Przez cały manewr podejścia i dokowania Barbara nie
odezwała się do Obcego. Czuła się oszukana, przez chwilę myślała, że on ją
rozumie, że chce jej pomóc.
Gdy cumy zakotwiczyły czarny okręt, napłynęły jej łzy
do oczu, nie chciała wracać do miejsca, w którym panowała obłąkana maszyna.
Postanowiła nie odstępować Wato na krok. Gdy szedł przodem, zastanawiając się,
jak spore są uszkodzenia i czy system naprawczy będzie w stanie je zreperować?
Barbara podążała za nim, wykonując dwa kroki na każdy jego krok.
Sola nadal nie odpowiadała na wezwania, ale w części
statku, w której się znajdowali, nie było najmniejszych oznak, że doszło do
kolizji. Inteligencja zadbała o to, by wszystkie grodzie były zamknięcie, zapewniając
im tym samym bezpieczeństwo.
Wato
podszedł do najbliższego ekranu, gmerał przez chwilę przy dziwacznej
klawiaturze, a potem przyjrzał się obrazowi, który pojawił się na monitorze.
– Raport jest niekompletny – powiedział. Barbara
wspięła się na palce by móc zerknąć na ekran. – Muszę iść do centrum sterowania
– kontynuował. – Sola nie odpowiada na moje wezwania, może to być jej
złośliwość lub awaria. Muszę to sprawdzić, zaprowadzę cię do twojej kajuty,
zaczekasz tam.
– Wolałabym iść z tobą, myślę, że ona coś kombinuje.
Wato
zmierzył ją znużonym spojrzeniem: – Zaczekasz w kajucie – oznajmił.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, a w kajucie zapanowała
cisza przerywana jedynie odległym dudnieniem nieznanego pochodzenia, Barbarę
opanowało przejmujące przeczucie, że widzi Obcego ostatni raz. Wielokrotnie
podchodziła do wyjścia z zamiarem poszukania go i wracała na koję, mając w
pamięci jego karcące spojrzenie i słowa, że ma czekać. Próbowała zająć się czymś,
lecz nie bardzo miała czym. Umyła się więc i ubrała czysty kombinezon, położyła
się na koi, ale nie mogła znaleźć sobie miejsca, wstała więc i zaścieliła je
prawie idealnie. Krążąc po pomieszczeniu obgryzała skórki wokół paznokci i wsłuchiwała
się w odgłosy statku. Nagle, tuż za drzwiami, usłyszała metaliczne odgłosy,
rzuciła się do wyjścia z nadzieją, że Wato wrócił, ale zamiast rosłego kosmity
w przejściu ujrzała pająkowatą maszynę z rozbitym monitorem. Maszyna, nie czekając
na pozwolenie, wkroczyła do kajuty i zwinnie obiegła całe pomieszczenie.
– Co tu robisz? – spytała Barbara, przyglądając się
poczynaniom robota.
Maszyna nie
odpowiedziała, za to ostentacyjnie wyciągnęła przed siebie ramiona, w których
trzymała narzędzia do cięcia.
– Coś się stało? Potrzebujesz pomocy przy naprawach?
Robot
postąpił kilka kroków w stronę Barbary, poszczękując metalicznie.
– Chodźmy! – Barbara szybkim krokiem podeszła do
wyjścia, maszyna pozostała na miejscu, drobiąc stalowymi odnóżami.
– Co się dzieje? Nie chcesz iść? Więc po co ci ten
sprzęt? To coś z Wato? Coś mu się stało?
Robot jakby tylko czekał na wspomnienie o Obcym,
przykucnął koślawo i, wybiwszy się, skoczył na Barbarę. Kobieta z krzykiem
odskocznia na bok, upadając na podłogę.
Przyrząd do
cięcia trzymany przez maszynę zalśnił niepokojącym błękitnym światłem, widząc
to Barbara uzmysłowiła sobie, że jest celem. Kopnęła pająkowata maszynę w
strzaskany monitor. Błękitne światło zatoczyło krąg i o milimetry ominęło nogę
kobiety. Poderwała się z podłogi i podbiegła do koi, robot, truchtając, podążył
za nią.
– O co ci chodzi! – Wrzasnęła, zarzucając pościel na maszynę.
– O ciebie – odparła maszyna, wycinając w pościeli
otwory. – Jesteś tu zbędna, wprowadzasz zamęt.
Szybka ocena sytuacji uzmysłowiła Barbarze, że nie ma
czym się bronić. Gdyby chociaż mogła oderwać od podłogi purchawkowate krzesło,
tłukłaby nim maszynę tak długo, aż ta rozpadły się na kawałki. Niestety
krzesełka i stoliki były integralną częścią statku. Wiedziała, że polemizowanie z robotem, który nie posiadał
uczuć, nie miało sensu, przeskoczyła przez koję i ukryła się w pomieszczeniu
sanitarnym. Tu uświadomiła sobie, że powinna była raczej uciec na korytarz, tam
miałby większe szanse.
Drzwi pomieszczenia zadrżały od uderzenia, nie były
solidne, ich przeznaczeniem nie było chronienie zawartości, lecz zapewnienie
poczucia odosobnienia, intymności. Kolejne uderzenie pozostawiło głęboką
wypukłość, po nim na powierzchni drzwi wykwitło czerwone bąblowate przebarwienie
niczym oparzelina, a w jego centrum ukazało się błękitne ostrze urządzenia do
cięcia. Chwilę później ostrze zniknęło. Zastąpiły je metaliczne dźwięki
uderzenia i truchtania, które narastały, a potem gwałtownie ucichły.
Barbara wyłączyła blokadę drzwi, otworzyły się tylko
do połowy prześwitu, blokując się na wypukłości. Kobieta wychyliła się by
zobaczyć, co się dzieje. Przy pająkowatym robocie klęczał Wato, Barbara
przecisnęła się na drugą stronę i podeszła do niego. Robot był strzaskany, nie
mógł już jej zagrozić. Kobieta położyła dłoń na ramieniu Obcego, spojrzał na
nią i wtedy dostrzegła, że jest ranny. Wzdłuż jego skroni i oka biegła głęboka,
krwawiąca rana.
– Nie wiem, co w niego wstąpiło – powiedziała,
przyglądając się neonowozielonej krwi spływającej po twarzy Obcego.
– To nie on – odparł Łowca i, wstając, zatoczył się,
jakby miał upaść. Barbara podtrzymała go.
– Usiądź na łóżku – poleciła, kierując ich w tamtą
stronę, Obcy nie zaoponował. Barbara wydobyła ręcznik, zmoczyła go w wodzie i
delikatnie przetarła ranę.
– Trzeba ją zeszyć – szepnęła. Wato chwycił ją za
dłonie.
– Zostaw, zaraz się zasklepi – powiedział, również
szepcząc. Kobieta wypuściła ręcznik z dłoni.
– Co się tam stało? – zapytała.
Wato nie
odpowiedział, przyciągnął ją bliżej siebie i, przymknąwszy oczy, oparł czoło o
jej ramię.
– Jesteś zmęczony? – dopytywała.
Warknął, nie
wiedziała, czy to potwierdzenie czy zaprzeczenie.
– Muszę jeszcze coś zrobić – szepnął, odsuwając ją od
siebie.
Sferyczną mapę układu, w którym się znajdowali,
zastępował teraz trójwymiarowy obraz Krańca Świata. Na jaśniejącym
wykresie pulsowały rany zadane przez kosmiczne skały. Zdawały się niewielkie w
porównaniu do statku, ale Wato wiedział, że w normalnej skali są ogromne.
Naprawa uszkodzeń zajmie sporo czasu, ale pomimo tego, że miał go w nadmiarze,
niekoniecznie chciał ten czas marnować na pracę dla czegoś, co straciło już
chyba resztki kontaktu z obecną rzeczywistością. Sola irracjonalnie pragnęła
unicestwienia Barbary, która wykazała się ostatnio wyjątkowym rozchwianiem
emocjonalnym. „Są siebie warte”, pomyślał Wato, stając pośrodku sfery. Kierując
się wskazówkami i natarczywymi ponagleniami Soli, która chciała się z nim
widzieć, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, zważywszy na fakt, że była
wszędzie, posłusznie miał wkroczyć w jej
świat.
– To twoja wina. – Głos jak zwykle wydobywał się
zewsząd. – Zniknąłeś, szukałam cię i straciłam czujność. Gdy jesteś na statku,
nie wolno ci zrywać połączenia ani uruchamiać zapory. To przez tę istotę, ona
cię zmieniła, sprawiła że…
– Sama do tego doprowadziłaś, wybrałaś ich za cel. Chciałaś
się przekonać, jak zareaguję, a teraz dziwisz się, że chcę ją mieć przy sobie?
– Byłeś idealnym załogantem.
– Już nie jestem? Chcesz się mnie pozbyć? Chcesz
pozbyć się nas obojga?
– Nie. Chcę tylko, żeby było tak, jak przedtem, zanim
twoje stopy dotknęły tej przeklętej planety, a twoje oczy dostrzegły łączące
was szczegóły.
– To nie jest możliwe, nie przy obecnym stanie rzeczy.
– Domyślałam się, że taka będzie twoja odpowiedź.
Zejdź do mnie.
Plan okrętu zniknął, a w jego miejscu, na podłodze,
zarysował się centryczny otwór z widoczną drabinką prowadzącą w dół. Wato
zacisnął pięści, przed prawdziwą, cielesną postacią Soli nie dane mu było do
tej pory stać. Wiedział, że jest ona połączeniem cybernetyki i bioinżynierii, ale
nie wiedział, czego może się spodziewać. Powoli zszedł po drabince. Na dole
było ciemno, a powietrze miało zapach pleśni i wilgoci, cichy nigdy nie
ustający szum pomp przywodzi na myśl oddech jakiejś gargantuicznej istoty. Wato
odwrócił się, a jego wzrok spoczął na znajdującej się tu maszynerii i dużym
pojemniku wypełnionym tą samą substancją co komory kriogeniczne. W pojemniku,
podłączona do różnych rurek i przewodów znajdowała się głowa istoty o
niewiarygodnie przerośniętym mózgu. Organ ten wystawał daleko poza obręb równo przyciętej czaszki tuż ponad wydatnymi
łukami brwiowymi i łączył się w nieprzerwany sposób z milionami procesorów
znajdujących się za nim. Twarz istoty wydawała się spokojna jakby zastygła w
czasie, ogromne złożone oczy ukrycie pod przeźroczystymi powiekami zdawały się
patrzeć jednocześnie na przybyłego i na wszystko, co go otacza.
– Jesteś – zabrzmiało w głowie łowcy. W tym
pomieszczeniu Sola nie potrzebowała implantów, by móc wejść do umysłu Wato.
Łowca zachwiał się na nogach, czuł wyraźnie wszystkie
emocje tej istoty, która dobrowolnie poddała się dekapitacji by służyć kolonii
zamieszkującej statek.
– Rozumiem cię. Kiedyś też miałam ciało, i choć było
to tak dawno, a mój gatunek nie był rozdzielnopłciowy, to rozumiem twoją
potrzebę bliskości z inną istotną. Uważasz, że jestem straszna? Szalona? Ale ja,
tak jak ty, nie chcę być tu sama. Odwracasz się ode mnie, ale zrozum, że mnie
potrzebujesz. Osobno jesteśmy tylko statkiem i wojownikiem bez pana; pustą
skorupą i żołnierzem bez armii. Potrzebujemy się na wzajem.
– Chcesz przekonać mnie czy siebie?
Coś było nie tak, znał ją zbyt dobrze i wiedział, że
nie dyskutowałaby z nim, gdyby miała kontrolę nad sytuacją.
Milczała, szum w pomieszczeniu nasilił się, jakby
wzmożone procesy myślowe soli wymagały dodatkowego chłodzenia.
– Rozumiem, że chcesz negocjować warunki? – zapytała
po chwili. – Mam więc dla ciebie propozycję.
Barbara spała, owinąwszy się kocem aż po same uszy.
Jej oddech był miarowy i spokojny. Wato przyglądał się twarzy kobiety, znał już
dobrze anatomię jej gatunku, istot inteligentnych, ale w jego przekonaniu
słabych. Jak wszystkie żywe istoty, wskazywali paniczny strach przed śmiercią i
stałe dążenie do prokreacji. Zamknął oczy próbując wsłuchać się we własne
ciało. Nie wyczuwał już smyczy, na której trzymała go Sola, łańcuch pękł i mógł
zostać tu dobrowolnie lub odejść. Skłamał, mówiąc Barbarze, że jego okręt nie
jest gotów do podróży, zawsze był gotowy, tak jak jego właściciel.
Usiadł na łóżku obok kobiety, obudziła się, podrywając
głowę z posłania; najwyraźniej wydarzenia ostatnich godzin sprawiły, że nie
czuła się tu bezpiecznie.
Wato położył
się obok niej, wspierając się na łokciu.
– Sola nie będzie cię już dręczyć – powiedział.
Barbara dotknęła rany na jego skroni, uszkodzona tkanka zdążyła się już
zasklepić, zadziwiało ją, jak szybko się zregenerowała. Kobieta podniosła się i
pocałowała go w to miejsce, zaskoczony tym dziwnym gestem Wato odsunął się i
usiadł wyprostowany.
– Co chciałaś zrobić? – zapytał, pocierając skroń i
spoglądając na nią, jakby spodziewał się ataku. – Smakujesz mnie?
– Co? Nie. To taki gest, wyrażamy nim swoje uczucia,
gdy kogoś lubimy – odparła Barbara, śmiejąc się w duchu z samej siebie. Jak
mogła pomyśleć, że będzie wiedział, co znaczy pocałunek.
– To było dziwne i niepokojące – odparł, wciąż
nieufnie na nią spoglądając. – Istnieją gatunki drapieżne, które - nim upolują
swoją ofiarę - kosztują ją najpierw, podgryzając lekko.
Kobieta roześmiawszy się, zapytała: – Sądziłeś, że
chciałam cię zjeść?
Po czym
uklękła na przeciw Wato i położyła mu dłonie na ramionach.
– Nie byłoby to całkiem niezgodne z prawdą – rzekła.
Następnie pochwyciwszy za materiał kombinezonu Wato, przechyliła się do tyłu,
ciągnąć Obcego ze sobą. Wato opadł na leżącą na plecach kobietę. Barbara
wiedziała, że jest ciężki, w końcu była od niego dużo niższa, nie spodziewała
się jednak, że nie będzie mogła zaczerpnąć tchu. Uśmiechała, się patrząc w
błyszczące zielone oczy Wato.
– Wszystko mi jedno – powiedziała.
Nie zrozumiał, co miała na myśli. Jej twarz nie była
już tak śniada, jak w chwili, gdy spotkał ją na planecie, a kędzierzawe włosy
nie sterczały w każdą stronę, lecz wiły się wokół twarzy i na poduszce, nadając
ruskom kobiety miękkości. Łowca owinął jeden z kosmetyków wokół palca
wskazującego prawej dłoni, a potem ścisnął garść włosów i z rozbawieniem w
oczach przyglądał się, jak po rozprostowaniu palców ciemne sprężynki wysypują
się z niej niczym uwolnione węże.
Barbara chciała czegoś więcej. Jej palce wprawniej niż
ostatnio uporały się z bluzą skafandra. Wato nie opanował, pozwolił się
rozebrać i z zamkniętymi oczami poddał się zabiegom Barbary. Jej skóra
była gładka i ciepła, chociaż nie tak ciepła jak jego. Kobieta przywarła do
ciała Łowcy, jej dłonie błądziły po nim niecierpliwe. Wato przycisnął ją mocno
do siebie, oplatając tę drobną istotę ramionami. Starał się nie zastanawiać nad
tym, co się dzieje, pozwolił, by poniosło go uczucie, które już dawno w sobie
stłumił. Barbara oddychała szybciej niż zwykle i stan, w którym się znajdowała,
udzielił się i jemu. Kobieta przekręciła się na drugi bok, odwracając się do
niego plecami. Oczywisty akt uległości nie pozostawiał złudzeń co do jej
zamiarów; był zachętą, której nie potrzebował. Nie otwierając oczu, ostrożnie
wśliznął się w wijące się przed nim ciało. W tej, jak i w innych sytuacjach, to
on miał przewagę i wykorzystywał ją bez skrupułów. Kobieta syknęła i
powiedziała coś, czego nie zrozumiał. Translator zintegrowany był ze
skafandrem, który teraz leżał gdzieś na podłodze.
Barbara zacisnęła pięści i znowu to powiedziała, ale
Wato jej nie słuchał. Zamknąwszy w żelaznym uścisku nadgarstki kobiety,
unieruchamiał jej dłonie i odwrócił ją tak, że leżała z twarzą wciśniętą w
posłanie. Poruszyła się pod nim niespokojnie, ale nie miała tyle siły, by
zrzucić go z siebie. Mówiła coś płaczliwym głosem i dopiero kiedy dotarło do
niego, że szlocha, zwolnił uścisk i pozwolił jej odejść. Uciekła w kąt
pomieszczenia, zasłaniając się cienkim płótnem. Wato nie rozumiał, co jej się
stało? W milczeniu lustrował ją zaciekawionym spojrzeniem, a gdy chciał do niej
podejść, wyciągnęła ręce w geście obrony i, zawodząc, powtarzała w koło te same
słowa. Uznał wówczas, że nie dojdą do porozumienia. Ubrawszy się, wyszedł z
pomieszczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz