Wato, goniąc po lesie za uciekającą istotą,
dostrzegł wreszcie pojawiający się między drzewami biały skafander. Odbił wówczas
w lewo i przyspieszył. Postanowił zastąpić jej drogę, przestraszyć, może zranić
i skierować w inną stronę.
Wypadł w wielkim susie w miejscu, w którym
spodziewał się dopaść istotę i doskoczył do skafandra. Ten brył jednak pusty,
zawieszony za kaptur niczym przynęta. Wato poczuł, że jeżą mu się włosy na
głowie. W lesie feeria dźwięków wydawanych przez jego mieszkańców i szum drzew
zagłuszały powolne skradanie się właściciela skafandra. Zielone, zmodyfikowane
tęczówki Wato przesuwały się z prawej na lewą, gdy rozglądał się po okolicy, a
niczego nie dostrzegłszy, postanowił przyjrzeć się pozostawionemu ubraniu.
Spodziewał się zaawansowanej technologii, czegoś, co sam miał na sobie, nie zaś
worka, którego jedyną funkcją było odizolowanie od świata zewnętrznego. W
ocenie Wato tkanina była zbyt cienka, nie posiadała regulacji temperatury, a
hełm nie miał wizyjnych filtrów. Więc było to tylko doraźne zabezpieczenie w
razie, gdyby któraś z roślin była toksyczna. Łowca odłożył skafander, przecież istota nie mogła odejść
daleko, musiała być w pobliżu, może przyglądała mu się z ukrycia?
Spod dużych, baldachowatych, żyłkowanych liści
inna para oczu przyglądała się poczynaniom Obcego. Do tej pory nie spotkali na
swojej drodze nawet śladów inteligentnych istot i zaczęli już podejrzewać, że
nigdy na nich nie natrafią. Wszechświat bowiem był tak stary, że istoty takie
mogły już nie istnieć, a tym czasem – można by rzec, na wyciągnięcie ręki – stał
przedstawiciel takiej właśnie cywilizacji. Istniały procedury opisujące, co
należy zrobić w przypadku takiego spotkania, ale tak naprawdę niewielu wierzyło,
że kiedykolwiek się one przydadzą. Obserwując go teraz, istota rozważała, czy
postąpiła słusznie, wzywając robota bojowego. Być może tym głupim posunięciem
przyczyni się do wybuchu wojny? W końcu nie zna jego intencji, zniszczył
maszynę w obronie własnej. Chociaż z drugiej strony nie musiał tego robić, w
końcu robot został odwołany.
Leżąc płasko na ziemi, istota podziwiała
niewątpliwie wspaniałą budowę Obcego, której nie był w stanie ukryć ubiór.
Pomimo sporego wzrostu poruszał się lekko i zwinnie, nie wykazując oznak
zmęczenia. Istota spostrzegła, że Obcy, przykucnąwszy, przygląda się śladom
pozostawionym przez nią na ziemi. Nagle podniósł wzrok i spojrzał w głęboki cień,
w którym się ukrywała, miała wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały i że on
ją widzi.
Wato przestał przyglądać się sporej roślinie o
baldachowatych liściach, która budziła w nim dziwny, nie określony niepokój i
skupił się na śladzie stopy odbitej w miękkiej ziemi. Przyłożył do niej swoją
dłoń, ślad był mniejszy i płytki, istota, która go zostawiła, ważyła znacznie
mniej niż on. Zaczął się zastanawiać nad moralnym aspektem polowania na taką
ofiarę.
Z
oddali dobiegł warkot silnika, coś zbliżało się bardzo szybko. Łowca wycofał
się w gęste krzaki rosnące tuż przy baldacholistnej roślinie. Nad koronami
drzew pojawił się niewielki zwiadowczy dron.
Szukali jej. Protokół bezpieczeństwa nakazywał
kontakt z bazą co pół godziny, po tym czasie zakładano, że wydarzyło się coś
złego i niezbędna jest interwencja. Znali jej wcześniejsze położenie i z pewnością
odkryli już uszkodzonego robota. Za jakiś czas do lasu wyruszy grupa
poszukiwawcza. Istota miała ochotę wyskoczyć z ukrycia i dać znać, że jest
właśnie tu, ale obawiała się Obcego, a on z tego, co zauważyła, obawiał się
ich. Wycofawszy się w ukrycie, obserwował przelatującego drona, jednocześnie majstrując
coś przy urządzeniu na lewym ramieniu. Po chwili jego twarz rozświetliła intensywna,
czerwona poświata padająca z urządzenia, a nad ich głowy powrócił dron. Istota
spróbowała spojrzeć w górę, ale widok przesłaniały jej liście, pod którymi się
ukrywała. Dron odleciał, a wraz z nim zniknął Obcy. Istota poczuła, że wpada w
panikę, przedtem chociaż wiedziała, gdzie on jest i co robi. Teraz mógł być
wszędzie. A może dron go wystraszył i odszedł? Nie. Nie mogła ryzykować,
postanowiła zaczekać pomimo tego, że pozycja była bardzo niewygodna.
Obserwowanie ograniczonego pola, w którym jedynym odznaczającym się obiektem
był skafander i nasłuchiwanie było na tyle nudnym zajęciem, że istota w końcu
przymknęła oczy i zasnęła.
Obudziła się, gdy słońce było już nisko, a las
zaczął się wypełniać długimi cieniami i pomarańczową barwą światła. Skafander
zniknął. To było jak cios, bo albo zabrał go Obcy – co mogło oznaczać, że wciąż
jest w pobliżu – albo zrobiła to ekipa ratunkowa, a ona przespała ich nadejście
i znowu została sama. Postanowiła opuścić kryjówkę, pozostawanie w niej dłużej
nie miało sensu, ekipa, jeśli tu była, to już nie wróci.
Zaczęła
się zastanawiać, skąd przyszła? Drzewa i krzewy wyglądały podobnie, nie miała
pojęcia, w którą stronę powinna iść. To robot miał GPS i zainstalowaną mapę topograficzną
terenu, prowadził ją zawsze do celu i z powrotem. Ruszyła przed siebie, nie mogła
być przecież daleko od kolonii.
Nocą las ożywał dźwiękami, których wcześniej
nie słyszała, niektóre były straszne, inne wręcz przyjemne dla ucha. Wycieńczona
istota postanowiła odpocząć, poruszanie się po tym terenie nie było łatwe bez robota,
który dosłownie wycinał drogę w gąszczu, przedzieranie się przez krzaki
stanowiło nie lada wyzwanie. Zmęczona wpełzła pod drzewo i, zwinąwszy się w
kłębek na suchych, opadłych liściach przypominających igły, w ciszy czekała na
sen. Nie myślała o dniu jutrzejszym, nie planowała, wierzyła, że przetrwa i
szczęśliwie wróci do domu.
Wato, ukrywszy się w koronie drzewa,
postanowił jeszcze chwilę zaczekać. Dron zatoczył koło nad miejscem, w którym
się znajdował. Łowca podejrzewał, że operator maszyny dostrzegł biały skafander,
być może miał nadzieję, że znalazł zaginionego towarzysza. Po chwili maszyna
odleciała w kierunku, z którego przybyła.
Kontrolki na ekranie mini komputera wskazywały
gotowość, ładunek, którym Wato unieruchomił robota bojowego, na szczęście nie
uszkodził obwodów jego własnego komputera. Łowca postanowił nie marnować czasu
na uganianie się za nieporadną istotą i, odczekawszy chwilę, ruszył do miejsca,
w którym stoczył swoją pierwszą walkę na tej planecie. Spodziewał się, że za
jakiś czas pojawią się tu ciekawsze cele, i nie mylił się.
Prowadzona przez bojowego robota trzy osobowa
grupa zjawiła się jakiś czas po tym, gdy on, zapoznawszy się z terenem, usadowił
się na drzewie i czekał. Istoty różniły się między sobą wzrostem, tyle był w
stanie stwierdzić i, podobnie jak pierwszy napotykamy osobnik, istoty te
pokładały wielkie zaufanie w prowadzącej je maszynie. Łowca nie zamierzał
czekać, aż zostanie wykryty, gdy tylko istoty zajęły się oględzinami
unieruchomionego wcześniej robota, Wato cisnął kolejną minę wprost na stalowy
korpus robota i jak poprzednio bojowa maszyna padła porażona. Istoty poderwały
się z klęczek na równe nogi i, mierząc z karabinów w krzaki, próbowały odnaleźć
tego, kto je zaatakował. Łowca ukryty za kamuflażem przyglądał się ich reakcji.
Z pewnością byli zdezorientowani, ale nieprzerażeni. Wato zeskoczył z konara i,
otwarłszy podwójne ostrza, ruszył ku grupie. Niewidzialny dla pozbawionych
specjalistycznych gogli oczu zaatakował najbliżej stojącą istotę i, przebiwszy
jej pierś, pociągnął unieruchomione ciało w głąb lasu. Zaskoczeni towarzysze w
pierwszej chwili nie oddali ani jednego strzału, dopiero po czasie rozległy się
dźwięki odbijające się echem po lesie.
Odciągnąwszy charczącą ofiarę na bezpieczną –
jak mu się zdawało – odległość, Yautjańczyk wyszarpnął ostrza z jej piersi i
począł z zaciekawieniem przyglądać się wyrazowi przerażenia na jej twarzy. W
ocenie Wato upolowana istota była paskudna z gęby, choć wykazywała zaskakujące
podobieństwo do niego samego. Głowę istoty pokrywało futro, czoło miała niskie
i gładkie, a spod łuków brwiowych spoglądały na łowcę oczy o ciemnych tęczówkach.
Wato przykucnął obok ofiary, chciał lepiej jej się przyjrzeć, interesowały go
zwłaszcza zęby, bo świadczyły o sposobie odżywiania się. Ostrzem noża odchylił
górną wargę i w ostatniej chwili sparował cios wymierzony prosto w swoją szyję.
Pochwyciwszy uzbrojoną rękę swojej ofiary, przydusił ją, a potem przybił do
ziemi własnym długim nożem. Ofiara zawyła z bólu i, pochwyciwszy za rękojeść
yautjańskiego noża, spróbowała wyszarpnąć go z rany. Wato podniósł upuszczoną
broń istoty i ze stoickim spokojem przygwoździł jej drugą rękę. Unieruchomiwszy
ofiarę, wprawnie rozdał porywające jej pierś odzienie. Uderzyło go to, jak
bardzo byli podobni. Skanowanie pokazało, że nie tylko zewnętrznie, ale i
wewnętrzne układy organów, kości i mięśnie były prawie identyczne, choć różniły
się rozmiarem. Po skanowaniu Łowca doszedł do wniosku, że upolował męskiego
przedstawiciela tego dziwnego gatunku. Zaczął się nawet zastanawiać, czy Sola celowo
obrała ich za cel, by zagrać na jego uczuciach. Może chciała zobaczyć, czy
będzie w stanie zabijać ich bez skrupułów? Tylko że on stracił motywację już
jakiś czas temu, a brak udział w wyprawach tylko po to, by wyrwać się ze
statku. Po co gromadzić trofea, gdy nie ma ich kto podziwiać? Gdy chwała
zamieniła się w przekleństwo? Może obserwuje go teraz kamerami termowizyjnymi i
jest z siebie zadowolona. Widzi, że on się waha, że nie działa tak szybko jak
zawsze.
Oddech
ofiary był płytki i urywany, co róż przerywał go kaszel, płuca mężczyzny wypełniała
krew, topił się. Wato porzucił go, stracił ochotę do walki, ogarnęła go złość
na Solę i jej psychologiczne gierki.
Wrócił do miejsca, w którym ukrywała się
pierwsza napotkana istota, uruchomiony komputer ułatwił namierzenie jej w miejscu,
w którym podejrzewał, że się ukryła. By jej nie zbudzić, Wato wykonał tylko
skanowanie, istota różniła się od tej upolowanej budową, wzrostem, wagą i
płcią. Nie była też tak uzbrojona jak tamci i nie stanowiła dla niego
zagrożenia. Postanowił poczekać, aż się zbudzi, a potem podążyć za nią w
niewielkiej odległości.
Super!czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością.:)
OdpowiedzUsuńSuper!czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością.:)
OdpowiedzUsuń