piątek, 26 sierpnia 2016

IV


Barbara obudziła się, nim nastał świt. Dręczyły ją głód i pragnienie. Wokół było ciemno, ale nie na tyle, by nie mogła dostrzec otaczającego ją świata. Coś o nienaturalnym kształcie znajdowało się przed nią, trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Barbara przetarła oczy by lepiej widzieć, przedmiot przypominał menażkę. Kobieta uniosła się na łokciu i, rozglądając się po okolicy, przysunęła się bliżej. Tak, to była menażka, na dodatek otwarta i wypełniona wodą, świadczył o tym zapach. Kobieta oblizała usta, chciało jej się pić. Sięgnęła po pojemnik i w chwili, w której jej palce dotknęły gładkiej powierzchni struktura oraz kolor powłoki zmieniły się i poczęły przypominać ludzką skórę. Barbara, przestraszywszy się, upuściła menażkę, a jej zawartość rozlała się po suchych igłach, na których została postawiona.
– Cholera! – zaklęła, żałując, że drogocenny płyn wylał się. Podniosła menażkę, pojemnik znowu przybrał cechy jej skóry. – Niesamowita technologia – szepnęła, przyglądając się z bliska. Na dnie było jeszcze trochę wody, wypiła ją nie odrywając ust, a potem otarła je wierzchem dłoni.
Domyśliła się ze Obcy ją znalazł i miała nadzieję, że skoro przyniósł jej wodę, to znaczy, że nie miał złych intencji. Prawdopodobnie zależało mu na kontakcie z nimi. Kobieta rozejrzała się w poszukiwaniu oznak jego obecności, ale niczego nie dostrzegła.
Do świtu już nie zasnęła, a gdy zrobiło się jaśniej, ruszyła na wschód nie świadoma tego, że oddała się coraz bardziej od kolonii.

Wato zabrał pustą menażkę pozostawioną przez kobietę. Sam nie odczuwał jeszcze pragnienia i nie widział potrzeby, by porzucać dobry sprzęt. Napełni ją, gdy tylko nadarzy się okazja. Jego wczorajsza akcja wypłoszyła istoty z lasu, podejrzewał, że wrócą, tym razem jednak w większej liczbie i lepiej uzbrojeni. Znali ten teren i jego mieszkańców, dlatego czuli się bezpiecznie, zwłaszcza w towarzystwie robota bojowego, z pewnością zaskoczyła ich jego obecność.
Komputer zasygnalizować potrzebę przyjęcia dawki „leku”. Wato wstrzyknął zawartość jednej ampułki. Na czas tej operacji wyłączył kamuflaż i, rozpiąwszy wysoką stójkę kołnierza, wstrzyknął jej zawartość w szyję. Odczekał chwilę, aż nieprzyjemny efekt mrowienia minie i schował aplikator do podręcznej apteczki, którą ukrył w plecaku zaczepianym na plecach. Był gotowy, by pójść dalej, odwrócił się i znieruchomiał. Spomiędzy zwisłych, giętkich gałązek przyglądała mu się kobieta, stała kilka kroków od niego.
Znowu się pogubiła – pomyślał łowca – nie potrafi iść prosto?

Mierzyli się wzrokiem, żadne nie postąpiło o krok, dziwna, patowa sytuacja. W końcu kobieta uniosła dłoń. Wato nie wiedział, czy to powitanie, czy groźba. Potrząsnął głową, strofując samego siebie w myślach. Cóż ona mogła mu zrobić? Postąpił krok do przodu, kobieta cofnęła się, więc przystanął, zastanawiając się, co zrobić? Ona co chwilę zerkała w bok, jakby szukała drogi ucieczki. Przez tę chwilę Wato zdarzył jej się przyjrzeć, miała o wiele ciemniejszą skórę niż upolowany męski osobnik, długą kręconą sierść na głowie i tkankę tłuszczową w dziwnym, nielogicznym miejscu na piersi. Wato zastanawiał się, do czego to ma służyć, bo skoro było zakryte ubraniem, to z pewnością nie do ozdoby i chyba nie do wabienia samców. Dziwny gatunek, pomyślał Łowca, porównując oboje spotkanych osobników do siebie samego – tacy podobni a jednak różni.
Nie umknęło też uwadze Yautjanczyka, że kobieta przygląda się jego zranionej ręce. Nagle dotarło do niego, że wstrzyknięcie zawartości ampułki w niczym mu nie pomoże. Nanoboty Soli zostały przecież uszkodzone przez minę, gdyż nie posiadały obwodów chroniących przed przepięciami, a skoro nie funkcjonowały, to nie replikowały się i nie wykonywały tego, do czego zostały stworzone, nie było więc sensu uzupełniać ich zapasy energii.
Cholera, zamiast łazić za tą samicą, powinien był wrócić na prom. Ostrożnie zdjął żelowy opatrunek, który w formie sprayu natrysnął wcześniej na ranę. Dłoń wyglądała fatalnie, nie goiła się, rana pozostawała otwarta i jątrzyła, co oznaczało, że nie tylko nanoboty nie funkcjonowały poprawnie, ale jego własny system odpornościowy również. Musiał wrócić na statek, poczekać aż planeta ustawi się w koniunkcji z Krańcem Świata i skontaktować się z Solą. Jeśli to, co zdradziła mu sztuczna inteligencja, było prawdą, wkrótce zacznie odczuwać bardziej nie przyjemne skutki działania toksyny krążącej w jego ciele.
Otworzył klapkę komputera, dotknął kilku znaków i nad jego ramieniem wyświetliła się holomapa terenu. Kobieta przysunęła się bliżej, chyba chciała przyjrzeć się mapie. Wato obrócił się wokół własnej osi i ruszył szybkim krokiem przed siebie, nie mógł dłużej zwlekać, czas karencji minął, teraz liczyła się każda jednostka czasu. Podążał za wskazaniami komputera, nie zważając na to, co dzieje się za nim. Przyśpieszona akcja serca ułatwiała jedynie rozprzestrzenianie się po organizmie trucizny i wkrótce Yautjańczyk zwolnił. Brakowało mu tchu, a obraz okolicy począł się rozmazywać. Przystanął na chwilę, spojrzał na wskazania, z trudem ogniskując na nich wzrok, skorygował kierunek i ruszył dalej. Najtrudniejszy odcinek drogi wciąż był przed nim, prom znajdował się, bowiem na płaskowyżu, na który trzeba było się wspiąć. Rumowisko pomarańczowych kamieni osypujących się przy każdym kroku nie ułatwiało sprawy, na szczęście oprócz pionowej ściany urwiska znajdowało się tu też łagodne zbocze, po którym Wato – po przybyciu – zszedł w dolinę. Teraz musiał wrócić tą samą drogą. Wspinał się, dosłownie czując, jak z każdym krokiem uchodzi z niego energia, a zakończenia nerwowe w dłoniach palą jakby wsadził palce w ogień. Sola mówiła, że tak będzie, ale Wato nie spodziewał się, że tak trudno będzie mu to znieść, był w końcu przyzwyczajony i odporny na ból – tak mu się przynajmniej wydawało.
Spod jego stóp osunął się spory głaz i potoczył w dół, wywołując przy tym małą lawinę. Zaraz po tym z tyłu dobiegł krzyk strachu i bólu. Wato obejrzał się, spotkana w lesie istota podążała za nim. Nie spodobało się mus się to, nie w sytuacji, w której się znalazł. Podniósł niewielki kamień i cisnął nim w istotę. Na szczęście dla niej koordynacja oko ręka nie działała już tak dobrze jak zazwyczaj i kamień minął jej głowę o kilkanaście centymetrów. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego przestraszona, dopiero co spowodowana przez niego lawina zmusiła ją, by gwałtownie odskoczyć w bok, uderzając przy tym biodrem o twardą skałę, a teraz ni z tego ni z owego rzuca w nią kamieniami jak jakiś wstrętny dzieciak! To już przesada! Gdyby nie zniszczył jej robota, po tym jak go odwołała, maszyna zaprowadziłaby ją do bazy i nie musiałaby wlec się za nim pod tę górę. Nawet jeśli nie pokaże jej mapy, ze wzniesienia musi roztaczać się widok na dolinę, będzie wiedziała, w którym kierunku iść, by wrócić do domu.
Kolejny kamień przeleciał obok, a za nim posypała się wiązanka w twardym charczącym języku. Barbara wystawiła środkowy palec i odkrzyknęła:
– Ja ciebie też! – Po czym udała, że zawraca. Chwilę później wspinała się z powrotem za obcym, trzymając spory dystans i starając się nie wywoływać żadnych dźwięków.
Na szczycie dostrzegła, że obcy znowu grzebie w urządzeniu na swoim ramieniu. Dostrzegła coś jeszcze... Na płaskim, skalistym terenie ścielił się głęboki cień, ale kobieta nie dostrzegła niczego, co mogłoby go wytwarzać. Nad nimi nie było ani jednej chmury. Nagle w miejscu ciemnej plamy dosłownie z znikąd pojawił się pojazd latający. Musiał być tam przez cały czas niewidoczny dla jej oczu. Barbara nie miała zbyt dużego doświadczenia i wiedzy technologicznej, ale w jej ocenie pojazd ten był za mały do przemierzania przestrzeni między gwiezdnych. Może Obcy przybył z sąsiedniej planety, a może w ogóle pochodził stąd, a oni zostali okłamani? Obcy, słaniając się na nogach, wszedł do wnętrza pojazdu.

Wszystko się zamazywało: podłoga, ściany, kokpit i wskazania na monitorze. Spieszył się, jak mógł, ale obawiał się, że nie zdarzy.
– Sola – wychrypiał do mikrofonu, nie zastanawiając się, czy jego przekaz dotrze do odbiorcy. – Potrzebuję nowego nanoroju, mój przestał działać, chyba uszkodziłem królową.

Odpowiedź nie przyszła od razu, tak jak jego przekaz nie od razu trafił do celu. Po chwili spędzonej na masowaniu drętwiejącej rannej ręki, Wato usłyszał głos Soli.
– Wysyłam.
To wszystko, co miała do powiedzenia, chwilę później na radarze pojawił się obraz obiektu mknącego z niewiarygodną prędkością. Yautjanczyk śledził jego lot, obiekt miał wylądować na płaskowyżu w pobliżu promu. Wato uderzył zdrową pięścią w kokpit, Sola nie ukryła sądy za kamuflażem, a kierując obiekt jak najbliżej promu, zdradziła jego pozycję. Chyba nie była zadowolona z przebiegu polowania. Poprzez bardzo czułe kamery zawsze biernie w nim uczestniczyła, bawiło ja ono równie mocno, jak kiedyś jego. Umówili się jednak, że nie będzie się wtrącała. Teraz to mogło się zmienić. Komputer zasygnalizował, że obiekt wylądował. Wato podźwignął się z fotela i upadł na podłogę. Warknął wściekłe. Jednego był pewien, nie zdechnie na podłodze jak jakiś nieudacznik z ETY. Odczepił włócznię i, podpierając się na niej, wyszedł na zewnątrz. Kapsuła wylądowała kilkadziesiąt metrów dalej. Kuśtykając, dotarł do niej, otworzył zasobnik i wydobył stalowy pojemnik – to było najprostsze. Wewnątrz znajdowała się fiolka z jego własną krwią, w której żył rój nanobów. Palce Wato były tak sztywne, że prawie nie mógł nimi poruszać, z trudem wydłubał fiolkę z pojemnika i spróbował umieścić ją w aplikatorze, ale wypadła mu i potoczyła się po ziemi.
– Nie! – ryknął, opadając na skalisty grunt i czołgając się w jej stronę. W oddali majaczyła postać przyglądającej mu się kobiety. Podciągnął się na łokciach i zdrową ręką sięgnął po fiolkę.
– Niech cię szlak, Sola – wyszeptał, czując, że z bólu traci władzę nad ciałem. Nie mógł się już poruszyć. Świat wokół niego istniał i tego był świadomy.

– Nie, nie umrzesz – przypomniał sobie słowa Soli, które wypowiedziała po tym, jak próbował się wysadzić. Gdy dotarło do niej, co robi, nanoboty sprzężone z centralnym układem nerwowym po prostu zablokowały przekazywanie impulsów i ciało Wato padło porażone na podłodze.
– Będziesz świadomy wszystkiego, co będzie się działo wokół ciebie, będziesz cierpiał, ale nie umrzesz.

Na tym polegało jego przekleństwo, gdzieś, kiedyś, na bezdrożach Wszechświata spotkał porzucony okręt, nigdy nie dowiedział się, kim byli jego budowniczowie, ani co się z nimi stało i wątpił, by miał się tego kiedykolwiek dowiedzieć. 

2 komentarze: