Prom z Łowcą wylądował na trawiastym
płaskowyżu rozciągającym się kilometrami wokół doliny wcinającej się w niego
zakrzywionym klinem. Jej dno porośnięte było bujnym, zielonym lasem, który
zaczynał się tuż poniżej stromych, skalnych zboczy i ciągnął się aż po
horyzont, doskonale widoczny z tego miejsca.
Łowca, stojąc pośród traw gnących się płynnie,
niczym fale, nawet pod najmniejszym podmuchem wiatru, wciągnął powietrze do
płuc. Po modyfikacjach Soli i przy współudziale jej nanomaszyn w miejscu takim
jak to, nie musiał korzystać z maski tlenowej. Płuca same radziły sobie z
większością atmosferycznych mieszanek na planetach kwitnących życiem, a
wszelkie trujące związki były dezaktywowane przez maszyny wielkości kilku
atomów.
Na
horyzoncie, pośród drzew ukrytych w mroku, majaczyły światła kolonii. Wato przysiadł
na sporym, pomarańczowym głazie, który oderwał się od równie pomarańczowego
urwiska za nim. W tym miejscu roślinność nie pokrywała zbocza, więc nic nie
przeciwdziałało erozji. Kamień wciąż był ciepły, nagrzany od mocno operującego
w dzień słońca. Myśliwy przyglądał się światełkom w oddali, kusiły obietnicą
spotkania istot inteligentnych i żywych. Wato przesiedział tak pół nocy,
delektując się widokami, dźwiękami i zapachami, które w sterylnych statkowych
warunkach po prostu nie istniały. W końcu jednak postanowił wyruszyć i
przekonać się, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.
Światło już, a on był – według szacunków
komputera – w połowie drogi. Nie maszerował, lecz skradał się, często
przystając i nasłuchując. Nie wiedział, jakie środki ostrożności powzięli
osadnicy. Kroczył cicho, wprawnie wymijając przeszkody, a gdy zbyt bujna
roślinność nie pozwalała poruszać się po ziemi, wytyczał wzrokiem trasę wśród
konarów drzew i podążał nią.
Szybując
wysoko nad ziemią, pośród leśnego podszytu przez ułamek sekundy dojrzał coś, co
wzbudziło jego zainteresowanie i niepokój – białą plamę wśród soczystej
zieleni. Zatrzymał się, ogniskując wzrok na wybranym znaku holoekranu maski,
wyświetlany obraz powiększył się kilkukrotnie, a biała plama stała się
przygarbioną sylwetką, w której Wato rozpoznał istotę dwunożną. Yautjanczyk
rozejrzał się po okolicy, wydawało mu się dziwne, że istota jest tutaj sama.
Czyżby
czuła się aż tak bezpiecznie?
Minęła
dłuższa chwila, podczas której Wato obserwował, a istota nieprzerwanie
wykopywała niewielkie rośliny i umieszczała je w pojemnikach. Nic się nie
wydarzyło, więc Łowca opuścił swoją kryjówkę pośród korony rozłożystego drzewa
i zaczął podchodzić napotkaną istotę od tyłu. Wyłączył kamuflaż, chciał się
przekonać, jak zareaguje? Skanowanie nie przyniosło efektu, biały kombinezon
odbijał fale, ukrywając swoją zawartość. Wato ryzykował, nie wiedząc, czy
istota jest uzbrojona. Podszedł bardzo blisko, istota sięgała właśnie po jeden
z pojemników na nowo wykopaną roślinę, gdy w gładkim, wypolerowanym wieczku
dostrzegła czającego się za nią olbrzyma. Odwróciła się gwałtownie, krzycząc
coś w nieznanym Wato języku. Jej głos, tak podobny do głosy Soli, zbił Yautjańczyka
z tropu. Nagle z zarośli wyskoczyła czteronożna maszyna. Wato zrozumiał, że
musi działać błyskawicznie – z nad jego ramienia wychynęło działko plazmowe i
prawie natychmiast wystrzeliło. Bojowa maszyna przeturlała się na bok, unikając
trafienia, sama jednak nie zaatakowała. Wato wystrzelił ponownie i znów maszyna
wykonała błyskawiczny unik, tym razem jednak przykucnęła na tylnych nogach,
jakby szykowała się do skoku. Łowca zrozumiał, że to obecność jego niedoszłej
ofiary na linii ognia powstrzymuje maszynę przed użyciem broni tak
ostentacyjnie umieszczonej na jej plecach. Uruchomił kamuflaż w chwili, w
której robot wybił się i poszybował w jego stronę. Zdołał odskoczyć. Maszyna,
straciwszy go z pola widzenia, poczęła krążyć jak dzikie zwierzę w klatce. Łowca
musiał zaufać futurystycznej technologii Soli. Nie cofnął się nawet o milimetr,
gdy robot przeczesując teren, przeszedł obok niego.
W
tym czasie istota w białym kombinezonie w pośpiechu zbierała swoje rośliny i
pakowała je do skrzyni. Nieoczekiwanie stała się wyjątkowym wyzwaniem. Wato w
duchu przeklinał swoją arogancję, gdyby zapoznał się z wywiadowczymi danymi
Soli, nie znalazłby się w tak trudnym położeniu.
Serwosilniki
napędzające maszynę wydawały nieprzyjemne zgrzyty za każdym razem, gdy
zmieniała kierunek niespokojnego marszu. Wato przeczuwał, że w końcu go
znajdzie. Zapadła cisza, robot przystanął gdzieś za jego placami, poza
zasięgiem wzroku. Łowca odwrócił głowę, by lepiej widzieć. Zrobił to w chwili,
w której coś, co można było nazwać łbem robota, z przodu maszyny przesunięto
się na tył, tym samym z tylnych nóg tworząc przednie. Wato zrozumiał, że
jedynym ograniczeniem tej maszyny byłaby skromna wyobraźnia jej konstruktora,
lecz temu najwyraźniej jej nie brakowało. Postanowił postawić wszystko na jedną
kartę. Sięgnął do schowka umieszczonego na lewym ujdzie, zacisnął palce na
umieszczonym tam przedmiocie i poczuł, że traci grunt pod nogami, a pionowo
rosnące do tej pory drzewa zdają się kłaść niczym zapałki. Wylądował na brzuchu,
zbroja Soli trochę zamortyzowała uderzenie, ale ból był na tyle silny, że aż go
zemdliło. Nie mógł nad tym zapanować, zdjął mąkę, dezaktywując kamuflaż, i
zwymiotował na trawę.
–
Cholera – zaklął na głos.
Na
reakcję robota nie musiał długo czekać, maszyna w mgnieniu oka znalazła się tuż
przy nim, unosiła zakończone czterema szponiastymi palcami odnóże, jakby
chciała wyrwać mu serce. Wato rzucił się przed siebie i, wykonawszy fikołka,
znowu stanął na nogach, w prawej dłoni dzierżąc gotowe do strzału działko.
Wypalił, błękitny pocisk stopił lufę karabinu na plecach maszyny, czyniąc go
bezużytecznym. Trafienie tylko na chwilę opóźniło robota. Zaraz po tym Wato leżał
na plecach dosłownie przygwożdżony przez palczastą dłoń maszyny. Dwa stalowe
szpony przeszyły dłoń i ramię w połowie odległości między łokciem a
nadgarstkiem. W tym momencie rozległ się głos istoty w białym skafandrze.
Bojowa maszyna odstąpiła i, przycupnąwszy na tylnych nogach niczym pies,
odwróciła łeb do wołającej ją istoty.
„Drugiej okazji nie będzie” – pomyślał Wato i,
poderwawszy się z miejsca, cisnął trzymanym przedmiotem w robota. Niewielka
mina przylgnęła do pancerza, a potem wypuściła z siebie skumulowany ładunek
elektrostatyczny. Jeszcze przez kilka sekund na powierzchni maszyny
przeskakiwały wyładowania, a potem zapanowała cisza przerywana jedynie
przyspieszonym oddechem Wato. Jeśli każdy z dwudziestu pięciu mieszkańców
kolonii posiadał taką maszynę, to będzie to najtrudniejsze polowanie w jakim
Wato brał udział.
Zerknął ostatni raz na robota – z przepalonymi
obwodami i usmażonym procesorem raczej się nie aktywuje. Rozejrzał się, po
istocie pozostały tylko porzucone pojemniki z roślinami. Łowca podniósł maskę,
po czym podszedł do porzuconej skrzyni. W wysokiej, bujnej roślinności wyraźnie
zaznaczyła się trasa ucieczki. Wato podążył tym tropem, nie musiał się nawet
wysilać i po pewnym czasie doszedł do wniosku, że ofiara celowo zostawia tak
widoczny ślad.
Ta
istota w jawny sposób go obrażała.
Warkną
ze wściekłości. Nie mógł puścić takiej zniewagi płazem. Uniósł skaleczoną dłoń,
by lepiej jej się przyjrzeć, wyglądała źle i nie goiła się. Nic dziwnego,
nanoboty Soli również zostały poddane destrukcyjnej sile elektromagnetycznej
miny. Będzie musiał opatrzyć ranę w tradycyjny sposób. Ale najpierw musi
spowolnić ucieczkę ofiary. Spryskał ranę opatrunkiem w spreju i pobiegł śladem
istoty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz