poniedziałek, 26 września 2016

V


Barbara przeklęła w duchu tę swoją skłonność do altruizmu, to, że nie potrafiła przejść obojętnie obok potrzebujących, sprawiało, że ludzie bez skrupułów ją wykorzystywali, a ona w milczeniu godziła się na to. Zerknęła na kopuły dachów widocznej w oddali kolonii, nie mogła uwierzyć, że odeszła aż tak daleko. W swojej naiwności wierzyła, że teraz wróci tam bezpiecznie, kierując się prosto jak z bata strzelił. Ale najpierw musi pomóc potrzebującemu.
– Głodnych nakarmić, nagich przyodziać, potrzebującym dopomóc – wyrecytowała, podchodząc ostrożnie do leżącego na ziemi Obcego. Stanąwszy tuż obok niego, poczęła bacznie mu się przyglądać w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję, a nie doczekawszy się niczego, sięgnęła po fiolkę wypełnioną zielonym, fosforyzującym płynem. Zmarszczyła brwi, przyglądając mu się pod światło. To musiało być jakieś lekarstwo, inaczej ten biedak nie starałby się za wszelką cenę je odzyskać. Odwróciła Obcego na plecy, wydając przy tym dziwny, nieartykułowany dźwięk. Jego ciało było ciężkie, ale aplikator znajdował się pod nim. Barbara przyjrzała się urządzeniu, przypominało te, które sami stosowali. Fiolka wpasowała się w nie bez oporu i już po chwili kobieta wzrokiem wyszukiwała miejsca do wkłucia. Niestety szczelny ubiór obcego nie ułatwiał sprawy. W końcu zdecydowała, że idealnym miejscem będzie kawałek odsłoniętej skóry na szyi.
– Już bardziej mu nie zaszkodzę pomyślała naciskając spust, zawartość fiołki przelała się do ciała nieprzytomnego, jak się zdawało kobiecie, Obcego. Czekała na jakiś efekt, ale nic się nie stało. Może było już za późno i Obcy nie żył? Przycisnęła palce do jego szyi w nadziei, że wyczuje puls. Przez myśl przebiegło jej, że może jednak byłoby lepiej, grzyby umarł.

Wato świadomy tego, co się dzieje, w napięciu oczekiwał na efekty pracy nowego roju. Ból jeszcze nie ustał, ale czucie już wracało, więc gdy poczuł na skórze dotyk ciepłych palców, wstąpiła w niego jakby dodatkowa siła, błyskawicznie pochwycił w nadgarstku cofającą się dłoń i pociągnął. Zbyt mocno, jak się okazało, gdyż kobieta z krzykiem przerażenia upadła wprost na niego. Poderwała się zaraz, odpychając się od jego piersi i szarpnęła uwięzioną ręką, na próżno. Wato nie poluzował uścisku. Powtarzając wkoło te same słowa, kobieta próbowała rozprostować jego palce, które jak stalowa obręcz zaciskały się na nadgarstku. To go nawet bawiło, spodziewał się, że zostanie zaatakowany, pogryziony, skopany, a tym czasem jej jedyną obroną było prawdopodobnie proszenie o łaskę.

Po kilkukrotnych nieudanych próbach Barbara zrezygnowała, usiadła spokojnie i czekała, a gdy zdawało się jej, że Obcy zasnął, spróbowała sięgnąć po jego broń. Ostrzegawcze warknięcie wyprowadziło ją z błędnego przekonania, że nie jest obserwowana. Po niezbyt długim czasie Barbara zauważyła, że zraniona ręka zaczyna się zaskakująco szybko goić. Dosłownie na jej oczach rana się zasklepiła, a potem poczęła pokrywać się nową skóra. Zafascynowana kobieta przysunęła się bliżej by lepiej widzieć. Taka zdolność regeneraci mogłaby bardzo pomóc ludziom. Bezwiednie wyciągnęła dłoń i dotknęła miejsca, które jeszcze przed chwilą było paskudna, jątrzącą raną.

Wato obserwował jej poczynania w żaden sposób nie protestując, a gdy nagle sama się opamiętała i cofnęła dłoń, on usiadł naprzeciw, nie wypuszczając z uścisku jej nadgarstka. Wolną ręką odpiął klamry i zdjął maskę, zniknęła dzieląca jego zmysły bariera, wzrok szybko przyzwyczaił się do światła, a nozdrza chłonęły zapachy – w tym zapach siedzącej na przeciwko niego istoty. Po raz pierwszy mógł się jej przyjrzeć z bliska w dziennym świetle.

Barbara nie drgnęła nawet, ale nie z obawy, lecz z ciekawości. Widziała go co prawda podczas potyczki z maszyną i potem w lesie, gdy ukrywała się, ale za pierwszym razem wszystko wydarzyło się tak szybko, a za drugim widok spod liści oferował ograniczoną widoczność. To, co wówczas i teraz przykuło jej uwagę to nienaturalnie zielone oczy, było w nich coś niepokojącego i sztucznego.

Widząc, że przygląda mu się w spokoju, Wato puścił rękę kobiety. Ta od razu przycisnęła ją do siebie, rozmasowując obolały nadgarstek. Łowca zdjął rękawicę i ponownie wyciągnął do niej rękę, na jej twarzy pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem zrozumienie. Pochwyciła wyciągniętą dłoń, zamykając ją w swoich, i energicznie nią potrzasnęła, wypowiadając przy tym jedno słowo: „Barbara”.
Wato nie pozwolił, by cofnęła dłonie, delikatnie ale jednak przytrzymał je. Nie chodziło mu o to, by się przywitać, chciał poczuć dotyk żywej i ciepłej istoty. Skupił się na trzymanych przez siebie drobnych dłoniach, na pokrywającej je jasnej, gładkiej skórze, cienkich palcach, krótkich paznokciach i na tym, co sam czuł dotykając ich. Uzmysłowił sobie, że już nie pamięta, jak to jest być z kimś blisko. Musiało temu towarzyszyć przyjemne uczucie, kojarzyło mu się ciepłem i...
Panel sondy rozbłysnął na czerwono, Sola nie była zadowolona, a może była? Odgadywanie jej uczuć nigdy nie było mocną stroną Wato. Puścił dłonie kobiety i podszedł do lądownika. W ostatniej chwili zrozumiał, że nie ma jej, za co dziękować. To przez nią był tu i teraz, sam od wieków, obiekt badań, marionetka.
– Daj mi więcej czasu – powiedział.
Milczała, po czym się wyłączyła.
Wato zetknął na kobietę, siedziała w miejscu, w którym ją zostawił. Wiedział, a raczej domyślał się, czego oczekuje Sola, ale obecnie to nie było już jego priorytetem. Oswajał już kiedyś dzikie zwierzę i wiedział, że podstawą jest zaufanie i żarcie. Domyślał się, że kobieta jest głodna, przeszedł, więc na prom i z racji żywnościowych wydobył coś, co powinno jej smakować – słodkie smakuje wszystkim. Wyszedł na zewnątrz, niosąc niewielki pojemnik, ale po kobiecie nie było nawet śladu, za to od strony skalnego osuwiska dochodził dźwięk toczących się kamieni. Poszedł tam, kobieta schodziła ostrzenie w dół, nie uszła jeszcze daleko.
– Barbara! – zawołał za nią, naśladując nie tylko słowo, ale również sposób, w jaki zostało wypowiedziane. Kobieta zatrzymała się, patrząc na niego z niedowierzaniem. Obcy trzymał w dłoniach jakieś pudełko i wyciągał je w jej kierunku. Rozum mówił jej, że powinna zignorować to i wrócić jak najszybciej do kolonii, ale serce i wrodzona ciekawość kazały sprawdzić, co Obcy chce jej podarować.

Przyjęła pudełko, patrząc w te niepokojące oczy.
– Powtórz to jeszcze raz – powiedziała, trzymając je już w dłoniach. Oby przekrzywił głowę na bok, nie wiedział, czego od niego chciała. – Powiedz… Barbara – podpowiedziała.
– Powtórz to jeszcze raz. Powiedz… Barbara. – Jej własne słowa w jej własnym głosie. Kobieta zasłoniła usta dłonią, śmiejąc się jednocześnie.
– Jak ty to robisz? To niesamowite.
Zupełnie jak dziecko, pomyślał Wato, widząc, ile radości dał jej fakt, że ją przedrzeźnia.
– A powiedz coś swoim głosem – zachęcała Barbara, zapomniawszy, że on może jej nie rozumieć.
Wato jednak milczał, a ruchem głowy wskazał pudełko, które kobieta trzymała. Gestem zachęcił, by je otworzyła. Barbara uchyliła wieko, pudełko zassało powietrze. Próżnia, pomyślała. Ze środka wydobył się zapach, który kojarzył jej się z dzieciństwem, zapach jabłek, cynamonu, karmelu – wszystko pomieszane razem. Zerknęła na Obcego, ten wskazał usta, chciał, żeby to wypiła, a ona była bardzo głodna. Uniosła naczynie do ust i lekko je umorzyła, po czym zlizała to, co się na nich osadziło. Smak był jakiś dziwny, zupełnie nie pasował do zapachu, ale był znośny, choć – jak na jej gust – trochę za słodki. Upiła mały łyk tej zawiesistej substancji, wolała zaczekać i sprawdzić, czy nie odczuje jakichś niepożądanych skutków ubocznych.
Wato w tym czasie postanowił wrócić na prom, odchodząc, zacytował zasłyszane w lesie zdanie: – Na Boga! Co się stało z Eris?
Barbara prawie się zakrztusiła, słysząc głos szefa ochrony kolonii.
– Gdzie to słyszałeś? W lesie? Widziałeś innych ludzi, takich jak ja? Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Zasypała go gradem pytań, których i tak nie rozumiał. Mógł uruchomić translator, Sola z pewnością zebrała wszystkie dostępne informacje na temat tego garnku, zawsze tak robiła, więc Wato mógłby podjąć rozmowę, ale nie miał na to ochoty, chodziło mu tylko o to, by ją zaciekawić. Wrócił na prom i używając czujników bliskiego zasięgu, przeczesał pobliski teren. Od strony kolonii zbliżała się grupa uzbrojonych zapewne istot, przypomniało mchu się, że Sola określiła ich mianem „Ludzi”, podobno sami tak siebie nazwali.

Nie ma sensu dłużej zwlekać, pomyślał, trzeba załatwić to, po co przyleciałem, a potem będę mógł delektować się urokami planety.


Przeszedł na tył statku, tam odpiął rozładowaną baterię działka naramiennego i umieścił ją w stacji ładującej, a na jej miejsce zainstalował nową. Sprawdził komputer i kamuflaż, z zapasów pobrał kilka min elektromagnetycznych, tak na wszelki wypadek. Gdy w końcu uznał, że jest gotów, jego wzrok spoczął na Barbarze stojącej w prześwicie drzwi. Wato machnął zachęcająco ręką, chociaż miał świadomość, że obwieszone bronią ściany nie wyglądały zachęcająco. Powoli udało mu się zwabić ją w głąb statku aż do niewielkiej sterowni na dziobie. Wyglądało to tak, jakby chciał jej coś pokazać, usadowił ją w jednym z dwóch wielkich foteli przy kokpicie, po czym wyszedł, ryglując za sobą drzwi. Teraz był pewien, że nie ucieknie. Oswajaniem zajmie się później. 


Barbara nie zdarzyła nawet zareagować, zaopatrzona w kokpit obcego statku nie spostrzegła, że została sama, a przynajmniej nie pod razu. Gdy zorientowała się, że Obcy wyszedł, było już za późno. Poderwała się z fotela, który nawet dla właściciela statku wydawał się zbyt duży i podbiegła do drzwi, nie otworzył się. Uderzyła w nie pięściami, ku jej zakończeniu nie towarzyszył temu żaden dźwięk, myślała, że otacza ją stal, ale teraz wiedziała, że to coś innego. Przyłożyła ucho do drzwi, ale nie przebijał się przez nie żaden dźwięk. Ponadto w pomieszczeniu panował nieprzyjemny mrok tu i ówdzie rozjaśniany jedynie bladym światłem sączącym się z urządzeń kokpitu. Barbara była zła na siebie, bo coś wewnątrz podpowiadało jej, że nie powinna iść za nim, o zaufaniu nie wspominając. Przeklinając w myślach, przeczesała całe pomieszczenie w poszukiwaniu drogi ucieczki, ale niczego nie znalazła. Wróciła więc do drzwi i starannie im się przyjrzała. Na wysokości z pewnością niedostosowanej do ludzkich rozmiarów było coś, co mogło stanowić panel kontrolny. Niewysoka kobieta do niego nie sięgała, nie było też niczego, na czym mogłaby stanąć. Zrezygnowania usiadła w fotelu. Jeśli uda jej się z tego wykaraskać, to i tak szef kolonii wyciągnie wobec niej konsekwencje, w końcu pewne frakcje bardzo liczyły na spotkanie innych inteligentnych istot. Dotarło do niej, że może Obcy w tym samym celu przemierza Wszechświat i że być może to nie przypadek, że wylądował akurat tu i ją porwał. Może gdy wróci, zechce przeprowadzić na niej jakieś eksperymenty?! O nie, nie zamierzała czekać na to bezczynnie. Nacisnęła najbliższy podświetlony na kokpicie znak, potem kolejny i kolejny, ale bez skutku.
– Niech to szlak! – krzyknęła.
Wysoko, prawie pod samym sufitem, zapłonęło światełko. Barbara miała wrażenie, że się jej przygląda, potem zgasło, ale wrażenie, że jest obserwowana, pozostało. Skuliła się na fotelu, pozostało jej już tylko oczekiwanie na powrót Obcego. Czas dłużył się, jej czasami miała wrażenie, że coś słyszy, że widzi coś w ciemnym kącie, a gdy przysuwała się bliżej, to okazywało się, że nic tam nie ma. Nagle przypomniała jej się dziwna sytuacja, która miała miejsce przed statkiem, gdy poddała mu rękę. Odniosła wówczas wrażenie, że jest nią zafascynowany, a przecież wyglądał podobnie, aż dziwne, że w bezkresie Wszechświata przyroda stosowała te same, sprawdzone rozwiązania, jak gdyby nic nie było dziełem przypadku.

Wato wrócił kilka godzin później, gdy na zewnątrz okrętu znowu panowała noc. Gra toczyła się według reguł, które on dyktował i nie dobiegła jeszcze końca, ale Wato był zmęczony, naprawdę zmęczony, nie odpoczywał od wielu godzin. Pozbył się całego ekwipunku oraz wierzchniej warstwy zbroi, pod spodem miał termokombinezon utrzymujący stałą temperaturę ciała. Przy drzwiach na mostek zawahał się przez chwilę, zaraz potem otworzył je i stanął w ich prześwicie gotów pochwycić usiłującą zbiec istotę, a gdy dostrzegł, że jego branka śpi skulona na fotelu pilota, sam postanowił odpocząć. Usiadł obok w sąsiednim fotelu i, skrzyżowawszy ręce na piersi, przymknął oczy. Zaraz jednak przyszło mu na myśl, że spanie obok niej nie jest najlepszym pomysłem, jutro mógłby się nie obudzić, przecież skanując jej postać wcześniej, odkrył niewielki, składany nóż. Podźwignął się i, stanąwszy obok śpiącej kobiety, zlustrował uważnie jej postać. Niewielką broń mogła ukryć w butach, kieszeniach luźnych spodni, za paskiem.

Będzie raban, pomyślał, chwytając za obutą stopę Barbary.

Kobieta obudziła się z krzykiem, Obcy stał nad nią, trzymając w lewej dłoni jej stopę. Barbara spróbowała się uwolnić, ale Obcy trzymał mocno, a zaraz potem sięgnął do kieszeni na jej ujdzie i wyciągnął stamtąd scyzoryk, o którym zupełnie zapomniała.
Wato zacisnął wydobyty przedmiot w dłoni, ta niewielka rzecz umiejętnie wykorzystana mogła go pozbawić życia. Usiadł z powrotem w fotelu i przymknął oczy, zapadając po chwili w płytki półsen, w którym jedna półkula jego mózgu odpoczywała, a druga analizowana bodźce zewnętrzne.
– A niech cię – wyszeptała Barbara, kuląc się z powrotem w fotelu i zastanawiając się, skąd Obcy wiedział, gdzie miała ukryty nóż, pamiątkę rodzinną. Może obmacał ją, gdy spała. Oddaliła od siebie te podejrzenia, przecież poczułaby, że ją dotyka. Westchnęła, odechciało jej się spać, a na dodatek musiała skorzystać z toalety, nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma. Obcy usadowił się w fotelu i przymknął powieki, chyba zamierzał spać. Gdyby tylko mogła się stąd wydostać... Postanowiła stawić tej sytuacji jawny opór, z zaciśniętymi pięściami i marsową miną podeszła do Obcego i, szturchnąwszy go w kolano, powiedziała głośno i wyraźnie:
– Nie wiem, czy mnie rozumiesz, pewni nie, ale widzę, że dysponujesz zaawansowaną technologią, pojmujesz, więc zatem, że przetrzymywanie mnie wbrew mojej woli, jest łamaniem praw żywych inteligentnych i wolnych istot. – Te ostatnie słowa użyła tylko po to, by zastąpić nimi określenie ludzi, Obcy nie był w końcu człowiekiem, ale musiał się wywodzić, że społeczeństwa praworządnego, tylko takie istoty byłyby wstanie stworzyć rozwiniętą technologicznie cywilizację.

Czerwone światełko pod sufitem rozblyslo ponownie, Obcy zerknął na nie z ukosa.

Więc wrażenie, że jesteśmy obserwowani, nie było mylne, pomyślała Barbara, po czym dodała:
– Muszę do toalety.
Żaden mięsień na jego twarzy nie poruszył się, nic nie wskazywało, że zrozumiał chociaż jedno słowo.
– Na Boga, zaraz się zesikam, a ty będziesz to sprzątał, dupku! – powiedziała podniesionym głosem, zaciskając przy tym nogi, by chociaż w ten sposób pokazać, o co jej chodzi.
Obcy podniósł się tak gwałtownie, że aż ją potrącił, popchnięta kobieta wsparła się na kokpicie. Obcy chwycił ją za ramię i, ciągnąc za sobą, podszedł do drzwi. Otworzył je i razem wyszli na szeroki korytarz. Wnętrze tego statku dzielone grodziami, wyposażenie w liczne uchwyty i wszelkiego rodzaju paczki przyczepione do ścian przypominało Barbarze ziemską rakietę. Pewnie w przestrzeni międzyplaneternej nie było tu grawitacji. Obcy przeprowadził ją przez pomieszczenie za sterownią aż do następnego, gdzie wskazał jej wnękę za rozsuwanym przepierzeniem i, zostawiwszy ją tam, wyszedł, zamykając za sobą drzwi grodzi.

– Więc jednak rozumiesz – powiedziała kobieta, przyglądając się urządzeniom sanitarnym. Nad każdym znajdowała się obrazkowa instrukcja obsługi, ale istoty, do których była dedykowana, nie przypominały jej porywacza.
– Więc nie tylko jesteś porywaczem, ale piratem również – szepnęła Barbara, rozpinając pasek w spodniach.

Wato obserwował ją na monitorze, co prawda po zasunięciu przepierzenia środek wnęki nie był widoczny, ale kobieta nie zamknęła się.
– Serce bije ci szybciej – rozległo się w jego głowie poprzez implant korowy. – To już drugi taki incydent odnotowany przez system medyczny, jesteś chory, powinieneś wrócić na Kraniec Świata i poddać się skanowaniu.
– Nic mi nie jest – odparł w myślach Wato, wyłączając monitor i sadowiąc się wygodniej w fotelu.
– Dane medyczne odbiegają od normy, w zaistniałej sytuacji odczyty powinny być stabilne.
– Powiedziałem, że nic mi nie jest, muszę tylko odpocząć. Jeśli pozwolisz, chciałbym się teraz przespać.
– Dobrze, ale mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego ona tu jest?
Wato wiedział, że to pytanie w końcu padnie. Sola nie byłaby sobą, gdyby go nie zadała.
– Przyszła tu za mną – odparł wymijająco. – Pomogła mi.
– To wiem, widziałam, ale dlaczego wciąż tu jest. Czemu ją więzisz. Miałeś na nich polować, a nie zaprzyjaźniać się z nimi. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywałeś i co miało oznaczać to fizyczne spoufalanie się?
– A nie przyszło ci na myśl – odparł spokojnie – w tym twoim cybernetycznobionicznym mózgu, że żywe istoty czasami potrzebują czegoś więcej niż tylko inteligentnej rozmowy? Nie stworzono nas byśmy żyli w stałej izolacji, potrzebujemy kontaktu z innymi żywymi istotami.
Barbara tym razem nie miała problemu z otwarciem drzwi i dzięki temu stała się świadkiem dziwnej rozmowy Wato. Obcy stał, wspierając się na konsoli i przemawiał w dziwnym języku wprost do czerwonego światełka pod sufitem.
– To dlatego trzymałeś tego zwierzaka, który nie odstępował cię na krok? Ją też zabierzesz do łóżka, chociaż to niehigieniczne? – Dziwnie nienaturalny, ale z pewnością kobiecy głos odpowiedział mu nie wiadomo skąd. Obcy usiadł i odparł:
– To co innego, nie możesz porównywać jej do Haldo, on był zwierzęciem, wiernym, ale jednak zwierzęciem. Sama dobrze wiesz, że wszędzie za mną chodził i zdechł na moich rękach.
– Wiem. – Jej głos był obojętny. - Byłeś potem jakiś inny.
– Widzisz, tym się różnimy, ja potrzebuję fizycznego towarzystwa, tobie wystarczy konwersacja.
– Wątpię, by pozwoliła ci zbliżyć się do siebie. – Odparł kobiecy głos, po czym czerwone światełko zgasło. 

2 komentarze: