to nie była
dobra i adekwatna nazwa. Być może dawniej można było z tego miejsca sterować okrętem, ale obecnie centrum decyzyjne znajdowało się daleko stąd,
ukryte wewnątrz przepastnych pokładów Krańca Świata.
Po
krótkim i gwałtownym przyspieszeniu, które wciskało w fotel kolejki, następowało
łagodne hamowanie. Wagonik zatrzymał się, a drzwi stanęły otworem wprost na
sferyczny mostek. Hologram rzutował na ściany obraz galaktyki, w której się obecnie
znajdowali. Wato spojrzał na wizerunek powoli obracającej się spirali.
Gdzieś tam był jego świat. Ile minęło czasu, odkąd zawarł ten przedziwny pakt z
istotą-maszyną-demonem? Wieki? Tysiąclecia? Czy jego planeta jeszcze istniała? Czy
kiedykolwiek na nią wróci? Jaki cel wyznaczyła istota? Może stoczy swą ostatnią
walkę?
Widok
galaktyki rozciągnął się na całą sferę i, obrawszy jeden punkt, stałe się
powiększał, by ukazać w końcu lazurową planetę. Wato poluzował zapięcie bluzy
kombinezonu, jej wysoka stójka uciskała gardło. Ściśle przylegający strój uwydatniał muskularną sylwetkę Wato, a włosy spięte wysoko na głowie odsłaniały
kark i ślad po wszczepieniu implantu korowego, który umożliwiał kontakt z Solą,
centralnym komputerem Krańca Świata.
Pytanie zadane w myślach znowu pozostało bez
odpowiedzi, musiał wypowiedzieć je na głos:
–
Jaka jest populacja?
–
Gatunki endemiczne siedemnaście milionów pięćset dwadzieścia trzy tysiące
dziewięćset czterdzieści jeden – odpowiedział mu głos, który mógł równie dobrze
należeć do dziecka, jak i kobiety.
–
Pytałem o cel? – sprecyzował. Czasami maszyna nie rozumiała jego przekazów, zwłaszcza
tych niewerbalnych.
–
Potencjalnie jest trzydzieści gatunków. Ale nas interesuje dwudziestopiecioosobowa
populacja inteligentnego, zaawansowanego technicznie gatunku. Zebrałam już
niezbędne dane, podczas gdy ty spałeś.
–
Mogłaś mnie wybudzić.
–
Nie byłeś do tego niezbędny – odparła, ignorując lub nie rozumiejąc pretensjonalnego tonu Wato. – Gatunek
jest stosunkowo młody – kontynuowała. – Dopiero zaczyna się rozprzestrzeniać po
sąsiednich układach. Populacja na tej planecie to niewielka kolonia. Inteligencja
i technologia będą stanowiły dodatkowe, niewielkie wyzwanie.
Wato prychnął. Niewielkie wyzwanie? A może
solidne zagrożenie dla życia? Pomyślał.
–
Zlecę maszynom przygotowanie twojego sprzętu – mówiła dalej.
–
Nie! Dobrze wiesz, że zawsze robię to sam – zaprotestował Yautjańczyk, przyglądając się z uwagą obrazowi powoli obracającej się planety.
–
Nie ufasz mi? – zapytała maszyna, modulując dźwięk tak, aby jej głos zabrzmiał jakby wypowiadało je dziecko.
–
Ani trochę – odparł chłodno Wato.
Mapa
zgasła, Sola coraz częściej miewała nastroje tak bardzo upodabniające jej
cybernetyczno-bioniczny mózg do umysłu żywej, świadomej swego istnienia i
cielesności istoty.
Yautjańczyk pozostał sam, w ciemności kierunek ewakuacji wskazywały blado świecące listwy
przy podłodze. Łowca opuścił mostek i znowu zajął miejsce w kolejce, nie
spieszyło mu się, ale piesze pokonanie dystansu zajęłoby mu kilka cennych
godzin, które wolał poświęcić na sprawdzenie ekwipunku i aklimatyzację na
planecie.
Zbroja spoczywała na stojaku, tak jak ją
zostawił; ale to nie był ten sam pancerz, który chronił go podczas pierwszych
wypraw, to nawet nie była czysta i szlachetna stal, lecz mieszanka wysoko wytrzymałych, syntetycznych polimerów. Wato dotknął dłonią napierśnika, cienka
warstwa zewnętrzna przybrała natychmiast kolor skóry na jego dłoni. Nic już nie
było takie same. W skupieniu sprawdził pozostały osprzęt, a gdy miał pewność,
że wszystko jest w porządku, wezwał Solę. Inteligencja odpowiedziała
natychmiast, opuszczając z sufitu długie ramiona gotowe pomóc Yautjańczykowi w
przywdzianiu zbroi. Wato uniósł dłoń, pokazując, że nie chce pomocy.
„Wczytałam
informacje, które mogą ci się przydać.” Rozbrzmiało w jego umyśle.
Wato
zdjął kurtkę.
–
Wykasuj je, chcę zrobić to sam. Tak jak kiedyś – odparł na głos, zdejmując
buty, spodnie i bieliznę. Spojrzał krytycznie na swoje odbicie, Sola znowu
poddała go modyfikacji podczas snu. Ciągle coś zmieniała. Ciało Wato pokrywały
już łuska, pióra, sierść, a nawet pancerz. Teraz zaś jego skóra była gładka i
blada, straciła gatunkowe cechy charakterystyczne. Yautjańczyk już dawno
przestał oponować, wiedział, że to nie ma sensu. Być może istniał protokół,
który podporządkowałby komputer centralny jego woli, ale Wato go nie znał i nie
miał dostępu do poziomów, z których można było go przeprowadzić. Milcząc,
przywdział pancerz zaprojektowany i wykonany przez Solę. Zawsze, gdy go
zakładał, zdumiewał go fakt, jaki był lekki i wygodny.
–
Obliczyłam szacunkowy czas trwania misji – przerwała ciszę Sola. – To od
dwudziestu trzech do czterdziestu sześciu godzin czasu statkowego. Wzięłam pod
uwagę silny opór ze strony obranych
celów.
–
Cele sam wybiorę, pod warunkiem, że uznam ich za godnych przeciwników. Twój osąd
w tej sprawie nie jest dostatecznie wnikliwy. Czujniki, które wysyłasz, nic ci
nie powiedzą o charakterze ofiary, jej charyzmie, samozaparciu i woli
przetrwania. Dlatego pozwól, że to ja będę decydował o tym, ile będzie trwało
polowanie, i czy w ogóle się odbędzie.
Ciche kliknięcie i następujący po nim zgrzyt
świadczyły o tym, że wypowiedziane przez Wato słowa są poddawane analizie.
–
Dobrze, po czterdziestu sześciu godzinach zrzucę ci zapasy, bo na taki czas
wyposażyłam apteczkę… Pamiętaj.
Jakże mógłby zapomnieć o tym fakcie, o bólu,
któremu nie można samemu zaradzić. Uruchomił naramienny komputer, przynajmniej
interfejs wyglądał jak dawniej. Łowca uśmiechnął się w duchu, wiele wspomnień
zatarło się już w jego pamięci, ale to, gdy po raz pierwszy przywdział własną
zbroję, uruchomił komputer i poddał skanowania całą rodzinę, wciąż pozostawało
żywe.
Bez pożegnania z maszyną wyszedł z pomieszczenia,
wiedział, że Sola będzie mu towarzyszyła aż do opuszczenia promu na planecie. Potem
kontakt będzie się odbywał tylko co jakiś czas, gdy planeta, obracając się,
ustawi punkt jego pobytu bezpośrednio pod daleką orbitą, na której znajdował się
Kraniec Świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz