Barbara obudziła się, nim nastał świt. Dręczyły
ją głód i pragnienie. Wokół było ciemno, ale nie na tyle, by nie mogła dostrzec
otaczającego ją świata. Coś o nienaturalnym kształcie znajdowało się przed nią,
trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Barbara przetarła oczy by lepiej
widzieć, przedmiot przypominał menażkę. Kobieta uniosła się na łokciu i, rozglądając
się po okolicy, przysunęła się bliżej. Tak, to była menażka, na dodatek otwarta
i wypełniona wodą, świadczył o tym zapach. Kobieta oblizała usta, chciało jej
się pić. Sięgnęła po pojemnik i w chwili, w której jej palce dotknęły gładkiej
powierzchni struktura oraz kolor powłoki zmieniły się i poczęły przypominać
ludzką skórę. Barbara, przestraszywszy się, upuściła menażkę, a jej zawartość
rozlała się po suchych igłach, na których została postawiona.
–
Cholera! – zaklęła, żałując, że drogocenny płyn wylał się. Podniosła menażkę,
pojemnik znowu przybrał cechy jej skóry. – Niesamowita technologia – szepnęła,
przyglądając się z bliska. Na dnie było jeszcze trochę wody, wypiła ją nie
odrywając ust, a potem otarła je wierzchem dłoni.
Domyśliła się ze Obcy ją znalazł i miała
nadzieję, że skoro przyniósł jej wodę, to znaczy, że nie miał złych intencji. Prawdopodobnie
zależało mu na kontakcie z nimi. Kobieta rozejrzała się w poszukiwaniu oznak
jego obecności, ale niczego nie dostrzegła.
Do świtu już nie zasnęła, a gdy zrobiło się
jaśniej, ruszyła na wschód nie świadoma tego, że oddała się coraz bardziej od kolonii.
Wato zabrał pustą menażkę pozostawioną przez
kobietę. Sam nie odczuwał jeszcze pragnienia i nie widział potrzeby, by porzucać
dobry sprzęt. Napełni ją, gdy tylko nadarzy się okazja. Jego wczorajsza akcja wypłoszyła
istoty z lasu, podejrzewał, że wrócą, tym razem jednak w większej liczbie i
lepiej uzbrojeni. Znali ten teren i jego mieszkańców, dlatego czuli się
bezpiecznie, zwłaszcza w towarzystwie robota bojowego, z pewnością zaskoczyła
ich jego obecność.
Komputer zasygnalizować potrzebę przyjęcia
dawki „leku”. Wato wstrzyknął zawartość jednej ampułki. Na czas tej operacji
wyłączył kamuflaż i, rozpiąwszy wysoką stójkę kołnierza, wstrzyknął jej
zawartość w szyję. Odczekał chwilę, aż nieprzyjemny efekt mrowienia minie i
schował aplikator do podręcznej apteczki, którą ukrył w plecaku zaczepianym na
plecach. Był gotowy, by pójść dalej, odwrócił się i znieruchomiał. Spomiędzy zwisłych,
giętkich gałązek przyglądała mu się kobieta, stała kilka kroków od niego.
Znowu
się pogubiła – pomyślał łowca – nie potrafi
iść prosto?
Mierzyli się wzrokiem, żadne nie postąpiło o
krok, dziwna, patowa sytuacja. W końcu kobieta uniosła dłoń. Wato nie wiedział,
czy to powitanie, czy groźba. Potrząsnął głową, strofując samego siebie w myślach.
Cóż ona mogła mu zrobić? Postąpił krok do przodu, kobieta cofnęła się, więc
przystanął, zastanawiając się, co zrobić? Ona co chwilę zerkała w bok, jakby
szukała drogi ucieczki. Przez tę chwilę Wato zdarzył jej się przyjrzeć, miała o
wiele ciemniejszą skórę niż upolowany męski osobnik, długą kręconą sierść na
głowie i tkankę tłuszczową w dziwnym, nielogicznym miejscu na piersi. Wato
zastanawiał się, do czego to ma służyć, bo skoro było zakryte ubraniem, to z
pewnością nie do ozdoby i chyba nie do wabienia samców. Dziwny gatunek, pomyślał Łowca, porównując oboje spotkanych
osobników do siebie samego – tacy podobni a jednak różni.
Nie umknęło też uwadze Yautjanczyka, że
kobieta przygląda się jego zranionej ręce. Nagle dotarło do niego, że
wstrzyknięcie zawartości ampułki w niczym mu nie pomoże. Nanoboty Soli zostały
przecież uszkodzone przez minę, gdyż nie posiadały obwodów chroniących przed
przepięciami, a skoro nie funkcjonowały, to nie replikowały się i nie
wykonywały tego, do czego zostały stworzone, nie było więc sensu uzupełniać ich
zapasy energii.
Cholera,
zamiast łazić za tą samicą, powinien był wrócić na prom. Ostrożnie zdjął żelowy
opatrunek, który w formie sprayu natrysnął wcześniej na ranę. Dłoń wyglądała
fatalnie, nie goiła się, rana pozostawała otwarta i jątrzyła, co oznaczało, że
nie tylko nanoboty nie funkcjonowały poprawnie, ale jego własny system
odpornościowy również. Musiał wrócić na statek, poczekać aż planeta ustawi się
w koniunkcji z Krańcem Świata i skontaktować się z Solą. Jeśli to, co zdradziła
mu sztuczna inteligencja, było prawdą, wkrótce zacznie odczuwać bardziej nie
przyjemne skutki działania toksyny krążącej w jego ciele.
Otworzył klapkę komputera, dotknął kilku
znaków i nad jego ramieniem wyświetliła się holomapa terenu. Kobieta przysunęła
się bliżej, chyba chciała przyjrzeć się mapie. Wato obrócił się wokół własnej
osi i ruszył szybkim krokiem przed siebie, nie mógł dłużej zwlekać, czas
karencji minął, teraz liczyła się każda jednostka czasu. Podążał za wskazaniami
komputera, nie zważając na to, co dzieje się za nim. Przyśpieszona akcja serca
ułatwiała jedynie rozprzestrzenianie się po organizmie trucizny i wkrótce
Yautjańczyk zwolnił. Brakowało mu tchu, a obraz okolicy począł się rozmazywać.
Przystanął na chwilę, spojrzał na wskazania, z trudem ogniskując na nich wzrok,
skorygował kierunek i ruszył dalej. Najtrudniejszy odcinek drogi wciąż był
przed nim, prom znajdował się, bowiem na płaskowyżu, na który trzeba było się
wspiąć. Rumowisko pomarańczowych kamieni osypujących się przy każdym kroku nie
ułatwiało sprawy, na szczęście oprócz pionowej ściany urwiska znajdowało się tu
też łagodne zbocze, po którym Wato – po przybyciu – zszedł w dolinę. Teraz
musiał wrócić tą samą drogą. Wspinał się, dosłownie czując, jak z każdym
krokiem uchodzi z niego energia, a zakończenia nerwowe w dłoniach palą jakby
wsadził palce w ogień. Sola mówiła, że tak będzie, ale Wato nie spodziewał się,
że tak trudno będzie mu to znieść, był w końcu przyzwyczajony i odporny na ból
– tak mu się przynajmniej wydawało.
Spod jego stóp osunął się spory głaz i
potoczył w dół, wywołując przy tym małą lawinę. Zaraz po tym z tyłu dobiegł
krzyk strachu i bólu. Wato obejrzał się, spotkana w lesie istota podążała za
nim. Nie spodobało się mus się to, nie w sytuacji, w której się znalazł.
Podniósł niewielki kamień i cisnął nim w istotę. Na szczęście dla niej
koordynacja oko ręka nie działała już tak dobrze jak zazwyczaj i kamień minął
jej głowę o kilkanaście centymetrów. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego
przestraszona, dopiero co spowodowana przez niego lawina zmusiła ją, by
gwałtownie odskoczyć w bok, uderzając przy tym biodrem o twardą skałę, a teraz
ni z tego ni z owego rzuca w nią kamieniami jak jakiś wstrętny dzieciak! To już
przesada! Gdyby nie zniszczył jej robota, po tym jak go odwołała, maszyna
zaprowadziłaby ją do bazy i nie musiałaby wlec się za nim pod tę górę. Nawet
jeśli nie pokaże jej mapy, ze wzniesienia musi roztaczać się widok na dolinę,
będzie wiedziała, w którym kierunku iść, by wrócić do domu.
Kolejny kamień przeleciał obok, a za nim
posypała się wiązanka w twardym charczącym języku. Barbara wystawiła środkowy
palec i odkrzyknęła:
–
Ja ciebie też! – Po czym udała, że zawraca. Chwilę później wspinała się z
powrotem za obcym, trzymając spory dystans i starając się nie wywoływać żadnych
dźwięków.
Na
szczycie dostrzegła, że obcy znowu grzebie w urządzeniu na swoim ramieniu. Dostrzegła
coś jeszcze... Na płaskim, skalistym terenie ścielił się głęboki cień, ale
kobieta nie dostrzegła niczego, co mogłoby go wytwarzać. Nad nimi nie było ani
jednej chmury. Nagle w miejscu ciemnej plamy dosłownie z znikąd pojawił się
pojazd latający. Musiał być tam przez cały czas niewidoczny dla jej oczu.
Barbara nie miała zbyt dużego doświadczenia i wiedzy technologicznej, ale w jej
ocenie pojazd ten był za mały do przemierzania przestrzeni między gwiezdnych.
Może Obcy przybył z sąsiedniej planety, a może w ogóle pochodził stąd, a oni
zostali okłamani? Obcy, słaniając się na nogach, wszedł do wnętrza pojazdu.
Wszystko się zamazywało: podłoga, ściany,
kokpit i wskazania na monitorze. Spieszył się, jak mógł, ale obawiał się, że
nie zdarzy.
–
Sola – wychrypiał do mikrofonu, nie zastanawiając się, czy jego przekaz dotrze
do odbiorcy. – Potrzebuję nowego nanoroju, mój przestał działać, chyba uszkodziłem
królową.
Odpowiedź nie przyszła od razu, tak jak jego przekaz
nie od razu trafił do celu. Po chwili spędzonej na masowaniu drętwiejącej
rannej ręki, Wato usłyszał głos Soli.
–
Wysyłam.
To wszystko, co miała do powiedzenia, chwilę
później na radarze pojawił się obraz obiektu mknącego z niewiarygodną
prędkością. Yautjanczyk śledził jego lot, obiekt miał wylądować na płaskowyżu w
pobliżu promu. Wato uderzył zdrową pięścią w kokpit, Sola nie ukryła sądy za kamuflażem,
a kierując obiekt jak najbliżej promu, zdradziła jego pozycję. Chyba nie była
zadowolona z przebiegu polowania. Poprzez bardzo czułe kamery zawsze biernie w
nim uczestniczyła, bawiło ja ono równie mocno, jak kiedyś jego. Umówili się jednak,
że nie będzie się wtrącała. Teraz to mogło się zmienić. Komputer zasygnalizował,
że obiekt wylądował. Wato podźwignął się z fotela i upadł na podłogę. Warknął wściekłe.
Jednego był pewien, nie zdechnie na podłodze jak jakiś nieudacznik z ETY. Odczepił
włócznię i, podpierając się na niej, wyszedł na zewnątrz. Kapsuła wylądowała
kilkadziesiąt metrów dalej. Kuśtykając, dotarł do niej, otworzył zasobnik i
wydobył stalowy pojemnik – to było najprostsze. Wewnątrz znajdowała się fiolka
z jego własną krwią, w której żył rój nanobów. Palce Wato były tak sztywne, że
prawie nie mógł nimi poruszać, z trudem wydłubał fiolkę z pojemnika i spróbował
umieścić ją w aplikatorze, ale wypadła mu i potoczyła się po ziemi.
–
Nie! – ryknął, opadając na skalisty grunt i czołgając się w jej stronę. W
oddali majaczyła postać przyglądającej mu się kobiety. Podciągnął się na łokciach
i zdrową ręką sięgnął po fiolkę.
–
Niech cię szlak, Sola – wyszeptał, czując, że z bólu traci władzę nad ciałem.
Nie mógł się już poruszyć. Świat wokół niego istniał i tego był świadomy.
– Nie, nie umrzesz – przypomniał sobie słowa
Soli, które wypowiedziała po tym, jak próbował się wysadzić. Gdy dotarło do niej,
co robi, nanoboty sprzężone z centralnym układem nerwowym po prostu zablokowały
przekazywanie impulsów i ciało Wato padło porażone na podłodze.
–
Będziesz świadomy wszystkiego, co będzie się działo wokół ciebie, będziesz cierpiał,
ale nie umrzesz.
Na tym polegało jego przekleństwo, gdzieś,
kiedyś, na bezdrożach Wszechświata spotkał porzucony okręt, nigdy nie dowiedział
się, kim byli jego budowniczowie, ani co się z nimi stało i wątpił, by miał się
tego kiedykolwiek dowiedzieć.
Super.Czekam na dalszy ciąg.:)
OdpowiedzUsuńSuper.Czekam na dalszy ciąg.:)
OdpowiedzUsuń