wtorek, 13 grudnia 2016

VII




Barbara ocknęła się gwałtownie, jakby wynurzała się spod wody i jedyną potrzebą w tej chwili było zaczerpnięcie powietrza. Wiedziała, że musi się spieszyć, że ma ważną misję do spełnienia. Usiadła. Czuła się zaskakująco dobrze. Zadrapania na dłoniach i ramionach zniknęły, nie było po nich nawet śladu, jak gdyby nigdy nie istniały.
Nie chciała się teraz nad tym zastanawiać, miała większy problem, znowu nie wiedziała, w którą stronę iść.
– Niech to diabli – wyszeptała i ruszyła w przeciwnym kierunku niż wydeptana ścieżka, którą prawdopodobnie tu przyszła. Tym razem uważała, gdzie i jak stawia stopy, nie chciała znowu poparzyć się trującymi roślinami. Podejrzewała, kto udzielił jej pomocy, byli zatem kwita i Barbara miała nadzieję, że się już nigdy nie spotkają.
Brnęła, przeciskając się, wymijając i przeskakując nad bujną florą planety. Chociaż rośliny były jej pasją i badaniu ich poświęciła swoje życie, to obecnie miała serdecznie dość lasu i porastających go krzaków. Marzyła o kąpieli, steku, zimnym piwie i łóżku. Uśmiechnęła się sama do siebie, zastanawiając się nad tym, jak w zależności od położenia zmieniają się ludzkie priorytety. Wspominając boski zapach kotleta, ku swemu zaskoczeniu niespodziewanie wyszła wprost na drogę; brutalnie wycięty, wydarty lasu pas ziemi. Droga prowadziła z kolonii do niedawno założonych pól uprawnych, ich oddalenie od obozu mieszkalnego wynikało z faktu, że ziemia w tamtym rejonie była praktycznie pozbawiona kamieni, co znacznie ułatwiło pracę maszyn rolniczych. W pobliżu kolonii ciągle trzeba było zbierać je z pola, a po kolejnej orce znowu wyłaniały się na wierzch.
Stojąc pośrodku leśnego traktu, kobieta obróciła się wokół własnej osi, a potem ruszyła przed siebie, nie wybierając nawet kierunku. Uznała, że to bez znaczenia, czy dotrze na pola, czy do kolonii, i tak czuła się już bezpieczna.

Wato wrócił na miejsce, w którym zostawił nieprzytomną kobietę i ze złością stwierdził, że jej nie ma. Gdyby nie niepokojące dźwięki odbiegające z lasu, nie musiałby zostawiać człowieka bez nadzoru.
Uruchomił komputer. Zapachowy ślad należący do Barbary odznaczał się pośród innych. Nie łatwo było zmylić tak wrażliwe czujniki i Wato już nie raz używał ich do topnienia ofiary, robił to jednak zawsze w ostateczności. Ślad zaczynał się już rozwiewać, oznaczało to, że kobieta odeszła jakiś czas temu i należało ruszyć za nią niezwłocznie.
Szedł za jej zapachowym tropem, sam nie wiedząc w jakim celu. To, czego nie potrafił nazwać, pchało go ku takiemu działaniu, czuł potrzebę odnalezienia kobiety, choć nie dostrzegał racjonalnego powodu, by tak było.
Znajdował się obecnie bardzo blisko kolonii i niepokoił go ten fakt. Gdy Barbara dotrze do osiedla, odkryje, że jej współtowarzysze nie żyją. Domyśli się, że to jego sprawka i raczej nie pozwoli więcej się do siebie zbliżyć, a nie chciał stosować drastycznych środków. 

Barbara dotarła w końcu do poletek okolonych lasem. Samojezdne maszyny stały na skraju, oczekując na zbliżające się żniwa. Kobieta wybrała jeden z pojazdów, usadowiła się wewnątrz i, pozbywszy się sprzętu rolniczego, ruszyła w kierunku kolonii. Ciężka maszyna mknęła po wybojach polnej drogi bez trudności, przystosowana do pracy w trudnych warunkach pokonywała dziury i kolejny bez niedogodności dla pasażera. Barbara nie musiała kierować ciągnikiem, wystarczyło, że na displeju wybrała cel podróży, a maszyna wykonała resztę. Amortyzatory w fotelu przejmowały większość wstrząsów i kobieta w miarę wygodnie pokonała prawie całą trasę. W pobliżu kolonii poczęła odczuwać nieokreślony niepokój. Wysłała komunikat o tym, że się zbliża, ale nie otrzymała odpowiedzi. Wjechawszy pomiędzy cylindryczne budynki, które wyglądały jak poprzewracane beczki na ropę z końca dwudziestego wieku, zatrzymała się gwałtownie. Na budynkach widniały ślady… chyba po kulach? Jakby ktoś strzelał na oślep lub celował w kopulasty dach. Barbara podbiegła do najbliższego budynku i z rozmachem otworzyła drzwi. W środku było pusto, choć zazwyczaj to właśnie tu można było spotkać najwięcej ludzi – we wspólnej jadalni i kuchni. Kobieta dostrzegła, że na stolikach znajdują się talerze z niedojedzonymi posiłkami, jakby coś lub ktoś oderwał ludzi od tej czynności i już do niej nie wrócili. Okropne przeczucie, że z mieszkańcami kolonii stało się coś złego, zawładnęło umysłem i ciałem Barbary, zmuszając ją do skulenia się przy jednym ze stolików i zaczerpnięcia głęboko powietrza. Zaczęła szlochać.
Przełykając słone łzy, wyszła na zewnątrz i udała się do następnego budynku, w którym mieściło się centrum komunikacji. Do budynku przylegała wysoka wieża nadawcza. Po drodze, na ziemi, kobieta dostrzegła brunatny, rozbryźnięty ślad; nawet nie chciała próbować wyobrazić sobie, skąd się wziął. Drzwi do budynku były zaryglowane. Barbara wstukała kod, zamek zasygnalizował, że przejście jest otwarte, ale mimo to kobieta nie mogła ich otworzyć, coś blokowało je od wewnątrz. Postanowiła spróbować zajrzeć do środka przez okno. Obeszła budynek, okna po tej stronie były zniszczone, a ona musiała stanąć na palcach, by coś zobaczyć. Sprzęt komunikacyjny wydawał się nienaruszony i tylko na środku pokoju stał stół, który zwykle znajdował się pod oknem. Gdyby Barbara mogła prześwietlać wzrokiem materię, z pewnością dostrzegłaby, że na podłodze – po drugiej stronie ściany, przy której stała – leżało ciało kobiety z odstrzeloną głową. Ale Barbara stała zbyt nisko, by odjąć wzrokiem podłogę.
Poszła dalej, jej wzrok omiatał ściany budynków, dostrzegała coraz więcej niepokojących śladów walki i w końcu znalazła kilka ciał stłoczonych w lądowniku. Może myśleli, że tu będą bezpieczni? Barbara poczuła, że zaraz zwymiotuje. Słaniając się na nogach, przeszła do kolejnego baraku, w którym mieściły się sypialnie, chciała się położyć i zasnąć. Może gdy się obudzi, koszmar się skończy.
Przy drzwiach, za belami ściętych drzew, których mieli użyć do budowy drewnianych pomostów, odkryła kolejne ciało.
– Lee? – szepnęła, siadając obok martwego mężczyzny. Jego pierś pokryta była zeschłą krwią. Rozpłakała się i, przytuliwszy twarz do zimnej dłoni trupa, wyszeptała: – To moja wina. Przepraszam, Lee. To wszystko przeze mnie.
Wyjęła pistolet ze sztywnych palców mężczyzny i bez sprawdzenia magazynku, upchnęła go za pasek spodni. Stojąc nad zwłokami przyjaciela, postanowiła nie poddawać się. Jeśli została tu sama, choć miała nadzieję, że tak nie było, zrobi wszystko, by przetrwać aż do przylotu statku z kolejnymi kolonizatorami. W głowie układała już plan działania: widziała siebie grzebiącą ciała pomordowanych, planowała porządki i… poczuła nagle, że nie jest sama. Odwróciła się w stronę niewielkiego placu, wokół którego zbudowano kolonię. Obcy stał pośrodku i wpatrywał się w nią.
– Ty skórwysynu! – krzyknęła Barbara i, wydobywszy pistolet, bez mierzenia nacisnęła spust. Rozległ się szczęk pustego zamka. Mierząc w Obcego, nacisnęła spust jeszcze kilkakrotnie, po czym przeładowała i wycelowała w swoją głowę. Pistolet wystrzelił, kula, lecąc po skosie, przeorała skórę i skruszyła czaszkę, Barbara upadła, krwawiąc.

– To mój warunek.
Sola milczała, rozważając z pewnością wszelkie za i przeciw.
– Co zrobisz jeśli się nie zgodzę? – zapytała.
Wato obracał w palcach niewielki, składany nóż, który zabrał kobiecie.
– Zostanę tutaj – odparł.
– Wtedy odłączę cię...
– I pożrą mnie dzikie zwierzęta, wiem o tym! Pomimo wszystkiego, co przeżyłem i co mi pokazałeś, nadal wierzę, że życie to tylko stan przejściowy. Na okręcie mogłabyś mnie utrzymywać w stanie paraliżu przez długi okres, tu raczej nie przetrwałbym długo. Ale wiesz co… Mam już dość.
Nie odpowiedziała, pamiętała czasy, w których po stracie załogi błąkała się bez celu po galaktyce… samotna, uwięziona,  nie potrzebna.
– Dobrze – odparła – jak chcesz. – Czerwone światełko zgasło.
Wato przyczepił ładunek wybuchowy do lądownika sondy, poprzez którą komunikował się z Solą. Nie chciał wchodzić na prom, nim nie uzyskał od niej zapewnienia, że zgadza się z jego żądaniami i że po przekroczeniu wejścia nie zostanie uśpiony.

-----------------------------------------------------


Wybaczcie, że tak krótko, ale jest to spowodowane wymogiem fabuły, która od tego momentu zmienia miejsce akcji. 
W bonusie yautjański wieniec adwentowy



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz